Nowy Grzech
← Archiwum

Rozdział nr 02

Kły jak obrączki

Małżeństwo z rozsądku z najstarszym wampirem w mieście. Umowa zabrania mu gryźć. O tym, że będzie chciał, nie mówi ani słowa.

  • 33 min czytania
  • 439 875 odsłon
  • Małżeństwo z rozsądku
  • Wampir
  • Zaborczy bohater
  • Powolny żar
Ostrzeżenia

Krew · Przemoc · Śmierć rodzica · Treści seksualne

Umowa liczyła czterdzieści jeden stron i każdą z nich przeczytałam dwa razy, zanim złożyłam podpis atramentem koloru starego wina.

Pan Quill, radca prawny, podsunął mi zwyczajne pióro. Odmówiłam. Chciałam atramentu z małego kałamarza z rżniętego szkła, który stał przy łokciu Aureliana Blackwooda, bo był to jedyny przedmiot na biurku, którego dotknął, odkąd usiadł, a ja chciałam wiedzieć, czym pisze ktoś taki jak on. Atrament pachniał żelazem i dębowymi galasami. Stary atrament, taki, który kładzie się na papier czarny jak siniak, a przez stulecia brązowieje do barwy wina podawanego na stypach. Od dziewięciu lat pracuję w Miejskim Archiwum w Calder i restauruję pisane nim dokumenty. Wiem, jak się starzeje. Wiem, jak kłamie.

Klauzula 12: Mąż w żadnych okolicznościach nie będzie żywił się krwią Żony.

„Widzę, że jest pani bardzo przywiązana do tej klauzuli”, zauważył Aurelian Blackwood z drugiej strony biurka. Nie mrugnął od jedenastu minut. Liczyłam.

„Jestem bardzo przywiązana do swoich żył”.

„Zrozumiałe”. Coś mignęło za jego uśmiechem: za dużo zębów, zbyt białych. Znikło, zanim zdążyłam się upewnić. „To piękne żyły”.

Kiedy się boję, liczę. Stopnie, guziki, sekundy między pukaniem a głosem. Policzyłam pierścienie na palcach pana Quilla (trzy), świece w kinkietach (dziewięć) i to, ile razy Aurelian Blackwood zaczerpnął tchu, a robił to tylko wtedy, gdy zamierzał coś powiedzieć, jakby powietrze było uprzejmością, którą okazywał nam, pozostałym.

Był piękny tak, jak piękny bywa nóż w muzealnej gablocie. Wysoki, ubrany w czerń tak staroświecką, że zatoczyła pełne koło i znów stała się elegancka, o włosach ciemnozłotych jak ikona, która zbyt długo wisiała w dymie świec. Twarz miał młodą, oczy nie. Były szare i spoczywały na mnie ze straszliwą cierpliwością pogody.

„Wciąż może pani odmówić, panno Hale”, powiedział. „Nikt nie pomyśli o pani gorzej”.

„Poborczyni lady Mordaunt pomyśli”.

To nazwisko ochłodziło powietrze w pokoju. Pan Quill zdjął okulary i zaczął je przecierać; w ciągu ostatniej godziny zdążyłam się przekonać, że robi tak, zamiast się wzdrygnąć.


Powinnam wyjaśnić, jak rozsądna dwudziestodziewięcioletnia kobieta dochodzi do tego, że oświadcza się najstarszemu potworowi w mieście.

Mój ojciec, Laurence Hale, był mężczyzną czarującym, a nic nie wychodzi drożej niż mężczyzna z urokiem. Urokiem zaprowadził moją matkę do ołtarza, a potem tym samym urokiem wyprowadził ją z domu. Czarował bukmacherów, szulerów i wierzycieli, a kiedy zabrakło mu wierzycieli wśród ludzi, pewnej nocy zszedł do dzielnicy nad rzeką i swoim urokiem utorował sobie drogę do salonu Rodu Mordaunt.

Jedenaście tygodni temu wyłowiono go z Sable z kieszeniami pełnymi kamieni.

Trzy dni po pogrzebie kobieta w szarych rękawiczkach z koźlej skórki weszła po schodach do naszego mieszkania nad introligatornią przy Wick Lane i położyła na kuchennym stole dokument. Był to zastaw, podpisany zamaszystym, szczodrym pismem mojego ojca. W zamian za sumy, na których wspomnienie wciąż robi mi się niedobrze, Laurence Hale zapisał Rodowi Mordaunt krew swojego rodu, do odebrania po jego śmierci, po wsze czasy.

Tym rodem byłam ja. Tym rodem była moja siostra Pip: dwadzieścia dwa lata, ostatni rok w Konserwatorium, i wciąż płakała, kiedy grała Chopina, bo nasza matka go nuciła.

„Do odebrania”, powtórzyłam kobiecie w szarych rękawiczkach.

„Lady Sabine woli, żeby jej naczynia mieszkały u niej”, odparła. „Tak jest łagodniej. Dostanie pani własne pokoje”. Zerknęła na Pip, która stała w drzwiach w samych pończochach. „Każda z pań”.

Przeczytałam ten zastaw tak, jak czytam wszystko: dwa razy, powoli, szukając usterki. Wtedy żadnej nie znalazłam. Po czterech nocach w Archiwum nad Porozumieniami z Calder znalazłam za to jeden jedyny akapit, spisany po to, by stare rody nie rozszarpały miasta na strzępy.

Żaden Ród ani żaden członek Rodu nie odbierze krwi, posługi ani osoby prawowitemu śmiertelnemu współmałżonkowi Starszego zasiadającego w Konklawe.

W Konklawe w Calder zasiadało pięcioro Starszych. Troje z nich poślubiło wampiry, co się nie liczyło. Czwartą była sama Sabine Mordaunt.

Piątym był Aurelian Blackwood, którego siódma żona zmarła wiosną w wieku osiemdziesięciu jeden lat, we śnie, trzymając go za rękę. Archiwum przechowuje gazety. Przeczytałam jej nekrolog. Przeczytałam też to, co kryło się pod nim: przepis, o którym wiedział każdy urzędnik w mieście i o którym nikt nie mówił głośno. Starszy, który stawiał się na Noc Popiołów bez żyjącego śmiertelnego współmałżonka, tracił miejsce i terytorium na rzecz tego, kogo wskaże Konklawe. A Konklawe wskazałoby Sabine. Czekała na śmierć Margaret Blackwood tak, jak kot czeka przy mysiej norze.

Włożyłam więc swój lepszy płaszcz, ten z cerowanym mankietem, o zmierzchu przeszłam przez żelazną bramę Blackwood House i oznajmiłam mężczyźnie, który otworzył drzwi, że mam propozycję dla jego pana.

„Nie mam pana”, powiedział Aurelian Blackwood. „Proszę wejść”.

Wysłuchał wszystkiego, ani razu nie przerywając. Kiedy skończyłam, powiedział: „Rozumie pani, czym jestem”.

„Rozumiem, czego pan potrzebuje. To wydaje mi się bardziej przydatne”.

„A czego potrzebuje pani, panno Hale?”

„Bezpieczeństwa dla siostry. Czesnego opłaconego do końca jej ostatniego roku. Długu ojca, którego nikt nigdy nie będzie mógł ściągnąć”. Zmusiłam się, by wytrzymać spojrzenie tych szarych oczu. „I pańskiego słowa, że nigdy nie zatopi pan we mnie zębów”.

Milczał tak długo, że doliczyłam do czterdziestu.

„Proszę wrócić w czwartek”, powiedział. „Quill coś przygotuje”.

Quill przygotował czterdzieści jeden stron, a Klauzula 12 już się w nich znajdowała.

Zauważyłam to. Przyszłam uzbrojona w argumenty na jej poparcie, cały akapit argumentów, i nie musiałam użyć ani jednego. Była tam już w pierwszym projekcie, wykaligrafowana ręką Quilla, zanim w ogóle o nią poprosiłam. Pamiętam, że pomyślałam: taki zapis umieszcza mężczyzna, który doskonale wie, co będzie do niego czuła druga strona. Nie przyszło mi jeszcze do głowy, że taki zapis umieszcza mężczyzna, który doskonale wie, co czuje do samego siebie.

Reszta była zimna i starannie uporządkowana jak tacka z narzędziami chirurga. Rok i jeden dzień albo do chwili spłacenia długu Hale’ów lub dowiedzenia jego nieważności, zależnie od tego, co nastąpi wcześniej; wówczas Żona mogła odejść z odprawą i z własnym nazwiskiem. Osobne sypialnie (Klauzula 9). Pojawianie się publicznie u boku Męża przy tych okazjach, przy których wymaga tego Konklawe (Klauzula 10). Objęcie siostry Żony opieką Rodu Blackwood i opłacenie w całości jej czesnego (Klauzula 11). I Klauzula 14, którą Quill odczytał tonem człowieka opisującego meliorację pola: Pożycie małżeńskie może nastąpić wyłącznie na zaproszenie Żony, którego to zaproszenia Mąż się nie spodziewa.

„Nie spodziewa się”, powtórzyłam.

„Mam czterysta kilkadziesiąt lat, panno Hale”. Aurelian niezupełnie się uśmiechnął. „Nauczyłem się nie spodziewać zbyt wiele”.

Podpisałam. On podpisał po mnie, tym samym piórem, tym samym atramentem, a litery jego podpisu miały kształty tak dawne, że całość wyglądała jak zasuszony kwiat.

Pobraliśmy się o północy w kaplicy Blackwood House, w której nie było już krzyża, tylko jaśniejszy ślad na ścianie w miejscu, gdzie kiedyś wisiał. Pip była moim świadkiem: blada jak ściana, rozwścieczona, ściskała mój bukiet tak, jakby miała ochotę go nim zdzielić. Jego świadkiem był Quill. Znowu dziewięć świec. Policzyłam.

Obrączka była ze starego złota, ciężka i ciepła od jego kieszeni. Zanim mi ją włożył, obróciłam ją w palcach, szukając przetarć, widmowego śladu po palcu innej kobiety.

„Czy ktoś już ją nosił?”

„Nie”. Ujął moją dłoń. Palce miał chłodne, ale nie zimne, jak kamień w cieniu. „Żadna z nich jej nie nosiła. Kazałem ją wykonać w tym samym tygodniu, w którym stanęła pani w moich drzwiach”.

„Dlaczego?”

„Bo poprosiła mnie pani o coś, o co nikt mnie dotąd nie prosił”, powiedział tak cicho, że Pip nie mogła tego usłyszeć, „i nie wypadało dawać pani czegoś z drugiej ręki”.

Kiedy nadeszła chwila, w której mógł pocałować pannę młodą, uniósł zamiast tego moją dłoń i przyłożył usta do obrączki, tylko do obrączki, a ja poczułam na metalu kształt jego uśmiechu. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam je wyraźnie: dwa długie kły, blade i doskonałe. Przyszła mi do głowy nieproszona myśl, która nie chciała odejść. Że ugryzienie tymi zębami zostawiłoby dwa małe ślady. Dwie okrągłe, równiutkie ranki.

Jak obrączki. Jak przysięga, której nie da się zdjąć.


Nasz dom jest muzeum rzeczy, które kochał i które przeżył.

To była pierwsza rzecz, którą zrozumiałam w Blackwood House. Zrozumienie drugiej zajęło mi całe tygodnie, a chodziło o to, że on w tym domu nie tyle mieszkał, ile nad nim czuwał. Pokoje były nienaganne i zimne. W każdym korytarzu tykały zegary, wszystkie nakręcone, wszystkie dokładne, jakby czas był gościem, którego nie chciał urazić. Na nieużywanej toaletce leżały szczotki w srebrnej oprawie, a gdzie indziej para damskich rękawiczek ogrodowych, wciąż sztywnych od ziemi z ogrodu, który wybrukowano dwa panowania temu.

I portrety. Siedem, w długiej galerii biegnącej od schodów do wschodniego skrzydła, każdy oświetlony własną małą lampką.

Kobiety, których imion nie chciał wymówić. Ciemnooka kobieta w sztywnej koronkowej kryzie, może trzydziestoletnia, bardzo pewna siebie. Rudowłosa w bladoniebieskim jedwabiu, ze spanielem na kolanach. Pulchna, roześmiana kobieta w żałobnej szarości. Surowa piękność w wysokim edwardiańskim kołnierzu. Kobieta w eleganckim kostiumie z lat czterdziestych, ze szminką jak ostrzeżenie. Siwowłosa dama przy sekretarzyku, z atramentem na palcach; za to polubiłam ją od razu. I Margaret, ostatnia, namalowana, gdy miała może sześćdziesiąt lat, w rozpinanym swetrze, z okularami do czytania wsuniętymi w białe włosy i z wyrazem czułego zniecierpliwienia, wymierzonym w tego, kto trzymał pędzel.

„Kim one były?” zapytałam go w pierwszym tygodniu.

„Moimi żonami”.

„Tego się domyśliłam. Pytałam o imiona”.

Patrzył na portrety tak, jak widywałam mężczyzn wpatrzonych w morze z końca mola. „Ich imiona to jedyne, co w tym domu należy wyłącznie do mnie”, powiedział i poszedł dalej korytarzem. Nic więcej nie usłyszałam.

Był tam fortepian, na którym nikt nie grał, czarny koncertowy Érard w pokoju muzycznym, z zamkniętą klapą, przykryty szalem z frędzlami jak całunem. Kiedy w naszą pierwszą niedzielę Pip przyszła na obiad, ruszyła prosto do niego z bezradnym głodem prawdziwie utalentowanych i uniosła szal, a Aurelian rzucił od drzwi: „Nie”, takim głosem, że jej dłoń zamarła w powietrzu. A potem łagodniej: „Proszę mi wybaczyć. Od lat nikt go nie stroił”.

Pip powiedziała mi później w holu, że był idealnie nastrojony. Zdążyła nacisnąć jeden klawisz, zanim się odezwał. „Ktoś go stroi, Clem”, szepnęła. „Co roku. Ktoś dba o to, żeby był gotowy, i nigdy na nim nie gra. To najsmutniejsza rzecz, jaką w życiu widziałam, a widziałam pogrzeb taty”.

Moja sypialnia znajdowała się na samym końcu wschodniego skrzydła; miała wysokie okna wychodzące na martwy ogród, zamek od wewnątrz i klucz, który w noc poślubną wręczył mi on sam.

„Na wypadek gdybym się zapomniał”, powiedział.

„Często się to panu zdarza?”

„Nigdy”. Zatrzymał się przed progiem, którego nie wolno mu było przekroczyć. Nie dotknął framugi. Stał tak, jakby krawędź dywanu była ostrzem położonym na podłodze. „Po prostu nigdy dotąd nie byłem żonaty z kimś, kto pachnie tak”.

Powinnam była się bać. Bałam się. Ale pod strachem, w jakimś małym, zamkniętym na klucz pokoiku w sobie, czułam też mętne, wstydliwe zadowolenie. Nikt nigdy nie patrzył na mnie tak, jak on patrzył wtedy: jakbym to ja była jedyną niebezpieczną rzeczą w tym domu.

Zamknęłam drzwi na klucz. Leżałam bez snu i wsłuchiwałam się w zegary. Policzyłam je. Trzydzieści jeden.


Miesiące ułożyły się w coś, co niemal przypominało życie.

Sypiał, jeśli to właściwe słowo, za dnia, w pokojach, których nigdy mi nie pokazano. Rano chodziłam do Archiwum, bo nie zamierzałam rezygnować z pracy, a on wcale mnie o to nie prosił. O zmierzchu wracałam do Blackwood House i zastawałam ogień rozpalony w bibliotece, tacę z kolacją dla jednej osoby i Aureliana w fotelu po drugiej stronie kominka, z książką, której nie czytał.

Rozmawialiśmy, i to zaskoczyło mnie bardziej niż cokolwiek innego. Kiedy powiedziałam mu, że przez sześć godzin przywracałam czytelność zalanej wodą księdze parafialnej, pochylił się ku mnie z zainteresowaniem tak bezgranicznym, że niemal nieprzyzwoitym.

„Z jakiej parafii?”

„Świętego Anzelma. Od tysiąc sześćset czterdziestego do tysiąc sześćset siedemdziesiątego”.

„Brałem ślub u Świętego Anzelma”, powiedział. „W tysiąc sześćset pięćdziesiątym pierwszym. Być może trzymałaś dziś w rękach moje nazwisko, Clemency, i nawet o tym nie wiedziałaś”.

Po raz pierwszy wypowiedział moje imię. W jego ustach brzmiało inaczej, starzej, jakby wypowiadał samo słowo, a nie tylko mnie nim wołał. Clemency. Łaska. Wyrozumiałość dla winnych.

Jego własna biblioteka była ruiną zaniedbanego papieru, więc wieczorami zaczęłam ją restaurować przy długim stole, a on się przyglądał. Listy, akty własności, domowa księga rachunkowa z czasów królowej Anny. Czytał mi przez ramię, nigdy mnie nie dotykając, tak blisko, że czułam wzdłuż szyi jego szczególny chłód, jakbym jesienią stała przy otwartym oknie.

„Już się nie wzdrygasz”, zauważył pewnej nocy.

„A ty już na mnie nie oddychasz”.

„Nigdy nie oddychałem na ciebie”. Pauza. „Oddychałem tobą. To co innego”.

Nie odwróciłam się. Pędzelek drżał mi w palcach. Odłożyłam go bardzo ostrożnie, żeby nie kapnął na księgę z czasów królowej Anny. „A czym ja pachnę, Aurelianie? Skoro ciągle do tego wracasz”.

Milczał tak długo, że pomyślałam, iż wyszedł. Potem jego głos rozległ się tuż przy moim uchu.

„Jak rozświetlone okno”, powiedział, „widziane z daleka, z bardzo zimnej drogi”.

Tej nocy w ogóle nie zasnęłam. Leżałam z kluczem w dłoni, aż metal zrobił się równie ciepły jak ja, i myślałam o ojcu, który nigdy nie potrafił przejść obojętnie obok czegoś, czego pragnął. Nie byłam moim ojcem. Przeczytałam każdą klauzulę. Wiedziałam, ile co kosztuje.

Nie pozwalałam sobie natomiast myśleć o tym, że klauzula, za którą się chowałam, była jego, nie moja. Że spisał ją, zanim w ogóle o nią poprosiłam.

W drugim miesiącu Klauzula 10 kazała mi włożyć suknię z ciemnoczerwonego jedwabiu, którą zamówił dla mnie Aurelian, i pójść z nim na Jesienne Zgromadzenie Konklawe.

Odbywało się w starej Giełdzie Zbożowej, którą sto lat temu wampiry z Calder kupiły miastu sprzed nosa i obwiesiły żyrandolami. Starsi i ich rody stali pod szklaną kopułą w starannie rozstawionych grupkach, a kiedy weszliśmy, zwróciły się ku nam wszystkie twarze i poczułam, jak ta uwaga osiada na mojej nagiej szyi niczym przeciąg.

Dłoń Aureliana spoczęła nisko na moich plecach. Tylko wnętrze dłoni, tylko jej nacisk przez jedwab. Po raz pierwszy od ślubu mnie dotknął.

„Oddychaj”, szepnął. „Słyszą bicie twojego serca”.

„To niech słyszą, że jest zirytowane”.

„Tak”. Zabrzmiało to niemal tak, jakby był zadowolony. „Może być”.

Sabine Mordaunt przeszła ku nam przez salę, jakby parkiet należał do niej. Była drobna, jasnowłosa i bardzo urodziwa, miała twarz porcelanowej świętej i suknię szarą jak rękawiczki jej poborczyni. Nie spojrzała na Aureliana. Spojrzała na mnie, powoli, od rąbka sukni po włosy, a potem nachyliła się tak blisko, że poczułam chłód jej policzka przy swoim, i wciągnęła powietrze.

„Och”, powiedziała cicho. „Och, Laurence. Nigdy mi nie mówiłeś”.

„Odsuń się, Sabine”, powiedział Aurelian.

„Podziwiam twoją żonę, kochanie. Tak wypada”. Odsunęła się z uśmiechem. Oczy miała bladoniebieskie jak chude mleko. „Krew Hale’ów. Wiedziałam, że będzie dobra, ale nie wiedziałam, że aż tak. Nic dziwnego, że trzymasz ją zamkniętą we wschodnim skrzydle”. Jej spojrzenie delikatnie zsunęło się na moją szyję. „Nienaznaczona. Wciąż. Po dwóch miesiącach. Małżeństwo bez krwi między stronami to małżeństwo na papierze, Aurelianie. Porozumienia spisano po to, by chroniły więzi. W Noc Popiołów zamierzam zapytać Konklawe, czy papier się liczy”.

„Porozumienia mówią o prawowitym małżonku”, powiedziałam. „Nie o ugryzionym. Czytałam je. A pani?”

Spojrzała na mnie tak, jakby odezwało się krzesło. Potem roześmiała się pięknym, srebrzystym śmiechem i dotknęła mojego ramienia jednym palcem w szarej rękawiczce.

„Twój ojciec też mówił takie rzeczy”, powiedziała. „Aż do samej rzeki”.

Odeszła. Stałam bez ruchu pod żyrandolami i liczyłam kryształy na najbliższym, dopóki nie doszłam do stu i nie mogłam znów zaufać własnej twarzy.

W powozie, w drodze do domu, po ciemku, gdy deszcz kreślił srebrne linie na szybach, powiedziałam: „Zabiła go. Prawda?”

„Tak sądzę”. Aurelian patrzył na mokre ulice. „Nie potrafię tego dowieść. Sabine jest bardzo stara i bardzo ostrożna, a twojego ojca bardzo wielu ludzi chętnie wrzuciłoby do rzeki”.

„Ma rację? Co do Konklawe?”

„Racji nie ma. Ale może być przekonująca. Są Starsi, którzy z przyjemnością patrzyliby, jak tracę miejsce”. Odwrócił głowę. W świetle mijanych latarni jego oczy były srebrne, potem czarne, potem znów srebrne. „To bez znaczenia. Nie zostaniesz ugryziona po to, żeby wygrać spór, Clemency. Nie przeze mnie. Nie za żadne miejsce w żadnym mieście na świecie”.

„A jeśli orzekną przeciwko tobie?”

„Wtedy stracę terytorium, ty nadal będziesz moją żoną, a ja znajdę inny sposób, żeby trzymać ją od ciebie z daleka”. Powiedział to po prostu, tak jak mówił wszystko, jakby sprawa była już załatwiona. „Już mnie kiedyś wywłaszczono. Zrobił to Cromwell. Było potwornie nudno”.

Roześmiałam się. Wcale nie chciałam. Wyrwał mi się śmiech łzawy i zaskoczony, a on spojrzał na mnie tak, jakbym zapaliła zapałkę w pokoju, który od stu lat uważał za pusty.

Powozem szarpnęło na kocich łbach i moja dłoń wylądowała na jego kolanie. Żadne z nas jej nie cofnęło. Czułam przez cienką wełnę długi, chłodny mięsień jego uda i czułam, jak nieruchomieje zupełnie, tak jak potrafią tylko umarli, a w ciemności jego twarz była tak blisko, że mogłabym go pocałować, ledwie przechylając głowę.

„Clemency”, powiedział. To było ostrzeżenie. To była modlitwa.

Zabrałam rękę, złożyłam ją na kolanach i przez całą drogę do domu liczyłam latarnie.


W trzecim miesiącu przy kolacji skaleczyłam się w palec o rozbity kieliszek.

Opowiadałam mu o programie recitalu Pip i gestykulowałam kieliszkiem, a nóżka po prostu nie wytrzymała w mojej dłoni. Czasza uderzyła o brzeg talerza i rozprysła się, a odłamek rozciął mi opuszkę palca wskazującego równo jak nożyk do listów.

W jadalni zapadła cisza. Wszystkie świece pochyliły się ku niemu, jakby się bały.

Aurelian bardzo ostrożnie odłożył serwetkę, którą przez cały czas składał i rozkładał. Wstał. Przeszedł wzdłuż stołu, niespiesznie, co było gorsze, niż gdyby się spieszył, ujął mój nadgarstek i owinął mi dłoń własną lnianą serwetką, uciskając, dopóki krew nie przestała płynąć, a szczękę zaciskał tak mocno, że słyszałam, jak trzeszczy.

„Klauzula dwunasta”, powiedział głosem chropawym jak żwir.

„Wiem”.

„Powtórz mi ją”. Jego oczy były zupełnie czarne, bez śladu białka, jak dwie krople starego atramentu. „Proszę”.

„Mąż”, powiedziałam, „w żadnych okolicznościach nie będzie żywił się krwią Żony”.

Mój głos zabrzmiał nie tak, jak powinien. Nie było w nim strachu.

Usłyszał dokładnie, co było w nim nie tak. Na sekundę mocniej zacisnął palce na moim nadgarstku i poczułam bardzo wyraźnie, jak cała ta ogromna machina, którą był, obraca się ku mnie, a potem, wysiłkiem, którego nie potrafiłabym nawet oszacować, odwraca się z powrotem. Puścił mnie. Wyszedł z jadalni bez słowa, a chwilę później usłyszałam, jak zamykają się drzwi frontowe, a potem już nic.

Siedziałam sama z owiniętą dłonią, a świece powoli się prostowały. Policzyłam je i odkryłam, że nie chcę niczego liczyć. Prowadziłam rachunki, odkąd byłam na tyle duża, żeby rozumieć minę właściciela kamienicy; byłam tym śmiertelnie zmęczona i nigdy w życiu nie sięgnęłam po nic tylko dlatego, że tego chciałam.

Tej nocy po raz pierwszy nie zamknęłam drzwi na klucz.

Wrócił trochę przed drugą. Usłyszałam drzwi frontowe, a potem jego kroki na schodach; nauczyłam się je słyszeć tylko dlatego, że mi na to pozwalał. Szły galerią, obok siedmiu lampek. Szły wschodnim skrzydłem. Zatrzymały się pod moimi drzwiami.

Musiał usłyszeć, że klucz w zamku się nie obrócił. Słyszał wszystko.

Wstałam. Byłam w koszuli nocnej, boso, z zabandażowanym palcem; otworzyłam drzwi na oścież i stanęłam w progu. Stał po drugiej stronie, dokładnie tam, gdzie w noc poślubną, i nie zdjął płaszcza. Na ramionach miał krople deszczu, a na twarzy coś, czego nigdy wcześniej na niej nie widziałam. To nie był głód. Głód umiałabym znieść. To była nadzieja i wyglądało na to, że go boli.

„Powinnaś była zamknąć na klucz”, powiedział.

„Wiem, co powinnam była zrobić. Przez całe życie robiłam to, co powinnam”. Trzymałam się framugi, żeby nie zobaczył moich rąk. „Klauzula czternasta, Aurelianie. To jest zaproszenie. Zapraszam cię. Chcę, żebyś wszedł do tego pokoju i do tego łóżka, i chcę tego dlatego, że chcę, a nie z powodu jakiegoś długu, jakiegoś miejsca w Konklawe czy jakiejś kobiety w szarych rękawiczkach. Przeczytałam warunki. Wiem, co robię”.

Zamknął oczy. „Nie mogę dać ci tego, co miały tamte. Nie mogę obiecać, że będę łagodny dla tej części siebie, która pragnie twojej krwi. Mogę tylko obiecać, że ona cię nie dostanie”.

„W takim razie oto moje warunki”. Głos mi drżał i pozwoliłam mu drżeć. „Jeśli powiesz dwanaście, zamykam drzwi na klucz, a ty odchodzisz. Jeśli ja powiem przestań, przestajesz”.

„Nie musiałabyś mówić tego dwa razy”.

„Wiem”, powiedziałam. „Dlatego otworzyłam drzwi”.

Przekroczył próg tak, jak ktoś, kto postanowił wreszcie wyjść z grobu.

Nie pocałował mnie od razu. Wziął moją zabandażowaną dłoń, odwrócił ją i przycisnął usta do wewnętrznej strony nadgarstka, powyżej pulsu, nie na nim, i poczułam, jak całe jego ciało raz przeszywa dreszcz, jak drzewo targnięte podmuchem. Potem uniósł głowę; oczy miał znowu szare. I pocałował mnie w usta.

Całowano mnie już wcześniej. Nigdy jednak nie całował mnie ktoś, kto czekał czterysta lat, żeby się tego nauczyć. Całował mnie powoli, jakby mnie czytał, dwa razy, szukając usterki, nie znajdując żadnej i czytając mnie jeszcze raz dla samej przyjemności. Jego dłonie wsunęły się w moje włosy. Były chłodne, a tam, gdzie spoczęły, nabierały ciepła, i z nagłym skurczem nisko w brzuchu zrozumiałam, że zabiera moje ciepło i że pozwolę mu zabrać całe.

„Mów mi”, powiedział z ustami przy mojej szczęce. „Za każdym razem. Mów, że tego chcesz”.

„Chcę tego”.

Rozbierał mnie tak, jakby rozpakowywał coś, na co, jak mu długo powtarzano, nie było go stać. Zdjął mi koszulę nocną przez głowę, cofnął się i po prostu patrzył, a ja, na którą nikt w życiu tak nie patrzył, nie zasłoniłam się. Stałam w świetle jedynej lampy i pozwalałam mu na siebie patrzeć: na zwyczajne ciało zwyczajnej kobiety, która jadła na stojąco i pracowała do późna, a on patrzył na nie tak, jakby było ostatnim rozświetlonym oknem przy najzimniejszej drodze świata.

„Aurelianie. Twój płaszcz”.

Roześmiał się, i był to pierwszy prawdziwy śmiech, jaki od niego usłyszałam, niski i zdumiony, i pozwolił mi zdjąć z siebie płaszcz. Potem kamizelkę, koszulę. Tors miał blady i gładki, a tuż nad sercem starą białą bliznę w kształcie gwiazdy, w miejscu, gdzie coś kiedyś w niego weszło i nie całkiem go zabiło. Przyłożyłam do niej usta. Wydał dźwięk, który będę słyszeć we śnie do końca życia.

W łóżku trzymał twarz z dala od mojego gardła. Ilekroć jego usta wędrowały w stronę szyi, zbaczały: na ramię, na obojczyk, w dół, a ja w napięciu jego ramion czułam wysiłek każdego takiego drobnego uniku. Wędrował w dół mojego ciała z uwagą graniczącą z nabożeństwem: chłodnymi ustami pieścił moje piersi, aż sutki zaczęły boleć, potem żebra, miękką skórę brzucha, a kiedy ułożył się między moimi udami i podniósł wzrok, prosząc o pozwolenie, dałam mu je głosem, którego nie poznawałam.

Był cierpliwy. Miał cały czas świata i poświęcał go mnie, ustami i długimi, uważnymi palcami, a jego chłód i mój żar spotykały się i stawały czymś, co nie było ani jednym, ani drugim, aż wygięłam się w łuk nad pościelą, z palcami zaciśniętymi na jego włosach, a rozkosz zalała mnie z taką siłą, że po raz pierwszy w życiu zapomniałam cokolwiek liczyć.

Kiedy znów mogłam mówić, przyciągnęłam go do siebie. „Teraz”, powiedziałam. „Chcę cię w sobie. Teraz”.

Zawisł nade mną, wsparty na rękach, drżący. „Patrz na mnie, kiedy to robię”.

Patrzyłam. Obserwowałam jego twarz, gdy we mnie wchodził, powoli, tak bardzo powoli, aż był we mnie cały i oboje oddychaliśmy, on też, wielkimi, urywanymi haustami, których nie potrzebował, i zrozumiałam, że oddycha, bo ja oddycham, bo chciał być blisko wszystkiego, co robię. Poruszył się, a ja poruszyłam się razem z nim. Stare łóżko skrzypiało jak okręt. W pewnej chwili przewróciłam go na plecy, a on mi pozwolił, i usiadłam na nim okrakiem, z jego dłońmi na biodrach, i narzuciłam własny rytm, i nigdy nie czułam się tak potężna jak wtedy, patrząc z góry na najstarszego potwora w Calder, który leżał z głową odrzuconą na moją poduszkę i kłami obnażonymi ku sufitowi, nie ku mnie, nigdy ku mnie, i trzymał mnie tak mocno, jakbym była jedynym stałym punktem wirującego świata.

„Clemency”, powiedział. Moje imię. Łaska. „Clemency, Clemency”.

Doszedł z twarzą wciśniętą mocno w poduszkę, z dala od mojego gardła, wygięty w łuk całym ciałem, a ja po raz drugi doszłam zaraz po nim, z dłonią płasko na gwiaździstej bliźnie, pod którą jego serce (nie wiedziałam, że w ogóle potrafi bić) raz uderzyło jak grom.

Potem leżał obok mnie z ramieniem na oczach i drżał, i długo trwało, zanim zrozumiałam, że to drżenie nie było rozkoszą. To była cena. Przez cały ten czas, sekunda po sekundzie, trzymał się w ryzach, z moim pulsem kilka centymetrów od ust, i omal go to nie złamało.

„Opowiedz mi o pierwszym portrecie”, powiedziałam w ciemność.

Milczał tak długo, że doliczyłam prawie do stu. Potem powiedział: „Ysolde”.

Było to pierwsze imię, jakie mi zdradził.

„Przemieniono mnie w tysiąc sześćset dwunastym. Poślubiłem ją w tysiąc sześćset pięćdziesiątym pierwszym, u Świętego Anzelma, i byłem młody w jedyny sposób, który ma znaczenie dla takich jak ja: nie znałem jeszcze własnej siły. Wiedziała, czym jestem. Sama to zaproponowała. Myślała, że to nas zwiąże. Związało. Nie wiedziałem, jak przestać. Zanim zrozumiałem, że ucichła, już jej nie było. Muzyka należała do niej. To ona nauczyła mnie grać, a ja nie dotknąłem klawiszy od nocy, w której wyniosłem ją z tego domu. Każę stroić ten fortepian, bo nie mogę znieść myśli, że miałby zamilknąć, i nie mogę znieść myśli, że miałbym na nim zagrać”.

„Więc Klauzula dwunasta nigdy nie była dla mnie”.

„Miała ją każda żona po niej. Żadna nigdy nie zapytała dlaczego”. Opuścił ramię i spojrzał na mnie. „Jesteś pierwszą, która chciała jej dla siebie. I pierwszą, przez którą żałuję, że ona w ogóle istnieje”.

Położyłam zabandażowaną dłoń na jego piersi i nie poczułam już bicia, tylko chłodny bezruch i nikłe, uparte ciepło, które w nim zostawiłam.

I po raz pierwszy od czterystu lat Aurelian Blackwood dotrzymał obietnicy, która omal go nie zabiła.


Noc Popiołów przypadła na ostatnią noc roku, a ja już wtedy nie sypiałam we wschodnim skrzydle.

Sypiałam teraz w jego łóżku, w prostych pokojach bez okien, których wcześniej nigdy mi nie pokazano, i niemal każdego ranka wychodziłam do Archiwum prosto spod jego ramienia; twarz miał wtuloną w moje włosy, nigdy w gardło. Ilekroć sięgaliśmy po siebie, rozbudzeni i spragnieni, pytał. Za każdym razem mówiłam tak. Stało się to między nami liturgią, to pytanie i ta odpowiedź, i pokochałam ją bardziej niż jakąkolwiek modlitwę.

Nie przestałam jednak czytać. Sabine zapowiedziała, że złoży przed Konklawe petycję, petycja oznaczała dowody, a ja dokładnie wiedziałam, jakie dowody ma w ręku. Za pośrednictwem Quilla trzykrotnie prosiłam o wgląd w oryginał zastawu. Trzykrotnie Ród Mordaunt odpowiadał, że dokument zostanie przedstawiony pełnemu Konklawe w Noc Popiołów, i ani chwili wcześniej.

„Nie chce, żebyś się do niego zbliżała”, powiedział Aurelian.

„Nie”, odparłam. „Nie chce. Ciekawe dlaczego”.

Giełdę Zbożową wymieciono, a potem posypano popiołem, który pokrył całą posadzkę cienką warstwą jak szary śnieg, bo w Noc Popiołów każdy Starszy idzie do swojego miejsca przez umarłych minionego roku. Galerię wypełniały setki wampirów z całego miasta. Szłam obok męża przez popiół, w czarnej sukni, z obrączką na palcu, i liczyłam nasze kroki. Czterdzieści cztery.

Strażniczką Konklawe była kobieta nazwiskiem Hesketh, starsza od Aureliana, z twarzą jak orzech włoski i oczami jastrzębia. Kiedy Sabine wstała, Hesketh udzieliła jej głosu, a Sabine mówiła pięknie. Porozumienia spisano po to, by chroniły prawdziwe więzi. Śmiertelna żona, nietknięta zębami męża, w świetle dawnego prawa nie była żadną żoną, tylko lokatorką z obrączką. A zastaw Hale’ów powstał przed zawarciem małżeństwa; wcześniejszego roszczenia nie mógł wymazać wygodny ślub.

Położyła zastaw na stole Strażniczki. Był to ten sam dokument, który kobieta w szarych rękawiczkach położyła na moim kuchennym stole.

„Proszę o możliwość obejrzenia dokumentu”, powiedziałam.

Wszystkie twarze na galerii zwróciły się ku mnie. Sabine się uśmiechnęła. „Naczynie chce sobie poczytać, Strażniczko. Jakie to słodkie”.

Żona”, powiedział Aurelian bardzo cicho, a kilka wampirów w pierwszym rzędzie cofnęło się o krok, „chce sobie poczytać”.

Hesketh długo mi się przyglądała. Potem uniosła jeden palec. „Proszę więc czytać, pani Blackwood”.

Podeszłam do stołu. Nie dotknęłam papieru. Pochyliłam się nad nim z rękami splecionymi za plecami i przeczytałam go dwa razy, powoli, tak jak czytam wszystko.

„Ten zastaw nosi datę sprzed dwunastu lat”, powiedziałam. „Spisano go atramentem żelazowo-galasowym. Taki atrament kładzie się na papier czarny. W ciągu kilku lat zaczyna brązowieć na brzegach każdej kreski, wgryza się we włókna papieru, a pod lampą widać wokół każdej litery nikłą aureolę tam, gdzie rozszedł się kwas”. Wyprostowałam się. „Na tym dokumencie nie ma śladu brązowienia. Nie ma aureoli. Ten atrament ma kilka tygodni, Strażniczko. Najwyżej kilka miesięcy”.

Po galerii przeszedł szmer, jak wiatr po polu.

„I jest coś jeszcze”. Głos mi nie drżał. „Mój ojciec był leworęczny. Każdy list, który do mnie napisał, jest rozmazany tam, gdzie nasada dłoni przesunęła się po jeszcze mokrych literach. Mam ich całe pudło. Mogę je przynieść jeszcze tej nocy. Ten podpis jest idealnie czysty”. Spojrzałam na Sabine. „Bo mój ojciec go nie złożył. Pożyczał od pani pieniądze, lady Mordaunt, ale nigdy nie zapisał pani swoich córek. Wrzuciła go pani do rzeki, żeby nie mógł tego powiedzieć”.

Cisza, która potem zapadła, była najgłośniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek słyszałam.

Hesketh pochyliła się z lampą nad zastawem. Kiedy podniosła wzrok, jej jastrzębie oczy zrobiły się martwe i straszne. „Sfałszowanie zastawu krwi”, powiedziała, „jest zbrodnią przeciwko Porozumieniom. Sabine Mordaunt, odpowiesz za nią o świcie”.

Sabine nie odpowiedziała. Ruszyła.

Nie widziałam, jak przemierza salę. Nikt nie mógłby tego zobaczyć. Zobaczyłam tylko smugę szarości i błysk czegoś bladego w jej pięści, długi, cienki szpikulec z głogowego drewna ze srebrnym okuciem, wymierzony w moje serce, i zdążyłam z doskonałą jasnością pomyśleć: więc tak było nad rzeką, zanim Aurelian stanął między nami.

Głogowy kołek wbił mu się w pierś na szerokość palca od starej gwiaździstej blizny.

Nie upadł. Chwycił ją jedną ręką za gardło i cisnął w popiół tak mocno, że posadzka pękła pod nią, a dźwięk, który z siebie wydał, nie był ludzki. Popiół wzbił się wokół nich szarą chmurą. Kiedy opadł, Aurelian klęczał na niej z dłonią zaciśniętą na jej szyi i zębami obnażonymi o centymetry od jej twarzy, ona krzyczała, a ludzie Hesketh już biegli ze srebrnymi łańcuchami.

„Aurelianie”. Klęczałam obok niego w popiele. „Aurelianie, pozwól im ją zabrać. Puść ją. Puść”.

Puścił. Odciągnęli ją. Zachwiał się, a ja go złapałam i jego ciężar runął na mnie jak ścięte drzewo.

Głogowy kołek wciąż w nim tkwił. Krew, ciemna i leniwa, i o wiele za dużo jej, rozlewała się po jego koszuli. Twarz miał koloru popiołu. Oczy miał czarne od brzegu do brzegu, utkwione w pulsie, który bił na mojej szyi.

Nie myślałam. Podciągnęłam rękaw i przyłożyłam mu nadgarstek do ust.

„Pij”, powiedziałam. „Aurelianie, pij, potrzebujesz tego, pij”.

Odwrócił twarz. Dużo go to kosztowało. Czułam, ile go to kosztuje, w każdym mięśniu jego ciała.

„Klauzula dwunasta”, powiedział. Z głosu została mu ruina. „Powtórz mi ją”.

„Nie. Nie teraz. Nie pozwolę ci umrzeć za jedno zdanie”.

„Clemency”. Jego dłoń odnalazła moją twarz, śliska od jego własnej krwi. „Nie tak. Nie w sali pełnej świadków, z kołkiem w piersi, kiedy jesteś przerażona i wciąż myślisz, że masz wobec mnie dług. Jeśli kiedykolwiek dasz mi swoją krew, dasz ją mężczyźnie, który może jej odmówić. Dasz ją wtedy, gdy nic nie będzie cię do tego zmuszać”. Jego kciuk przesunął się po moim policzku. „Powtórz mi ją. Proszę”.

Więc powtórzyłam. Na kolanach w popiele, kiedy krew mojego męża przesiąkała mi suknię, powtórzyłam mu ją słowo w słowo, płacząc od początku do końca, a on zamknął oczy i słuchał, jakby to była muzyka.

Przed upływem godziny ludzie Quilla przynieśli z piwnic Blackwood House krew w butelkach, kupioną i uczciwie opłaconą u dobrowolnych dawców, zimną, martwą i ledwie wystarczającą. Sama Hesketh wyciągnęła z niego głogowy kołek. Sabine Mordaunt wyszła w srebrnych łańcuchach na schody Giełdy Zbożowej, prosto we wschodzące słońce, a ja nie poszłam na to patrzeć.

Zamiast tego siedziałam przy łóżku męża i liczyłam jego oddechy, a nie było ani jednego, i liczyłam je mimo to.


Goił się tak, jak goją się ci najstarsi: powoli, a potem nagle. W trzecim tygodniu stycznia zszedł do biblioteki na własnych nogach, a razem z nim przyszedł Quill, i po sposobie, w jaki Quill przecierał okulary, poznałam, że nie spodoba mi się to, co nastąpi.

Konklawe wydało orzeczenie. Zastaw Hale’ów uznano za nieważny, za fałszerstwo i morderstwo, i żaden Ród nie mógł się już nigdy na niego powołać. A Hesketh, która patrzyła, jak czytam w popiele, dopisała własnoręcznie do protokołu: Porozumienia mówią o prawowitym małżonku. Konklawe nie zagląda w zęby. Aurelian zachował miejsce. Pip była bezpieczna. Ja byłam bezpieczna.

„Dług został uznany za nieważny”, powiedział Quill i położył dokument na długim stole. „Zgodnie z warunkami umowy może pani teraz odejść, pani Blackwood, z odprawą i z własnym nazwiskiem. Pan Blackwood podpisał zwolnienie z umowy”.

Popatrzyłam na podpis, na litery jak zasuszone kwiaty, wypisane atramentem koloru starego wina.

„Chcesz, żebym odeszła?” zapytałam męża.

Stał przy kominku z jedną ręką na gzymsie, wciąż zbyt chudy, wciąż poszarzały wokół ust. „Chcę, żebyś wybrała”, powiedział. „Tylko tego zawsze od ciebie chciałem i to jedyna rzecz, której nie mogę wpisać do umowy. Wszystko, co mi dotąd dałaś, dawałaś, kiedy za twoimi plecami stała kobieta w szarych rękawiczkach. Nie zatrzymam w ten sposób żony. Nie ciebie”.

„To niesprawiedliwe”.

„Nie”, przyznał. „Jest po prostu słuszne”.

Więc odeszłam. Chyba tego chciał. Chyba chciał się przekonać, czy wrócę, a nie mógł się tego dowiedzieć, dopóki byłam pod jego dachem.

Mieszkanie nad introligatornią przy Wick Lane było mniejsze, niż zapamiętałam, i cieplejsze, i pachniało klejem i okropną kawą Pip. Przez pięć dni chodziłam do Archiwum, restaurowałam mapę dziesięcinną, wracałam do domu i nie spałam. Liczyłam stopnie schodów. Dziewiętnaście. Codziennie liczyłam godziny do zmierzchu, nie przyznając się przed sobą, do czego odliczam.

Piątej nocy Pip wyjęła mi z rąk notatki do mapy i usiadła na nich.

„Przez całe życie czytałaś każdą klauzulę”, powiedziała, „żeby nikt nigdy nie mógł sprawić, że zapragniesz czegoś, na co cię nie stać. Tak jak tata”. Dwudziestodwuletnia, zawzięta, z oczami naszej matki. „Tylko że ty nie jesteś nim, Clem. I stać cię na to. Musisz tylko przestać udawać, że to dług”.

„On ma czterysta lat. Ja się zestarzeję. Będę portretem w galerii”.

„Tak”, powiedziała Pip. „A on zachowa twoje rękawiczki. I ktoś będzie co roku stroił dla ciebie fortepian, aż do końca świata”. Wcisnęła mi płaszcz w ręce. „To nie jest dług, ty idiotko. To jest sens wszystkiego”.

O zmierzchu przeszłam przez żelazną bramę Blackwood House, tak jak za pierwszym razem, w płaszczu z cerowanym mankietem. Nie zapukałam. To był mój dom.

Siedział w bibliotece, po ciemku, a zwolnienie wciąż leżało na stole tam, gdzie zostawił je Quill. Przez pięć dni nie ruszył go z miejsca. Wiedziałam to, bo umiem odczytać, jak leży papier.

Położyłam obok swój egzemplarz umowy, wszystkie czterdzieści jeden stron, i otworzyłam go na Klauzuli 12. Potem wyjęłam pióro z kałamarza z rżniętego szkła przy jego łokciu, przekreśliłam zdanie jedną czystą linią, a pod spodem, atramentem koloru starego wina, wpisałam nowe.

Klauzula 12: Żona może ofiarować, a Mąż może przyjąć wyłącznie to, co Żona daje z własnej woli, w godzinie przez siebie wybranej; Żona może też w każdej chwili cofnąć swój dar jednym słowem, a Mąż ma jej bezzwłocznie usłuchać.

Podpisałam. Obróciłam kartkę w jego stronę.

Przeczytał ją dwa razy. Tak, jak ja czytam. Kiedy podniósł wzrok, jego oczy były srebrne i mokre, a ja do tej chwili nie wiedziałam, że umarli potrafią płakać.

„Nie wiesz, o co prosisz”, powiedział. „Ysolde też prosiła”.

„Ysolde to nie ja. A ty nie jesteś już tamtym mężczyzną, przemienionym zaledwie czterdzieści lat wcześniej, który nie znał własnej siły. Jesteś mężczyzną, który dał się za mnie przebić kołkiem i mimo to nie chciał pić”. Podałam mu pióro. „Nikt mnie do niczego nie zmusza. Żadnego długu. Żadnych szarych rękawiczek. Żadnego kołka. Wróciłam na własnych nogach, bo cię pragnę, całego, także z tą częścią, której się wstydzisz. Podpisz, Aurelianie. Albo nie podpisuj. Ale to jest teraz moja klauzula”.

Wyjął mi pióro z palców. Podpisał.

„Słowo”, powiedział ochryple. „Powiedz mi, jakie to słowo”.

Dwanaście”, powiedziałam. „Jeśli powiem dwanaście, przestajesz”.

„Powtórz mi je”.

Roześmiałam się i powtórzyłam, a potem ujęłam jego twarz w dłonie i pocałowałam go, a on wydał prosto w moje usta dźwięk przypominający drzwi, które wypadają z zawiasów.

Nie dotarliśmy do sypialni. Ledwie dotarliśmy na dywan przed kominkiem w bibliotece. Rozbierał mnie drżącymi rękami, a ja jego pewnymi, i kiedy położyłam się na starym tureckim dywanie, z blaskiem ognia na skórze, uklęknął nade mną, patrzył, zapytał, a ja powiedziałam tak. Wszedł we mnie powoli, z czołem przy moim czole, i odnaleźliśmy się tak, jak przez całą zimę, w tej naszej liturgii, w pytaniu i odpowiedzi, aż wyginałam się pod nim, wczepiona w jego plecy, i nie było na świecie nic prócz długiego, chłodnego ruchu jego ciała w moim i żaru, który narastał we mnie jak przysypany ogień, kiedy nagle znów zaczyna płonąć.

Wtedy odwróciłam głowę na dywanie i odsłoniłam przed nim gardło.

Znieruchomiał we mnie. Całkowicie. Poczułam cały jego pradawny, wygłodniały ciężar zawieszony nad moim pulsem.

„Clemency”. Szept. „Jesteś pewna?”

„Tak. Jestem pewna. Chcę tego”. Położyłam mu dłoń na potylicy, nie przyciągając go, po prostu ją tam trzymając. „Wybieram ciebie. Ugryź mnie, Aurelianie”.

Jego usta dotknęły mojej szyi jak pocałunek. I z początku był to pocałunek; długo całował to miejsce, z nabożną czcią, aż drżałam z pragnienia, a potem poczułam dwa czubki jego kłów, nacisk i małe, jasne ukłucie.

A potem poczułam, jak pije.

Nie mam na to słów, a przecież całe życie spędziłam wśród słów. To nie był ból. To było tak, jakby wszystkie zegary w domu wybiły naraz. Rozkosz wypływała ze mnie przez dwie małe ranki i wracała do mnie przez każde inne miejsce, którego dotykał, podwojona, a on, pijąc, znów zaczął się we mnie poruszać, powolnymi, głębokimi pchnięciami, i czułam, jak jego serce, które nie powinno bić, bije w rytm mojego. Czułam, jak bierze moje ciepło, bicie mojego serca i moją krew, i czułam, jak mi je oddaje, i rozpadłam się pod nim z krzykiem, który uleciał pod belki stropu, a on wciąż pił, a ja wciąż nie wypowiedziałam tego słowa, bo nie chciałam.

Przestał sam.

Przestał z jękiem, który wstrząsnął nami obojgiem, oderwał usta od mojego gardła, z moją krwią jaskrawą na wargach, przycisnął płasko język do ranek, aż się zasklepiły, a potem doszedł, głęboko we mnie, z twarzą przy mojej szyi, a moje imię wyrywało mu się raz za razem. Clemency. Łaska.

Długo leżeliśmy na dywanie w blasku ognia. Był ciepły. Po raz pierwszy, odkąd go poznałam, był równie ciepły jak ja.

„Przestałem”, powiedział w moje włosy jak człowiek, który nie może w to uwierzyć. „Nie musiałaś mi mówić. Przestałem”.

„Wiem”, powiedziałam. „Przeczytałam warunki”.


Następnej nocy poprowadził mnie długą galerią, obok siedmiu lampek, i wyjawił mi ich imiona.

Ysolde. Honora ze spanielem. Bess, która przeżyła dwie zarazy i nie przestała się śmiać. Adelaide w wysokim kołnierzu. Constance, która podczas Blitzu jeździła karetką i do tej roboty malowała usta tamtą szminką. Vera, pisarka, której poplamione atramentem palce pokochałam od pierwszego wejrzenia. Margaret, która przez czterdzieści sześć lat codziennie nazywała go starym sentymentalnym głupcem. O każdej coś mi opowiedział, a ja zrozumiałam, że nie ukrywał ich imion przede mną. Ukrywał je przed samym sobą.

„Będzie ósmy portret”, powiedziałam na końcu galerii. „Kiedyś”.

„Tak”. Nie skłamał. Nigdy mnie nie okłamuje. „Chyba że kiedyś poprosisz mnie o coś innego. A ja nie będę cię o to prosił”.

„Poproś mnie o to za czterdzieści lat”. Wsunęłam mu rękę pod ramię. „Do tego czasu nie wieszaj mnie w galerii. Nie jestem jeszcze duchem. Powieś mnie w pokoju muzycznym”.

Zaprowadził mnie więc do pokoju muzycznego, zdjął szal z frędzlami z czarnego Érarda i zagrał po raz pierwszy od trzystu siedemdziesięciu lat. Z początku grał źle, potem trochę mniej źle: nokturn Chopina, który, jak mu potem wytknęła Pip, zagrał o wiele za wolno. Siedziałam obok niego na ławeczce, patrzyłam na jego dłonie i nie liczyłam absolutnie niczego.

Mam teraz na szyi dwa małe ślady, tuż nad obojczykiem, i dwa kolejne po wewnętrznej stronie lewego nadgarstka, gdzie w spokojniejsze noce zapraszałam go później. Zabliźniają się w równe, blade kółeczka, jedno przy drugim. Kiedy noszę obrączkę, są tak blisko niej, że z daleka nie sposób odróżnić, co jest złotem, a co blizną.

Kły jak obrączki. Przeczytałam każdą klauzulę. I mimo to podpisałam.

✦ Koniec rozdziału nr 02 ✦