Rozdział nr 03
Popielec bez końca
Każdego ranka budzi się w tę samą Środę Popielcową i każdej nocy ginie z ręki tego samego nieznajomego. Czterdziestej pierwszej nocy odwraca się, a mężczyzna z nożem też wszystko pamięta.
Ostrzeżenia
Śmierć · Przemoc · Morderstwo · Żałoba · Pożar · Broń palna · Treści seksualne
Kiedy zabija mnie pierwszy raz, nie widzę jego twarzy.
Za czternastym razem rozpoznaję jego wodę kolońską (cedr i coś spalonego) całe dwie sekundy przed ostrzem.
Za czterdziestym pierwszym razem się odwracam.
Najpierw jednak muszę opowiedzieć o tej środzie, bo znam ją lepiej, niż kiedykolwiek znałam cokolwiek. Lepiej niż własny charakter pisma. Lepiej niż pismo ojca.
Zaczyna się dziesięć po szóstej: kaloryfer stuka dwa razy w ścianie jak ktoś, kto zapomniał hasła. Deszcz bębni o świetlik. Piekarnia na dole wstawia do pieca pierwsze blachy i cała kamienica pachnie drożdżami i przypalonym cukrem. Telefon na szafce nocnej wyświetla ŚRODA małymi szarymi wersalikami, a pod spodem widnieje przypomnienie, które ustawiłam całe życie temu: Popiół, 7:00. Nie bądź tchórzem.
Od dawna nie jestem tchórzem. Okazuje się, że powtarzanie leczy niemal ze wszystkiego.
O siódmej klęczę w czwartej ławce kościoła Świętego Łazarza przy Coldharbour Street. Nowego Świętego Łazarza, tego małego, ceglanego, z aluminiowymi oknami, za który zapłacił Everard Mercer, kiedy stary kościół spłonął. Ojciec Anselm ma katar. Przed każdym błogosławieństwem pociąga nosem. Kiedy podchodzę do balustrady, zanurza kciuk w szarej paście w mosiężnej misie i kreśli mi na czole krzyż, ciepły od jego dłoni i szorstki jak rzeczny piasek, i mówi, tak jak mówił już czterdzieści razy: Pamiętaj, człowiecze, że prochem jesteś i w proch się obrócisz.
Pamiętam. W tym cały kłopot.
O ósmej otwieram własnym kluczem pracownię konserwatorską na najwyższym piętrze budynku Gildii i odwijam z bibułki księgę od Świętego Łazarza. To parafialna księga rachunkowa oprawna w cielęcą skórę, czterdzieści pięć na trzydzieści centymetrów, w większości zamieniona w węgiel. Ogień strawił przednie obcięcie i klin grzbietu, a resztę zapiekł w czarną cegłę kart zlepionych jak warstwy ciasta francuskiego. Przeleżała dwanaście lat w pudle w archiwum diecezjalnym. Przed wystawą rocznicową ktoś uznał, że trzeba ją ratować, a Everard uznał, że tym kimś powinnam być ja.
Jest tam ręka twojego ojca, skarbie, powiedział, kładąc ją na moim stole roboczym jak śpiące zwierzę. Komu innemu mógłbym ją powierzyć?
Księgę prowadził przez dziewiętnaście lat Thomas Sayre, księgowy parafii, który zginął w zakrystii starego kościoła w noc Środy Popielcowej, kiedy runął wokół niego dach. Pracował do późna. Zawsze pracował do późna. Miałam dwadzieścia lat i studiowałam daleko od domu, telefon zadzwonił o czwartej rano i od tamtej pory nienawidzę zapachu mokrego węgla, a to dziwna niechęć jak na kobietę, która zbudowała karierę na ratowaniu spalonego papieru.
We wtorek wieczorem, w przeddzień tego wszystkiego, cierpliwie wyłuskałam piątą kartę i wsunęłam ją pod lampę ultrafioletową, a na marginesie, drobnym, pochylonym w lewo pismem mojego ojca, z sadzy wypłynęło widmo atramentu żelazowo-galusowego, jak topielec, który wynurza się, żeby zaczerpnąć powietrza. Kolumna liczb. Dwie pary inicjałów. Data. Popłakałam się nad tym. A potem, ponieważ był jedynym żyjącym człowiekiem, który też kochał mojego ojca, o jedenastej w nocy wysłałam Everardowi mejla: Nie uwierzysz, co wyszło. Notatki taty. Wpadnij w piątek, zobaczysz.
Nie wiedziałam jeszcze, że list może być wyrokiem śmierci. Dziś wiem o papierze dużo więcej.
Dziesięć po czwartej dzwoni Everard, jak w każdą środę. Głos ma ciepły i lekko zachrypnięty. Pyta, co znalazłam. Pyta, niby mimochodem, czy pokazywałam to jeszcze komuś. Mówi: „No to w piątek. Przyniosę to dobre wino” oraz „Jesteś prawdziwym skarbem, Immy, wiesz o tym?”, a ja czterdzieści razy odpowiadam: „Wiem”, i z uśmiechem odkładam słuchawkę.
O wpół do dwunastej wracam do mieszkania nad piekarnią. Nalewam wody do czajnika. Czajnik gwiżdże o jedenastej pięćdziesiąt jeden, bo płyta w kuchence jest stara. O jedenastej pięćdziesiąt dwa ostatni pociąg przejeżdża przez wiadukt za oknem mojej kuchni, rozświetlony jak naszyjnik przeciągany po ciemności, a ja staję przy szybie, żeby na niego popatrzeć, bo ojciec podnosił mnie i sadzał na kuchennym blacie, żebym mogła oglądać pociągi, i nigdy z tego nie wyrosłam.
I wtedy w ciemności zachodzi mnie od tyłu mężczyzna.
Za pierwszym razem poczułam dłoń na ustach i zimny, precyzyjny nacisk pod żebrami, niemal delikatny, niemal jakby ktoś zdradzał mi sekret. Potem czajnik wrzeszczał, podłoga była ciepła i bardzo daleko, a ja obudziłam się dziesięć po szóstej i w ścianie stukał kaloryfer.
Za trzecim razem nie wróciłam do domu. Spałam w pracowni z drzwiami zamkniętymi na łańcuch, a on wszedł schodami przeciwpożarowymi o jedenastej pięćdziesiąt dwa, bo najwyraźniej nie ma znaczenia, które okno, ważne tylko, żebym stała przy którymś. Za siódmym razem zadzwoniłam w południe na policję i powiedziałam, że o północy zabije mnie jakiś mężczyzna, i miły młody posterunkowy siedział w mojej kuchni i pił herbatę, a tamten zabił najpierw jego. Więcej tego nie zrobiłam. Za dziewiątym razem pojechałam pociągiem nad morze, o jedenastej pięćdziesiąt dwa stałam na peronie w Marsh Lane i poczułam dłoń.
Za czternastym razem poczułam jego zapach. Cedr i coś spalonego. Jak w kościele po zgaszeniu świec.
Po dwudziestym razie przestałam uciekać i zaczęłam go badać. Poznałam jego ciężar na mojej podłodze i wiedziałam, która deska pod nim skrzypi. Dowiedziałam się, że usta zawsze zakrywa mi lewą ręką i że tuż przedtem jego kciuk na pół sekundy spoczywa na popiele na moim czole, jakby go odczytywał. Dowiedziałam się, że nie boli aż tak, kiedy się nie walczy, i że boli potwornie, kiedy się walczy.
Za czterdziestym razem poczułam, jak tuż przed ostrzem oddech mu się rwie. Tylko raz.
Więc za czterdziestym pierwszym razem się odwracam.
Jest młodszy, niż sądziłam, a miałam naprawdę dużo czasu, żeby snuć domysły. Po trzydziestce. Ciemne, za długie włosy zaczesane palcami do tyłu, szczęka, która aż się prosi o brzytwę, płaszcz koloru mokrego łupku. Zmęczony tym zmęczeniem, które siedzi głęboko w kościach i do którego sen nie sięga. A na czole smuga popiołu: ten sam krzyż nakreślony kciukiem, który noszę w każdą środę już chyba od roku.
Nóż trzyma nisko w prawej ręce, płasko, tak żeby wśliznął się między żebra. Lewą unosi ku miejscu, w którym powinny być moje usta.
Waha się.
Nigdy wcześniej się nie wahał.
„Powinnaś stać twarzą do okna”, mówi cicho. Głos ma chropawy, jakby rzadko go używał.
„Stałam twarzą do okna czterdzieści razy.” Mój głos nie drży. Mam w tym wprawę. „Chciałabym zobaczyć, kto mi to ciągle robi.”
Uścisk jego dłoni na nożu odrobinę słabnie. „Pamiętasz.”
„Za każdym razem. A ty nie?”
Za moimi plecami czajnik wciąż wrzeszczy na kuchence i żadne z nas nie rusza się, żeby go zdjąć.
Wyraz jego twarzy wystarcza za odpowiedź. Nie poczucie winy. Coś gorszego. Rozpoznanie. Patrzy na mnie tak, jak ja patrzę na kartę, na której pod lampą wyłania się pismo: jakby był pewien, że nic już w niej nie zostało, a jednak zostało.
Siedzimy na podłodze w mojej kuchni aż do północy, a nóż leży na kafelkach między nami jak trzecia osoba, której żadne z nas nie chce zauważać. Czajnik wyłączyłam. Jemu po prostu ugięły się kolana i osunął się po drzwiczkach szafki, a ja usiadłam naprzeciwko, bo z dużym opóźnieniem zaczęły mi się trząść nogi.
Ma na imię Cassius. Tyle mi mówi, a potem długo nic.
Z bliska pachnie dokładnie tak, jak wiedziałam, że będzie pachniał. Pod cedrem czuć dym z drewna albo wspomnienie dymu, które utkwiło w wełnie płaszcza. Obie dłonie ma poznaczone bliznami, starymi i lśniącymi, które się napinają, kiedy porusza palcami. Widzi, że patrzę, i zaciska dłonie w pięści.
„Gdzie się budzisz?” pytam.
„W motelu Saint Christopher przy obwodnicy. Pokój numer dziewięć. Za dwadzieścia szósta.” Mówi to tak, jakby odmawiał kolejne stacje drogi krzyżowej. „Na szafce nocnej leży koperta z twoim zdjęciem. Połowa honorarium. Druga połowa w czwartek.”
„A potem idziesz na mszę.”
Podnosi wzrok. Oczy ma szare, szare jak popiół. „Ostatni rząd. W każdą Środę Popielcową od dwunastu lat.”
„Nigdy cię nie widziałam.”
„Ludzie mnie nie widzą. Na tym polega ta robota.”
„Dlaczego akurat u Świętego Łazarza?”
Na to nie odpowiada. Zamiast tego patrzy na nóż. „Próbowałem przestać”, mówi w końcu. „Za szóstym razem. Zostałem w pokoju w Saint Christopher, a ocknąłem się za dziesięć dwunasta na twoich schodach przeciwpożarowych, z wyciągniętym już ostrzem, i nie pamiętałem, jak na nie wszedłem.” Mięśnie szczęki mu drgają. „Ten dzień pamięta, co wybrałem za pierwszym razem, i trzyma mnie za słowo. Dzisiaj się odwróciłaś i poczułem się tak, jakby czyjaś ręka puściła mój kołnierz.”
„Kto ci zapłacił?”
„Nie wiem. Nigdy nie wiem. Jest pośrednik. Klienci zostają za kurtyną. Tak jest czyściej dla wszystkich.”
„Czyściej”, powtarzam, a on ma na tyle przyzwoitości, żeby odwrócić wzrok.
Powinnam go nienawidzić. Miałam czterdzieści śród, żeby przećwiczyć nienawiść do niego, a okazuje się, że jestem na nią zbyt zmęczona, zbyt ciekawa i zbyt samotna. Nikt inny na świecie nie wie, czym jest ten dzień. Tylko człowiek, który go kończy.
„Może ta pętla to wcale nie kara”, mówię, a zegar na kuchence odmierza ostatnie minuty do dwunastej. „Może czeka, aż wybierzesz coś innego.”
Patrzy na mnie długo. Widzę, jak to rozważa i nie śmie w to uwierzyć. Potem podnosi nóż i przesuwa go po podłodze w moją stronę, rękojeścią do przodu.
Zegar wybija północ.
Podłoga się przechyla. Rozlega się dźwięk, jakby ogromna ręka przewracała kartę.
Budzę się dziesięć po szóstej, a w ścianie stuka kaloryfer.
Leżę, słucham deszczu na świetliku i płaczę pierwszy raz, odkąd to wszystko się zaczęło, wielkim, brzydkim, spazmatycznym szlochem, bo uwierzyłam. Przez jedną sekundę na tamtej podłodze naprawdę uwierzyłam.
O siódmej klęczę w czwartej ławce u Świętego Łazarza z opuchniętymi oczami, ojciec Anselm pociąga nosem i przyciska mi kciuk do czoła, a kiedy wracam na miejsce, obok mnie wsuwa się mężczyzna pachnący cedrem i czymś spalonym, ze świeżym szarym krzyżem nad zmęczonymi oczami.
„Nie zadziałało”, mówi Cassius bardzo cicho, patrząc prosto przed siebie, na ołtarz.
„Nie.”
Milczy przez całe Agnus Dei. A potem: „To spróbujemy czegoś innego”.
Coś innego, w czterdziestą drugą środę, to mężczyzna, który za kwadrans dwunasta siedzi przy moim kuchennym stole, wciąż w płaszczu, obraca w pokrytych bliznami dłoniach kubek zimnej herbaty i mnie nie zabija.
Spędziliśmy ten dzień razem, bo żadne z nas nie wiedziało, co innego począć. Odprowadził mnie do pracowni i siedział na taborecie przy drzwiach, kiedy pracowałam, milczący jak mebel. Patrzył, jak oddzielam piątą kartę, a kiedy wsunęłam ją pod lampę i z czerni wypłynęły cyfry mojego ojca, nachylił się tak blisko, że czułam ciepło jego policzka przy swoim.
„Co tam jest napisane?”
„Jeszcze nie wiem. Liczby. Inicjały. S.C. i L.M.” Zerknęłam na niego. „Czemu pytasz?”
„Bez powodu”, powiedział i wrócił na taboret, a ja zauważyłam, że znowu zacisnął dłonie w pięści.
Teraz czajnik gwiżdże o jedenastej pięćdziesiąt jeden. Nie wstaję. Nie podchodzę do okna. Cassius zamiera z przechyloną głową i nasłuchuje.
„Crewe zawsze ma drugiego”, mówi. „Mnie nigdy nie był potrzebny.”
„Drugiego czego?”
Szyba eksploduje do środka.
Pamiętam szkło w powietrzu, lśniące jak rzucony garścią cukier. Kobietę na schodach przeciwpożarowych, w żółtej kurtce przeciwdeszczowej, żującą gumę, z pistoletem w obu dłoniach, trzymanym z tą leniwą wprawą, z jaką trzyma się suszarkę do włosów. Pamiętam, że Cassius poruszył się szybciej, niż sądziłam, że człowiek w ogóle potrafi, i pamiętam, że to nie wystarczyło. Pierwszy strzał trafia mnie w pierś i sadza na kafelkach. Kobieta w żółtym mówi pogodnie: „Sorki, Cass, wiesz, jak jest”, a potem czajnik wrzeszczy, a ręce Cassiusa są na mnie, uciskają, uciskają, i jego twarz nade mną nie jest twarzą człowieka, który zabija ludzi dla pieniędzy. To twarz człowieka, który patrzy, jak płonie dom.
Budzę się dziesięć po szóstej, a w ścianie stuka kaloryfer.
Nazywa się Hester Pell i przez następne trzydzieści śród zabija mnie jedenaście razy.
Poznajemy ją tak, jak kiedyś ja poznawałam Cassiusa. Przychodzi, jeśli on do wpół do dwunastej nie zadzwoni do pośrednika z wiadomością, że jest na pozycji. Wchodzi schodami przeciwpożarowymi albo przez piekarnię, albo spada przez świetlik razem z ulewą. Jeśli pojedziemy nad morze, znajduje nas w Marsh Lane. Jeśli Cassius ją powstrzyma (a powstrzymuje, i to nie raz, z brutalnością, na którą patrzę bez odwracania wzroku), północ i tak nas zabiera, a rano ona znowu żyje i żuje gumę gdzieś w mieście. I ja też żyję.
Pośrednik nazywa się Simon Crewe i sprzedaje rzadkie książki w wąskim sklepiku przy Pilgrim Lane, w którym pachnie butwiejącą skórą i fajkowym tytoniem. Cassius trafił do niego, jak mi opowiada, w wieku siedemnastu lat, prosto z ostatniego z długiej serii domów dziecka: chłopak, który umiał się bić, słabo czytał i potrzebował łóżka. Crewe dał mu łóżko nad sklepem i nauczył go czytać na Trollopie, a kilka lat później nauczył go innych rzeczy.
„Mówił, że to znaczy być dobrym narzędziem”, mówi Cassius. Jest czterdziesta ósma środa, jesteśmy na molo w Marsh Lane i o czwartej po południu jemy frytki z papierowej torebki, bo dowiedziałam się, że on ani razu w życiu nie widział morza. Stoi przy barierce z postawionym kołnierzem i patrzy na szarą wodę, która rzuca się na pale, jakby go osobiście obraziła. „Nóż nie wybiera. Wybiera ręka. Nikt nie obwinia noża.”
„I ty w to wierzysz.”
„Wierzyłem.” Obraca frytkę w palcach. „Bardzo wygodnie było w to wierzyć.”
Uczę go papieru, bo to jedyna rzecz, na której się znam i której warto uczyć. Pokazuję mu, jak podnieść kartę pod światło i czytać z jej linii łańcuszkowych jak z dłoni, jak papier zapisuje każdą przetrwaną powódź w postaci zacieku, jak zniszczonej rzeczy nigdy nie da się przywrócić do nowości, ale można ją ustabilizować, a to lepiej, bo to, co stabilne, da się przeczytać. Słucha całym ciałem, a ja łapię się na tym, że się przed nim popisuję i sięgam po mądrzejsze słowa.
Któregoś z tych popołudni uświadamiam sobie, jakie kłamstwo sobie powtarzam: że wybrałam konserwację, bo kocham stare rzeczy. Wybrałam ją, bo zniszczony papier niczego od ciebie nie żąda. Dotykasz go w rękawiczkach. Sam nigdy cię nie dotyka.
On uczy mnie, gdzie rozchodzą się żebra. Staje za mną w mojej kuchni, w popołudniowym świetle, nie dotykając mnie, prowadzi moją rękę w powietrzu nad własnym ciałem i mówi tu i tu, a ja dowiaduję się, że serce leży wyżej, niż się wydaje, i że większość ludzi trzyma nóż tak, jakby mógł ich ugryźć.
„Trzymasz go jak pióro”, mówi, prawie się uśmiechając. Pierwszy raz widzę u niego coś bliskiego uśmiechowi, a znika to tak szybko, że podejrzewam, że to sobie wymyśliłam.
Dowiaduję się, że pije herbatę czarną i za mocną i że kiedy śpi (a zdarza mu się to raz, na mojej sofie, przez dwadzieścia minut), jego prawa dłoń pozostaje zwinięta, jakby wciąż zaciskała się na rękojeści. Dowiaduję się, że nigdy, przenigdy mnie nie dotyka, chyba że umieram.
Zauważam to bardziej, niż powinnam. Zauważam jego usta, kiedy czyta, to, jak bezgłośnie układają się w słowa, nawyk, który został mu po chłopcu, co późno nauczył się czytać. Zauważam, jak szerokie ma nadgarstki, zauważam blizny w poprzek jego dłoni i pragnę, z głodem, który mnie przeraża, przyłożyć usta do tych blizn i zapytać je, skąd się wzięły.
W pięćdziesiątą pierwszą środę idzie sam na Pilgrim Lane i wraca o zmierzchu z krwią na mankietach. Nie swoją.
„Żyje”, mówi, zanim zdążę zapytać. Siada przy moim stole i chowa twarz w dłoniach. „Jutro obudzi się z całymi, prostymi palcami. Powtarzałem to sobie po drodze. Powtarzałem sobie, że to się nie liczy.” Podnosi głowę. Oczy ma zaczerwienione. „Liczy się.”
„Co powiedział?”
Nie chce mi powiedzieć. Patrzę, jak nie chce, i patrzę, jak postanawia, że mi się to należy.
„Mercer”, mówi. „Everard Mercer.”
Śmieję się. Naprawdę się śmieję, jasnym, kruchym śmiechem, i mówię mu, że Crewe skłamał, żeby przestało boleć, i mówię, że Everard trzymał mnie za rękę na pogrzebie ojca, i opłacił mi studia, kiedy nie starczyło stypendium, i siedział w pierwszym rzędzie na rozdaniu dyplomów, klaszcząc głośniej niż ktokolwiek, i nazywa mnie skarbem, i pod koniec już krzyczę, a Cassius po prostu siedzi i mi na to pozwala.
W pięćdziesiątą trzecią środę sama idę do Everarda.
Jego dom przy Harrowgate Square to ciemne drewno, światło lamp i tykanie dobrych zegarów. Everard jest zachwycony. Otwiera to dobre wino dwa dni przed czasem. Sadza mnie przy kominku w fotelu, który zawsze był mój, i wypytuje o notatki ojca, a ja patrzę na jego ręce, bo Cassius nauczył mnie patrzeć na ręce, i kiedy wypowiadam słowa ultrafiolet i S.C., kieliszek w jego palcach drży, a wino marszczy się cienkim czerwonym kręgiem.
„Och, Immy”, mówi łagodnie, wstaje, podchodzi do mnie i całuje mnie w czoło, prosto w popiół, jak zrobiłby to ojciec. Kiedy się odsuwa, ma na wargach szary ślad. „Zawsze za dużo pracowałaś.”
O wpół do dwunastej osobiście wsadza mnie do taksówki. Płaci kierowcy. Macha mi ze schodów.
Hester Pell czeka na postoju taksówek przy Coldharbour Street, tam gdzie wysiadam. Nawet nie słyszę strzału. Leżę na mokrym chodniku, patrzę, jak neon budki z kebabem chybocze się w kałuży, a potem jest przy mnie Cassius, sunie na kolanach przez deszcz i przygarnia mnie do piersi, z dłonią mocno przyciśniętą do dziury we mnie.
„Nie”, mówi. „Nie, nie. Patrz na mnie. Imogen. Patrz na mnie.”
Pierwszy raz wypowiada moje imię.
„On wiedział”, mówię. W ustach mam krew; smakuje jak miedziaki. „Pocałował mnie.”
„Wiem. Wiem, kochanie. Zostań.” Opiera czoło o moje. Popiół do popiołu. Całe jego ciało się trzęsie. „Zostań jeszcze trochę. Nie odchodź tam, dokąd nie mogę za tobą pójść.”
„Przecież zawsze za mną idziesz”, mówię i chyba się uśmiecham. „Każdego ranka.”
Ostatnie, co czuję, to jego usta przy linii moich włosów. Nie całkiem pocałunek. Wstrzymany oddech, jakby mógł mnie zatrzymać, zakrywając miejsce, którędy ulatuje dusza.
Po postoju taksówek coś między nami się pruje.
Następnego ranka siedzi obok mnie w ławce, ale na mnie nie patrzy, a kiedy kciuk ojca Anselma odrywa się od jego czoła, zamyka oczy, jakby ktoś go uderzył. Odprowadza mnie do pracowni i nie siada na taborecie. Stoi przy oknie, plecami do mnie, a ja czuję go przez cały dzień, tak jak czuje się nadciągającą burzę w plombach.
Everard dzwoni dziesięć po czwartej. Czterdzieści kilka razy odpowiadałam temu głosowi wiem. Tym razem siadam na podłodze w pracowni i pozwalam telefonowi dzwonić, a Cassius przechodzi przez pokój i siada obok, nie dotykając mnie, zostawiając ostrożny centymetr powietrza między swoim barkiem a moim, a kiedy telefon milknie, opieram głowę o jego ramię i opłakuję człowieka, który wciąż żyje.
Tak mijają dni. Mijają środy. Żałoba w pętli jest dziwna: nie goi się, bo nie ma czasu na bliznę, ale wyciera się do gładkości jak kamienny stopień.
W siedemdziesiątą trzecią środę leje tak, że rynsztoki na Coldharbour Street płyną jak rzeki, a ja nie idę do pracowni. Na mszę też nie idę. Leżę w łóżku, słucham, jak stuka kaloryfer, i myślę, bardzo wyraźnie, że umarłam pięćdziesiąt dwa razy i ani razu nikt mnie nie pocałował.
Przychodzi po mnie o wpół do ósmej, przemoczony do nitki, i staje w moich drzwiach, ociekając wodą, z pięścią uniesioną, żeby zapukać do drzwi, które już są otwarte.
„Nie było cię”, mówi. „Myślałem…” Urywa. Włosy ma przyklejone do czoła, a popiół spłynął mu w deszczu szarą łzą po skroni.
„Wejdź”, mówię. „Zamknij drzwi.”
Każę mu zdjąć płaszcz. Każę mu usiąść w samym ręczniku przy kuchennym stole, a jego koszula tymczasem schnie na kaloryferze, i po raz pierwszy widzę, ile na nim blizn. Biały szew na biodrze. Postrzępiona gwiazda pod obojczykiem.
Siadam naprzeciwko, a serce wali mi jak pociąg na wiadukcie.
„Chcę cię o coś poprosić”, mówię, „i chcę, żebyś wiedział, że możesz odmówić.”
Nieruchomieje, tak samo jak wtedy, zanim Pell wpadła przez okno.
„Chcę, żebyś mnie dotknął”, mówię. „Nie dlatego, że umieram. Chcę wiedzieć, jakie są twoje ręce, kiedy nikt nie krwawi.”
Długo się nie rusza. Deszcz rzuca się na świetlik. Kiedy w końcu się odzywa, mówi tak cicho, że muszę się nachylić.
„Moje ręce były na tobie czterdzieści jeden razy”, mówi. „Za każdym razem brałem to, czego mi nie dałaś. Nie wiem, jak po czymś takim mieć jeszcze to.”
„Teraz ci to daję.”
„Imogen.” Moje imię w jego ustach ma ciężar. „Możesz się jutro obudzić i znienawidzić to, co zrobiłaś.”
„Budzę się każdego ranka”, mówię, „i miałam siedemdziesiąt dwa poranki, żeby dojść do tego, czego chcę. Chcę ciebie. Ja cię proszę. Możesz odmówić, a wtedy zrobię ci tosty i nigdy więcej o tym nie wspomnimy.”
Patrzy na mnie i jest w nim to samo, co zobaczyłam czterdziestej pierwszej nocy: karta, na której pod lampą wyłania się pismo.
„Tak”, mówi. „Niech mi Bóg pomoże. Tak.”
Wstaje. Obchodzi stół, a potem nie robi zupełnie nic. Stoi przed moim krzesłem z opuszczonymi rękami i czeka, a ja rozumiem, że na wszystko, co do jednego, będzie czekał. Więc biorę go za nadgarstek, odwracam jego dłoń i przykładam usta do blizny na jej wnętrzu.
Wydaje z siebie dźwięk, który będę słyszeć we śnie do końca życia, jakkolwiek długo ono potrwa.
Pocałunek, kiedy w końcu przychodzi, nie jest taki, jakiego się spodziewałam. Spodziewałam się głodu. To coś bliższego czci, powolne i niemal wystraszone; jego usta uczą się moich, jakby były tekstem w języku, który znał dotąd tylko ze strzępów. Smakuje czarną herbatą i deszczem. Przyciągam go za kark i ta cześć odrobinę pęka, jego dłoń unosi się i ujmuje moją twarz, a kciuk muska rozmazany popiół na moim czole przez te same pół sekundy, które dawniej brał sobie przed ostrzem, tyle że tym razem zaraz potem czuję jego usta na szyi.
„Powiedz mi”, szepcze tam, gdzie bije mi puls. „Powiedz, na co mogę sobie pozwolić.”
„Na wszystko. Do łóżka. Już.”
W sypialni światło ma kolor cyny. Rozbiera mnie tak, jak ja rozdzielam zapieczony blok kart, kartę po karcie, pytając wzrokiem przed każdym guzikiem, a ja mówię „tak” tyle razy, że przestaje to brzmieć jak słowo. Kiedy jestem naga, klęka przy łóżku i patrzy, tylko patrzy, a jego ręce zawisają pół centymetra nad moją skórą, tak jak zawisały nad jego własnymi żebrami, kiedy uczył mnie, gdzie jest serce, i nigdy w życiu nie byłam tak naga, i nigdy niczego nie pragnęłam tak, jak pragnę, żeby te ręce wreszcie na mnie spoczęły.
„Cassius.”
„Jestem.”
„Dotknij mnie.”
Spoczywają. Są ciepłe, szorstkie tam, gdzie blizny, i suną po mnie tak, jakby uczył się na pamięć drogi, którą będzie musiał przejść po omacku. Po biodrze. Po zagłębieniu talii. Po łuku pod piersią, gdzie się zatrzymuje, a ja dokładnie wiem, o którym miejscu myśli, więc nakrywam jego dłoń swoją i przyciskam ją płasko do serca, żeby poczuł, jak łomocze.
„Żyję”, mówię mu. „Czujesz? To też jest twoje.”
Pochyla głowę i przykłada usta tam, gdzie przed chwilą była jego ręka, a potem niżej, i jeszcze niżej, a kiedy układa się między moimi udami, raz podnosi na mnie wzrok, pytająco, a ja wsuwam palce w jego mokre włosy i odpowiadam. Jest cierpliwy. Tak cierpliwy, że zupełnie mnie to rozbraja: powolne oddanie, niespieszny, dokładny język, który odczytuje, od czego rwie mi się oddech, i wraca tam raz po raz, aż wyginam się w łuk nad prześcieradłem, wbijam pięty w materac, a jego imię wyrywa się ze mnie urywkami. Kiedy coś we mnie w końcu puszcza, to jak chwila, w której zapieczona karta wreszcie się odkleja: nagłe ustąpienie, powiew powietrza w miejscu, które latami było szczelnie zamknięte. Cała drżę. On trzyma mnie za biodra i zostaje ze mną przez cały ten czas, a potem przyciska policzek do wewnętrznej strony mojego uda i oddycha równie ciężko jak ja.
Ciągnę go w górę. Niezgrabnymi palcami rozpinam mu pasek, on mi pomaga, a potem jest przy mnie nagi, ciężki, gorący i drżący od tego, jak bardzo się powstrzymuje.
„Nadal tak?” pyta, wsparty nade mną, a głos pęka mu w połowie.
„Nadal tak. Zawsze tak. Chodź tu.”
Dopasowuje się do mnie i wsuwa się powoli, tak powoli, przez cały czas patrząc mi w twarz, a to, jak mnie wypełnia, wyrywa mi powietrze z płuc. Oboje nieruchomiejemy, kiedy jest już cały we mnie. Opiera czoło o moje. Znów popiół do popiołu, ale tym razem ciepły i żywy.
„Imogen”, mówi, jak człowiek, który odmawia modlitwę, choć myślał, że dawno ją zapomniał.
Poruszamy się razem. Z początku ostrożnie, a potem oplatam go nogami, wbijam paznokcie w poznaczoną bliznami równinę jego pleców i mówię mu, żeby nie był ostrożny, i nie jest. Łóżko uderza o ścianę w rytm stukania kaloryfera. Deszcz huczy. Wchodzi we mnie głębokim, kołyszącym rytmem, który narasta i narasta; jedną ręką, wsuniętą pod moje łopatki, trzyma mnie blisko, jakby cały świat mógł chcieć wyrwać mnie spod niego, a drugą odnajduje miejsce, w którym jesteśmy złączeni, i zatacza tam kręgi, aż rozpadam się po raz drugi, zaciskając się wokół niego i krzycząc w jego ramię. Dochodzi zaraz po mnie, z chrapliwym, rozdartym jękiem, znów wypowiadając moje imię prosto w moje włosy.
Potem nie wypuszcza mnie z objęć. Leży na wpół na mnie, z twarzą w zagłębieniu mojej szyi, z sercem tłukącym się o moją pierś, a ja, gładząc go po karku, uświadamiam sobie, że płacze. Bezgłośnie. Podejrzewam, że tak nauczył się robić wszystko.
Nie wychodzimy z łóżka przez cały dzień. O wczesnym zmierzchu, w pomarańczowym świetle latarni sączącym się przez żaluzję, kochamy się znowu, wolniej, tym razem ja jestem na górze, a jego pokryte bliznami ręce na moich biodrach niczego nie prowadzą, tylko się mnie trzymają; oczy ma utkwione w mojej twarzy, jakbym była ostatnim pociągiem, a on nie chciał przegapić ani jednego oświetlonego okna. Jemy tosty w łóżku. Czytam mu linie łańcuszkowe własnej skóry. To najlepszy dzień mojego życia, jest środa i przeżyłabym go jeszcze tysiąc razy.
Za dwadzieścia dwunasta, kiedy czajnik jest już napełniony, ale jeszcze się nie gotuje, unoszę jego prawą dłoń, całuję bliznę biegnącą w poprzek jej wnętrza i pytam, skąd się wzięła.
Czuję, jak pode mną zamienia się w kamień.
„Nie pytaj”, mówi.
„Cassius. Dotykałam jej ustami. Chyba mam prawo wiedzieć.”
Siada. Opuszcza stopy na podłogę, odwrócony do mnie tyłem, a w pomarańczowym świetle blizny na jego plecach wyglądają jak mapa miejsca, w którym nikt nie powinien mieszkać. Kiedy zaczyna opowiadać, mówi do ściany.
„Miałem dwadzieścia dwa lata”, mówi. „Crewe dał mi kanister benzyny i adres i powiedział, że po dziesiątej budynek będzie pusty. Robota pod ubezpieczenie. Nikomu nic się nie stanie. Uwierzyłem mu, bo chciałem mieć łóżko, a on je miał.” Oddycha. „Zrobiłem to o jedenastej. Zajęło się szybciej, niż myślałem. A potem zobaczyłem światło w bocznym oknie. W zakrystii. Za szybą sylwetkę mężczyzny.”
W pokoju robi się bardzo cicho. Nawet deszcz jakby przestaje padać, żeby posłuchać.
„Złapałem za klamkę. Była tak gorąca, że zdarła mi skórę. Nie mogłem jej utrzymać. Nie mogłem otworzyć drzwi.” Otwiera dłonie na kolanach, wnętrzem do góry, i patrzy na nie. „Uciekłem. Od tamtej pory w każdą Środę Popielcową przychodzę do tego kościoła, siadam z tyłu i pozwalam księdzu mówić mi, że jestem prochem. Pierwszej nocy tego wszystkiego, kiedy otworzyłem kopertę, było w niej Imogen Sayre. Znałem to nazwisko. Znałem je.”
„I mimo to przyjąłeś zlecenie.” Mój głos brzmi obco, jak głos kogoś bardzo spokojnego i bardzo dalekiego.
„Wmówiłem sobie, że jeśli odmówię, Crewe da je Pell, a Pell jest okrutna, a ja przynajmniej zrobię to szybko.” W końcu odwraca głowę, a twarz ma mokrą i straszną. „Wmówiłem sobie, że to akt miłosierdzia. Jestem nożem. Zawsze jestem tylko nożem.”
Mój ojciec. Sylwetka mojego ojca za szybą.
Myślę o dłoni na moich ustach, czterdzieści jeden razy. Myślę o tych dłoniach na moim ciele godzinę temu. Myślę o bliźnie, którą całowałam, i o tym, że powstała na drzwiach, za którymi był mój ojciec, i żółć podchodzi mi do gardła tak szybko, że ledwo zdążam dobiec do łazienki.
Kiedy wychodzę, jest już ubrany, stoi w mojej kuchni i nie wyciąga do mnie rąk.
„Wynoś się”, mówię.
Wychodzi. Nie kłóci się. Zostawia drzwi otwarte, jakby wiedział, że będę chciała słyszeć jego kroki na schodach, i rzeczywiście chcę. Liczę każdy stopień.
Czajnik gwiżdże o jedenastej pięćdziesiąt jeden. O jedenastej pięćdziesiąt dwa podchodzę do okna i po raz pierwszy od siedemdziesięciu trzech śród celowo staję do niego twarzą: ostatni pociąg ciągnie swój rozświetlony naszyjnik przez wiadukt, a ręce mojego ojca podnoszą mnie, żebym mogła zobaczyć.
Słyszę skrzypnięcie schodów przeciwpożarowych. Słyszę kobietę żującą gumę.
Nie odwracam się.
Przestaję chodzić na mszę. Nie chcę widzieć jego sylwetki w ostatnim rzędzie.
Zamiast tego co środę chodzę do pracowni i robię jedyną rzecz, której kiedykolwiek ufałam: pracuję. Księga co noc zapomina. Ja nie. W osiemdziesiątą środę potrafię rozdzielić pierwsze pięć kart przed dziewiątą; w osiemdziesiątą czwartą przed obiadem jestem już za dziesiątą. Czasem wracam do domu i o jedenastej pięćdziesiąt dwa czekam przy oknie, aż skrzypną schody przeciwpożarowe, a one nie skrzypią. Zamiast tego o północy szarpie mną przewracana karta i budzę się cała. Wmawiam sobie, że Pell straciła zainteresowanie. Nie pozwalam sobie zastanawiać się, dlaczego tak jest.
W osiemdziesiątą szóstą środę, kwadrans po trzeciej, podnoszę ostatnią czytelną kartę, kładę ją pod lampą i przemawia mój ojciec.
Środa Popielcowa. L.M. przelał cały fundusz budowlany przez Halloran Holdings: 212 000 funtów. Gotówka dla S.C., 4000 funtów, z dopiskiem „dach”. Z dachem wszystko jest w porządku. Powiedziałem ks. Anselmowi po wieczornej mszy. Zostaję do późna, żeby wszystko przepisać. Jeśli się mylę, niech Bóg mi wybaczy. Jeśli mam rację, niech Bóg wybaczy jemu.
Siedzę nad tym, aż zapada zmrok.
Potem idę do Świętego Łazarza, znajduję ojca Anselma w zakrystii, z katarem i pudełkiem chusteczek, kładę mu na biurku zdjęcia tej strony i patrzę, jak twarz starego człowieka się zapada.
„Powiedział mi”, mówi Anselm. „Thomas. Tej samej nocy, po mszy. Odpowiedziałem, że na pewno się myli. Everard zasiadał w radzie diecezjalnej. Everard był przyjacielem.” Przyciska chusteczkę do oczu. „O drugiej w nocy do drzwi plebanii zapukał młody człowiek. Na obu dłoniach nie miał skóry. Powiedział, że w środku został jakiś człowiek, że próbował otworzyć drzwi, że nie dał rady. Potem uciekł. Powiedziałem o tym policji. W następnym tygodniu przyszedł do mnie Everard z projektem nowego kościoła od architekta, policjant prowadzący śledztwo przeszedł na wcześniejszą emeryturę i wyjechał do Hiszpanii, a ja nic nie powiedziałem. Od dwunastu lat nic nie mówię.”
„Popiół”, mówię. W ustach mi zaschło. „Skąd się bierze popiół?”
Patrzy na mnie dziwnie. „Z zeszłorocznych palm. A w tym roku, na rocznicę, spaliłem ostatnią ławkę, którą uratowano ze starego kościoła. Chciałem…” Rozkłada ręce. „Chciałem, żeby proch wrócił do domu.”
Pamiętaj, że prochem jesteś. Dwanaście lat temu tamten pożar zabrał mojego ojca i zrobił z Cassiusa tego, kim jest. Dziś rano ksiądz z nieczystym sumieniem wtarł nam w czoła jego popiół i przez osiemdziesiąt sześć dni żadnemu z nas nie wolno było zapomnieć.
Wracam do domu o wpół do dwunastej. Nie nalewam wody do czajnika. Wychodzę przez kuchenne okno na schody przeciwpożarowe, prosto w deszcz, podnoszę wzrok, a on tam jest.
Siedzi na żelaznych stopniach nad moim oknem, z nożem na kolanach i rozciętą wargą, a na płaskim dachu za nim leży twarzą w dół kobieta w żółtej kurtce przeciwdeszczowej i oddycha.
„Co noc?” pytam.
„Od siedemdziesiątej czwartej.” Nie schodzi. „Kazałaś mi się wynosić. Nigdy nie kazałaś mi pozwolić, żeby cię dopadła.”
Wspinam się i siadam stopień niżej, deszcz spływa mi za kołnierz. Długo tylko oddychamy.
„Nie wybaczam ci”, mówię. „Chcę, żeby to było całkiem jasne. Nie mnie to wybaczać. Mógł to zrobić tylko on.”
„Wiem.”
„Ale przeczytałam wszystko, co ojciec napisał w tej księdze, a on napisał niech Bóg wybaczy jemu o Everardzie i napisałby to samo o chłopaku z kanistrem benzyny, bo był właśnie takim głupcem.” Odwracam się i podnoszę na niego wzrok. „I tak wybieram ciebie. Z otwartymi oczami. To gorsze niż przebaczenie. Będziesz musiał z tym żyć.”
Z jego twarzą dzieje się coś, na co nie mam słowa w żadnym języku.
„Przyjdź na mszę”, mówię, a czajnik milczy i zegar odmierza minuty do dwunastej. „Usiądź obok mnie. Czeka nas robota.”
W następną środę klęczy obok mnie przy balustradzie, kciuk Anselma drży, kiedy nas naznacza, a potem Cassius bez słowa odprowadza mnie mokrymi ulicami do domu. Pod drzwiami chwytam go obiema rękami za poły płaszcza.
„Pragnę cię”, mówię. „Jestem zła, jestem w żałobie i pragnę cię, i chcę sama decydować o każdej najmniejszej rzeczy. Zgoda?”
Spogląda na moje ręce na swoim płaszczu. „Wszystko, czego chcesz. Wszystko, czego tylko zechcesz.”
„To powiedz: tak.”
„Tak.”
Tym razem to ja go rozbieram. Popycham go na łóżko w szarym porannym świetle i nie spieszę się przy żadnej bliźnie: moje usta na białym szwie przy biodrze, na gwieździe pod obojczykiem, na zniszczonych dłoniach, a nad każdą mówię to teraz moje, a on leży, drży i mi pozwala. Kiedy chwytam go za nadgarstki i przyciskam je do poduszki nad jego głową, patrzę mu w oczy i pytam. Kiwa głową. „Na głos”, mówię. „Tak”, odpowiada chrapliwie. „Trzymaj je tak”, mówię, i trzyma, zaciska ręce na wezgłowiu, aż bieleją mu kostki, a ja całuję go coraz niżej, po piersi i brzuchu, i biorę go do ust, powoli, nieustępliwie, aż jego biodra unoszą się z łóżka, a on powtarza moje imię jak tonący i błaga, żebym nie przestawała, i błaga, żebym przestała, jedno i drugie naraz.
Nie pozwalam mu dojść. Siadam na nim okrakiem i opuszczam się centymetr po centymetrze, a dźwięk, który z siebie wydaje, przeszywa mnie na wskroś. To ja narzucam tempo. Okrutnie powolne. Opieram dłonie płasko na jego piersi, tam, gdzie szaleje serce, i poruszam się na nim, unosząc się i opadając, i patrzę, jak jego twarz otwiera się niczym książka z pękniętym grzbietem, odsłaniając każdą stronę.
„Patrz na mnie”, mówię, tak jak on mówił do mnie na mokrym chodniku. „Cassius. Patrz na mnie.”
Patrzy. Ani razu nie odwraca wzroku: ani kiedy napieram mocniej i szybciej, a rozkosz nawija się we mnie coraz ciaśniej i jaśniej, ani kiedy sięgam między nas i sama doprowadzam się do szczytu, a on nie spuszcza oczu z moich palców, ani kiedy dochodzę, zaciśnięta wokół niego, z krzykiem wzniesionym ku świetlikowi. Dopiero kiedy pochylam się i mówię prosto w jego usta: „Teraz. Już możesz. Dotknij mnie”, odrywa ręce od wezgłowia, chwyta mnie za biodra i przyciąga w dół, raz, drugi, i spełnia się we mnie z twarzą wtuloną w moją pierś, a całe jego ciało drży jak uderzony dzwon.
Potem, kiedy leżymy splątani w wilgotnej pościeli, mówi w moje włosy: „Jeśli kiedykolwiek nadejdzie czwartek, idę prosto na komisariat przy Coldharbour Road. Pożar. Twój ojciec. Wszystko”.
Zamykam oczy. Wiedziałam, że to powie. Chyba przestałabym go kochać, gdyby tego nie powiedział. „Wiem.”
„Taka jest cena.”
„Wiem”, mówię znowu i tym razem, po raz pierwszy, wiem nie jest kłamstwem.
Jeszcze cztery środy zajmuje nam poznanie kształtu tej ostatniej.
Jeśli wyślę strony ojca na policję, Everard w ciągu godziny się o tym dowiaduje; ma wszędzie przyjaciół, a Pell przychodzi o dziewiątej. Jeśli Cassius zabije Crewe’a, Everard sam najmuje Pell. Jeśli Cassius zabije Everarda (co proponuje tylko raz, bardzo cicho, w dziewięćdziesiątą środę), północ przewraca kartę i znów jest środa, jakby dzień wzruszył ramionami. Pętla nie potrzebuje trupa. Mnie ma już od dziewięćdziesięciu dni.
Więc w dziewięćdziesiątą pierwszą środę nie próbujemy wygrać. Próbujemy powiedzieć prawdę.
W południe ojciec Anselm siedzi w zakrystii i mówi do mojego telefonu o młodym człowieku bez skóry na dłoniach. O trzeciej Cassius wchodzi do sklepu przy Pilgrim Lane, kładzie na ladzie kopertę z pieniędzmi i oznajmia Simonowi Crewe’owi, że z tym kończy; Crewe wzdycha i mówi, że szkoda, bo klient postanowił zjawić się osobiście, zrobił się sentymentalny, a Cassius wychodzi z każdym słowem nagranym w kieszeni płaszcza, nie łamiąc Crewe’owi ani jednego palca.
Dziesięć po czwartej dzwoni Everard, jak zawsze, i tym razem odbieram.
„Immy, skarbie. Co znalazłaś?”
„Wszystko”, mówię. „Wiem, Everardzie.” I rozłączam się, a ręce wcale mi nie drżą.
O szóstej wysyłam wszystko (zdjęcia księgi, nagranie księdza, nagranie pośrednika) Priyi Anand z Couriera, która od dziesięciu lat krąży wokół Everarda Mercera.
O jedenastej pięćdziesiąt jeden gwiżdże czajnik. O jedenastej pięćdziesiąt dwa podchodzę do okna i celowo staję twarzą do ciemności, ostatni pociąg ciągnie swój rozświetlony naszyjnik przez wiadukt, a za mną, w cieniu przy drzwiach sypialni, stoi bez ruchu mężczyzna pachnący cedrem i czymś spalonym.
W drzwiach wejściowych obraca się klucz. Oczywiście, że Everard ma klucz. Ma go od dwunastu lat.
W tej samej chwili skrzypią schody przeciwpożarowe i Hester Pell wpada przez okno w eksplozji szkła i żółci. Cassius uderza w nią z boku, zanim jej stopy dotkną kafelków. Pada strzał. Widzę, jak Cassiusem szarpie, ale on nie zwalnia, oboje wpadają na szafki, rozlega się trzask jak przy łamaniu gałęzi, Pell krzyczy, a potem cichnie. Pistolet ślizga się po podłodze i zatrzymuje przy wypolerowanych butach Everarda Mercera, który stoi w moich drzwiach w swoim dobrym płaszczu z wielbłądziej wełny, z deszczem na ramionach i pogrzebem mojego ojca wypisanym na twarzy.
Podnosi go. Celuje we mnie. Ręka drży mu tak bardzo, że lufa kreśli w powietrzu małe kółka.
„Miałaś stać twarzą do okna”, mówi, a to tak bliskie pierwszych słów, jakie w ogóle powiedział do mnie Cassius, że prawie się śmieję.
Cassius klęczy między nami, jedną ręką przyciska bok, krew przecieka mu przez palce. W drugiej ręce trzyma nóż. Widziałam, jak rzuca. Z tej odległości by nie chybił. Patrzę, jak to rozważa, i patrzę, jak Everard widzi, że Cassius to rozważa.
„Zrób to”, mówi do niego Everard bez tchu. „No dalej. Robiłeś gorsze rzeczy za mniej.”
Cassius patrzy na mnie. Nie na Everarda. Na mnie.
Potem kładzie nóż płasko na kafelkach i przesuwa go po podłodze, rękojeścią do przodu. Nóż zatrzymuje się, dotykając mojej bosej stopy.
„Twój czwartek”, mówi. „Twój wybór.”
Podnoszę go. Trzymam go właściwie, tak jak mnie nauczył, nie jak pióro. Pistolet Everarda podąża za mną. Oczy ma mokre.
„Twój ojciec zniszczyłby czterdziestu porządnych ludzi przez jedną kolumnę liczb”, mówi. „Zapłaciłem za wszystko, czym jesteś. Kochałem cię.”
„Zapłaciłeś za to nim”, mówię. „To koniec, Everardzie. Priya Anand ma te strony od szóstej. Ojciec Anselm. Crewe. Możesz mnie zastrzelić. Tego, co pójdzie do druku, i tak nie zatrzymasz.”
Daleko, a potem już nie tak daleko, zaczynają zawodzić syreny, wznosząc się nad wiaduktem.
Myślę o dłoni na moich ustach, czterdzieści jeden razy. Myślę o sylwetce mężczyzny za rozgrzaną szybą. Myślę o tym, kim byłabym w czwartek, z czymś takim w sobie. Potem podchodzę do zlewu i odkładam do niego nóż, delikatnie, tak jak odkłada się kartę, której uniesienie zajęło cały dzień.
„Pamiętaj, że prochem jesteś”, mówię mu.
Everard Mercer długo na mnie patrzy. Potem lufa pistoletu opada, a on siada na podłodze mojej kuchni w swoim pięknym płaszczu, pośród szkła, i chowa twarz w dłoniach, a czajnik wrzeszczy, a zegar na kuchence pokazuje dwunastą.
Czekam na przechył. Na ogromną rękę przewracającą kartę.
Nie nadchodzi.
Minuta po północy. Czajnik wciąż wrzeszczy. Cassius krwawi na moje kafelki. Klęczę obok niego z dłońmi przyciśniętymi do jego dłoni, a on się śmieje urywanym, osłupiałym śmiechem, z popiołem wciąż na czole i krwią na zębach. „Imogen”, mówi. „Imogen. Jest czwartek.”
Ratownicy mówią, że kula przeszła na wylot. Policja zabiera Everarda i Pell, do piątej spisuje moje zeznania i puszcza mnie do domu, gdzie padam na łóżko w ubraniu.
Budzę się dziesięć po szóstej, w ścianie stuka kaloryfer, a serce staje mi w piersi.
Potem widzę światło. Prawdziwe światło, cienkie i złote, leżące na świetliku tam, gdzie zawsze był deszcz. Telefon na szafce nocnej wyświetla CZWARTEK małymi szarymi wersalikami.
Ktoś puka do moich drzwi.
Stoi tam w szpitalnej koszuli pod płaszczem koloru łupku, szary na twarzy, pozszywany, wypisany na własne żądanie wbrew zaleceniom lekarzy. Popiołu na czole już nie ma. Bez niego wygląda młodziej.
„O dziewiątej idę na komisariat przy Coldharbour Road”, mówi. „Chciałem najpierw mieć choć jeden poranek. Jeśli mnie zechcesz. Jeśli nie, poczekam na schodach.”
Wciągam go do środka za klapy płaszcza.
Uważamy na jego bok. Uważamy na wszystko. Ja pytam, a on mówi „tak”; on pyta, a ja mówię „tak”; i w złotym świetle kochamy się tak powoli, jakbyśmy ręcznie spisywali przysięgę, jego twarz nade mną bezbronna i mokra, moje palce splecione na poduszce z jego pokrytymi bliznami palcami, bo pierwszy raz od dziewięćdziesięciu jeden dni poranek jest tylko porankiem i już nigdy się nie powtórzy, i właśnie to czyni go świętym.
O wpół do dziewiątej idziemy razem w słońcu na komisariat, a na schodach Cassius całuje mnie w czoło, tam, gdzie kiedyś był popiół, i wchodzi do środka.
W zakładzie karnym Greyfriars pachnie pastą do podłóg i gotowanymi warzywami, a w środy okna sali widzeń wychodzą na wschód.
Znów jest Środa Popielcowa, rok później. Everard Mercer odsiaduje dożywocie. Simon Crewe zmarł w areszcie, a w jego sklepie przy Pilgrim Lane sprzedają teraz e-papierosy. Hester Pell poszła na układ z prokuraturą, a potem go złamała i przebywa gdzieś, o co nigdy nie zapytam. Ojciec Anselm złożył zeznania, ani razu nie pociągając nosem, potem przeszedł na emeryturę, zamieszkał w domku w Marsh Lane i napisał do mnie list, w którym było tylko jedno zdanie: Dziękuję, że kazała mi Pani pamiętać.
Cassius dostał dziewięć lat za pożar. Sędzia powiedział, że jego przyznanie się do winy i zeznania przeciwko Mercerowi bardzo zaważyły. Ja usłyszałam tylko liczbę, a potem już tylko to, jak odwrócił się na ławie oskarżonych i szukał wzrokiem mojej twarzy.
Przychodzę w środy. Zawsze będę przychodzić w środy.
Dziś rano poszłam na mszę o siódmej, nowy młody ksiądz zanurzył kciuk w mosiężnej misie i nakreślił mi krzyż na czole, a ja się nie wzdrygnęłam. Teraz siedzę przy przykręconym do podłogi stole we wschodnim świetle, wprowadzają go, jest szczuplejszy, ma krótko obcięte włosy, a nad oczami szarą smugę od więziennego kapelana, i uśmiecha się do mnie naprawdę, a ja już nie myślę, że to sobie wymyśliłam.
Siada. Wolno nam trzymać się za ręce nad stołem. Odwracam jego dłoń, przesuwam kciukiem po bliźnie na jej wnętrzu i czuję, jak przechodzi go dreszcz.
„Pamiętaj, że prochem jesteś”, mówi cicho.
„Pamiętam”, odpowiadam. „Za każdym razem.”
Na zewnątrz, daleko za murem, pociąg przejeżdża przez wiadukt w biały dzień. Jest środa. Jutro będzie czwartek, potem piątek i wszystkie zwykłe dni, które przyjdą później, a za osiem lat mężczyzna pachnący cedrem i czymś spalonym wyjdzie przez tę bramę prosto w poranek, a ja będę tam stała, twarzą do niego.
✦ Koniec rozdziału nr 03 ✦