Rozdział nr 04
Córka lichwiarza
Kiedyś to jej ojciec ściągnął z niego dług. Teraz ona trzyma czerwoną księgę, a człowiek, którego tamten zrujnował, żąda jednej godziny z jej wieczoru, każdego wieczoru, tak długo, jak pozwoli mu zostać.
Ostrzeżenia
Przemoc · Przestępczość · Morderstwo · Śmierć rodzica · Przemoc z użyciem broni palnej · Treści seksualne
Mój ojciec prowadził księgę oprawioną w czerwoną skórę, a na jej ostatniej stronie, wypisany jego starannym, kaligraficznym pismem, widniał jeden dług, przy którym nigdy nie dopisał, że został spłacony.
D. Moreau. Należność: wszystko.
Znalazłam ją w noc po pogrzebie. Siedziałam w jego fotelu nad składem zaopatrzenia okrętowego przy Tallow Wharf, gazowy kominek syczał, a mgła przyciskała do szyby swoją szarą twarz. W Port Carrow właściwie nie ma pogody, są raczej nastroje, a tamtego listopada miasto miało nastrój topielca. Za falochronem jęczały syreny mgłowe. Na matowej szybie drzwi do biura wciąż złociły się litery VANCE I SYNOWIE, choć żadnych synów nigdy nie było. Byłam tylko ja; prowadziłam jego księgi od szesnastego roku życia i przez dziesięć lat wmawiałam sobie, że liczby to tylko liczby.
Mam dwadzieścia sześć lat. Dziś wiem, że to nieprawda.
Księga pachniała nim: wodą bay rum, cygarowym popiołem, żelazistą nutą atramentu, który sam mieszał. Każde zapisane w niej nazwisko oznaczało odebrany dom, zajętą łódź, rękę przygwożdżoną do stołu. Większość tych nazwisk przepisałam do czystych ksiąg własnym drobnym, pewnym pismem. Odsetki pobrane. Zabezpieczenie odzyskane. Język człowieka, który ani razu nie wypowiedział na głos słów połamać czy spalić.
Daemon Moreau miał dziewiętnaście lat, kiedy mój ojciec złamał mu trzy palce za karciany dług, który wcale nie był jego. Teraz ma trzydzieści cztery. Należy do niego połowa doków. A dziś wieczorem, sześć tygodni po pogrzebie, siedzi naprzeciwko mnie na krześle klienta, w dawnym biurze mojego ojca, bo księga należy teraz do mnie i całe nabrzeże dobrze o tym wie.
Wszedł tylnymi schodami, niezapowiedziany, a to znaczy, że ktoś na dole go wpuścił. Dowiem się kto. To pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy, i trochę mnie przeraża, jak szybko zaczęłam myśleć jak ojciec.
„Ma pani jego ręce”, mówi Daemon. „Drobne. Pewne.”
„Mam też jego rachunki.” Obracam księgę w jego stronę. „Pan zalega ze spłatą.”
Nie patrzy na stronę. Patrzy na mnie tak, jak mężczyzna patrzy na dom, który zamierza kupić: na fundamenty, na zgniliznę, na widok z okien. Ma twarz, którą ktoś kiedyś rozbił, a potem w pośpiechu poskładał. Ciemne włosy, na skroniach za wcześnie przyprószone siwizną, płaszcz tak czarny, że pije światło lampy. Oczy w kolorze portu o zmierzchu, czyli właściwie bez żadnego koloru, sama głębia.
Śmieje się, naprawdę się śmieje, ciepłym, zdartym śmiechem, i kładzie lewą dłoń płasko na biurku między nami. Trzy krzywe palce. Te, które nigdy nie zrosły się jak należy. Kłykcie ma sękate jak lina, która zbyt wiele razy nasiąkała wodą i schła, a mały palec odgina się od pozostałych, jakby się ich wstydził.
„Spłacam to od piętnastu lat, panno Vance. Odnalazłem każdego, kogo pani ojciec nasłał na innych. Kupiłem każdy magazyn, który stracił.” Pochyla się ku mnie, a lampa wyciąga jego cień po ścianie aż pod sufit. „To nie ja jestem coś winien rodzinie Vance’ów. To rodzina Vance’ów jest winna mnie.”
Puls wali mi tak głośno, że na pewno go słyszy. „W takim razie po co pan przyszedł?”
„Renegocjować warunki.”
Pamiętam ten dźwięk. Tego nigdy nikomu nie powiedziałam. Miałam jedenaście lat, mama posłała mnie na górę do biura z termosem kawy, a ja zatrzymałam się na podeście, bo w środku byli mężczyźni, a szklane drzwi jarzyły się złotem i roiły od cieni. Usłyszałam, jak jakiś młody człowiek mówi to dług mojego brata, ściągnijcie go ze mnie zamiast z niego, a potem trzy odgłosy jak trzask łamanych zielonych gałązek i jeszcze jeden dźwięk, który nie był krzykiem, bo on nie pozwolił mu nim zostać. Ojciec wyszedł, wycierając ręce chusteczką. Wziął ode mnie termos i powiedział: Grzeczna dziewczynka. Idź do domu.
Poszłam do domu. I szłam do domu, za każdym razem, przez piętnaście lat.
„Był pan na pogrzebie”, mówię. „Z tyłu. Pod cisem.”
„Chciałem zobaczyć, jak go składają do ziemi.” Ani cienia przeprosin. „Chciałem mieć pewność.”
„A teraz?”
„Teraz chcę zobaczyć, co tam wyrośnie.”
Na dole trzaskają drzwi. Męskie głosy, szuranie krzeseł. Ludzie Conalla Rourke’a grają w karty w magazynie składu, jak co wieczór od pogrzebu, jakby mnie pilnowali. Wcale mnie nie pilnują. Tego popołudnia Rourke stał w tym biurze z kapeluszem w wielkich czerwonych łapach i bardzo łagodnie wytłumaczył mi, że nabrzeże nie będzie słuchać dziewczyny z piórem. Że ojciec zawsze chciał, żebyśmy się pobrali. Że da mi czas na żałobę, ale niewiele, bo Benny Szabo już gada z ludźmi z targu rybnego, a interes bez głowy to trup, do którego zlatują się mewy.
Rourke przez dwadzieścia lat był prawą ręką mojego ojca. Ma śmiech jak beczka tocząca się po schodach, a kiedy byłam mała, przynosił mi lukrecję. Ilekroć zostawałam z nim sama w pokoju, miałam ochotę otworzyć okno.
Daemon patrzy, jak nasłuchuję głosów z dołu. „Rourke”, mówi, jakbym to ja wypowiedziała to nazwisko. „Policzył ludzi pani ojca. Myśli, że ma ich trzydziestu. Ma dziewiętnastu, a sześciu z nich to moi.”
„Dlaczego mi pan to mówi?”
„Bo to prawda. Zauważyłem, że prawda to waluta, której w pani rodzinie zawsze brakowało. Pomyślałem, że może zechce pani zobaczyć ją na własne oczy.”
Warunki, które w końcu stawia, nie figurują w żadnej księdze.
Ochrona mojego nazwiska. Mojego terytorium. Mojego życia. Jego ludzie na wschodnich pochylniach, jego cień między mną a Rourkiem. W zamian jedna godzina z mojego wieczoru, każdego wieczoru, w tym biurze, przy zamkniętych drzwiach.
„A co mielibyśmy przez tę godzinę robić?” pytam.
Jego okaleczona dłoń odnajduje mój nadgarstek, nie mocno, tylko pewnie. Kciuk układa się w miejscu, gdzie krew tętni najgłośniej, i zostaje tam, jakby Daemon liczył.
„Uczyć się”, mówi, „tego, czego ojciec powinien był panią nauczyć. Że niektórych długów się nie ściąga. Te się zatrzymuje.”
Powinnam się odsunąć. Zauważam, że tego nie robię, zauważam, że on to zauważa, a gazowy kominek syczy w ciszy, jakby ktoś coś nalewał.
„A jeśli odmówię?”
„Wtedy zejdę po tych schodach, powiem tym sześciu ludziom Rourke’a, którzy naprawdę są moi, żeby się rozeszli, i zostawię panią pozostałym trzynastu.” Puszcza mój nadgarstek. Brak dotyku jest gorszy niż dotyk. „Nie. To kłamstwo. Nie zrobiłbym tego. Patrzyłbym z drugiego brzegu i czekał, aż popełnią błąd, a kiedy by go popełnili, pogrzebałbym ich. Tak czy inaczej byłaby pani bezpieczna, panno Vance. Tylko że mnie nie byłoby w pokoju.”
Wpatruję się w niego. „To za co właściwie płacę?”
„Za pokój.”
Zegar na gzymsie kominka, mosiężny zegar podróżny, który matka przywiozła z Lizbony, zanim przyszłam na świat, odlicza powoli garść sekund. Daemon wstaje, bierze kapelusz z biurka i spogląda na mnie z góry z czymś, co nie jest do końca uśmiechem.
„Liczy się tylko jedna zasada. Któregokolwiek wieczoru, w dowolnej minucie dowolnej godziny, wystarczy, że powie pani spłacone. Jedno słowo. A ja wstanę, wyjdę i już nigdy nie wejdę po tych schodach. Ochrona zostaje. W dokach będzie spokojnie. Nigdy nie będzie mi pani nic winna.” Wkłada kapelusz. „Może pani to zakończyć, kiedy tylko zechce. Na tym polega cała gra.”
„To nie jest żadna gra. To są drzwi.”
„Tak”, mówi. „Każda gra warta świeczki to drzwi.”
Wychodzi tą samą drogą, którą przyszedł. Długo siedzę nad księgą otwartą w świetle lampy, obejmując jeden nadgarstek palcami drugiej dłoni, jakbym mogła zatrzymać ciepło, które tam zostawił, jakby było dowodem.
Potem biorę pióro. Odnajduję jego wiersz na ostatniej stronie. Wpisuję przy nim spłacone.
Oboje wiemy, że nie jest.
Przychodzi następnego wieczoru o dziewiątej, i kolejnego, i jeszcze kolejnego.
Puka w matową szybę kłykciem zdrowej ręki, dwa razy, i czeka, aż powiem proszę, choć oboje wiemy, że tylne schody należą już do niego. Wiesza płaszcz na haczyku mojego ojca. Siada na krześle klienta, nigdy w fotelu ojca. Zegar wybija godzinę i gra się zaczyna.
Przez pierwszy tydzień w ogóle mnie nie dotyka.
Mówi. Wypytuje. Rozkłada przede mną na biurku całe nabrzeże, jak chirurg rozkłada ciało na stole: które pochylnie zalewa woda przy najwyższych przypływach, który z kapitanów mojego ojca wciąż posyła pieniądze rodzinie w Irlandii i dlatego wolałby umrzeć, niż trafić do więzienia. Wie o moich interesach rzeczy, których nie ma w żadnej z moich ksiąg. Kiedy mu to mówię, uśmiecha się jednym kącikiem ust.
„Pani ojciec prowadził księgę tego, co ludzie byli mu winni. Ja prowadziłem księgę tego, czego pragnęli. Moja jest bardziej przydatna.”
„A gdzie ją pan trzyma?”
Stuka się palcem w skroń. „Tej nikt mi nie połamie na stole.”
Wymieniamy się. Tak to się samo układa, choć żadne z nas tego nie postanowiło. Fakt za fakt, prawda za prawdę, tak jak uczył mnie ojciec: rachunek musi się bilansować, inaczej nie jest rachunkiem, tylko kłamstwem.
Trzeciego wieczoru opowiada mi o bracie. Remy Moreau był od niego cztery lata starszy i piękny tą niedbałą urodą mężczyzn, których za wcześnie pokochano; miał talent do kart i żadnego talentu do tego, żeby w porę wstać od stołu. Kiedy ludzie mojego ojca przyszli do mieszkania Moreau nad piekarnią przy Chandler Street, Remy leżał pijany w pokoju na tyłach, a dziewiętnastoletni Daemon grał na pianinie, które matka kupiła na raty; zamknął klapę nad klawiszami, zszedł na dół i powiedział to mój dług, mój.
„Dlaczego?”
„Remy’emu miała się urodzić córka. A ja wiosną miałem zacząć naukę w konserwatorium, dostałem stypendium.” Obraca dłoń na biurku wnętrzem do góry, a palce zwijają się nierówno w stronę lampy. „Pomyślałem: trochę mnie poobijają. W kwietniu będę grał. Tak właśnie pomyślałem. Byłem bardzo młody.”
„A Remy?”
„Nie spłacił ani grosza. Znowu pożyczył. Rok później ludzie pani ojca zabrali go na Srokę, żeby o tym porozmawiać, a do brzegu przyniósł go przypływ.” Mówi to tonem, jakim odczytuje się prognozę dla żeglugi. „Następnej zimy piekarnia spłonęła. Matka zamieszkała u siostry w Breście. Pisze do mnie na Boże Narodzenie i nigdy nie wspomina o moich rękach.”
Zegar tyka. Płomień w kominku przygasa i znów się wyrównuje. Bardzo chcę odwrócić wzrok od jego twarzy, ale tego nie robię.
„Pani kolej, panno Vance.”
Opowiadam mu o matce. To krótka historia, bo zawsze wolno mi było znać tylko krótką historię: że była Portugalką, że śpiewała w kuchni, że kiedy miałam dwanaście lat, wróciła do Lizbony beze mnie, bo była nieszczęśliwa, a ojciec oznajmił, że w tym domu nie będziemy wymawiać jej imienia, i nie wymawialiśmy. Że przez rok pisałam do niej listy, a on nadawał je za mnie na poczcie. Że na żaden nie przyszła odpowiedź.
Daemon słucha bez ruchu. Kiedy kończę, pyta bardzo cicho: „Pokazał pani kiedyś ten adres?”
Nie odpowiadam, a to też jest odpowiedź.
Piątego dnia Benny Szabo przychodzi do mnie w biały dzień, obraca w rękach czapkę i mówi, że ludzie z targu rybnego będą płacić daninę temu, kto trzyma księgę, i że Rourke posłał do szpitala dwóch jego chłopaków za to, że tak mówili.
Szóstej nocy, nad ranem, staje w płomieniach mój magazyn przy Gannet Quay, pełen hiszpańskiej brandy, a strażacy stoją na ulicy i patrzą.
Tego wieczoru Daemon przychodzi z sadzą na mankietach i rozciętą brwią, siada na krześle klienta i mówi: „To był Rourke. Mam człowieka, który wylał benzynę. Chce pani wiedzieć, co z nim zrobiłem?”
„Nie”, odpowiadam. A potem: „Tak.”
Opowiada. Nie jest to ładne, ale nie jest też tak straszne jak to, co zrobiłby mój ojciec; słucham z rękami złożonymi na księdze, a kiedy kończy, uświadamiam sobie, że nie czuję zgrozy. Czuję ulgę. Z tym idę tej nocy na górę do łóżka i z tym leżę bezsennie: nie z tym, co zrobił, tylko z tym, jak ciepło i spokojnie mi było, kiedy o tym opowiadał.
Wmawiam sobie, że to przez lampę. Wmawiam sobie, że to żałoba, a żałoba robi z ludźmi dziwne rzeczy. Wmawiam sobie, że trzymam go blisko tylko dlatego, że ludzie Rourke’a wciąż grają na dole w karty, a złote litery na moich drzwiach wciąż głoszą SYNOWIE.
Prowadzę księgi od dawna. Wiem, jak wygląda rachunek, przy którym ktoś majstruje.
Gra ma zasady, o których nigdy nie mówimy.
Nigdy nie przychodzi przed dziewiątą i nigdy nie zostaje po dziesiątej. Nigdy nie siada w fotelu ojca. Nigdy nie dotyka księgi, chyba że sama ją do niego obrócę. A ja nigdy nie wypowiadam tego słowa.
Niewiele brakuje. Trzeciego wieczoru, kiedy opowiada o Sroce, czuję je na języku jak monetę. I za każdym razem on to widzi. Widzi, jak słowo się pojawia i jak znika, i czeka z okaleczoną dłonią płasko na biurku, a coś w jego oczach robi się bardzo ciemne i bardzo cierpliwe, jak woda pod lodem.
To byłoby takie proste. Spłacone. Wstałby. Zdjąłby płaszcz z haczyka. Byłabym bezpieczna i sama, i już nigdy nie poczułabym tego, co czuję za pięć dziewiąta, kiedy słyszę stukanie jego kłykcia w szybę.
Właśnie dlatego nigdy go nie wypowiadam.
Dziewiątego wieczoru, zanim przychodzi, piję brandy ojca, tylko na palec, tylko tyle, żeby dodać sobie odwagi. Mgła jest tak gęsta, że latarnie na nabrzeżu to już tylko żółte sińce. Puka. Mówię proszę. Wiesza płaszcz i siada, a ja nie pozwalam mu zacząć.
„Czego właściwie pan ode mnie chce, panie Moreau?”
Rozważa to pytanie tak, jak rozważa wszystko, jakby miało swoją cenę, a on zamierzał zapłacić ją co do grosza.
„Przez piętnaście lat”, mówi, „wmawiałem sobie, że chcę, żeby córka Ambrose’a Vance’a się mnie bała.”
„A teraz?”
„Teraz pani się mnie nie boi i okazuje się, że wcale mi to nie przeszkadza.” Jego wzrok zsuwa się na moje usta, zatrzymuje się tam na jedno tyknięcie zegara i wraca. „Chcę, żeby pani poprosiła.”
„O co?”
„O cokolwiek”, mówi Daemon. „O cokolwiek, panno Vance. Poczekam.”
Zegar wybija dziesiątą. Daemon wstaje, bierze płaszcz i wychodzi. Siedzę sama z brandy i księgą i rozumiem, że najniebezpieczniejszy człowiek na nabrzeżu Port Carrow właśnie podał mi nóż, a jedyne, co chce, żebym nim przecięła, to lina, którą sama się skrępowałam.
Dwunastego ranka wyławiają z portu Abla Fincha.
Prowadził księgi mojego ojca, zanim ja je przejęłam: łagodny, przygarbiony człowiek z atramentem pod paznokciami, który uczył mnie podwójnego zapisu przy kuchennym stole, kiedy miałam szesnaście lat, i za każdą zbilansowaną kolumnę dawał mi miętówkę. Na starość osiadł w domku na Cyplu, przy swoich pomidorach, a trzy dni przed tym, jak utonął, zadzwonił do mnie i głosem, którego nie poznałam, powiedział: Panienko Maren, muszę się z panienką zobaczyć w sprawie serca ojca panienki. Nie przez telefon. Umówiłam się z nim na niedzielę, bo w piątek miałam siedzieć w oświetlonym lampą biurze z mężczyzną, który jeszcze mnie nie dotknął, i udawać, że ta godzina dotyczy doków.
Posterunkowy, który przychodzi mi o tym powiedzieć, nie patrzy na mnie, kiedy wymawia słowa nieszczęśliwy wypadek. Ma świeżo zaróżowione uszy człowieka, któremu niedawno zapłacono.
Przed południem Conall Rourke stoi w moim biurze z kapeluszem w ręku i łzami w oczach.
„Ludzie Moreau byli wczoraj w nocy na Cyplu”, mówi. „Dwóch. Tommy Rudd widział ich przy promie. Abel wiedział, co twój ojciec zrobił tej rodzinie. Moreau robi porządki.” Kładzie wielką czerwoną dłoń na moim biurku, obok księgi, prawie jej dotykając. „Całe nabrzeże wie, że on tu przychodzi. Nie mam ci tego za złe, złotko. Boisz się, a on jest sprytny. Ale on cię wykorzystuje, żeby dobrać się do tego, co zostało po twoim ojcu, a kiedy już to dostanie, wrzuci cię do wody razem z Ablem.”
„Wynoś się, Conall.”
Prostuje się. Życzliwość znika z jego twarzy tak, jak gaśnie lampa: nie od razu, ale na tyle, że ciemność rzuca się w oczy.
„Twój ojciec by się wstydził”, mówi. „Że pozwalasz temu kalece siadać tam, gdzie siadał Ambrose.”
„On nie siada tam, gdzie siadał Ambrose”, odpowiadam. „Siada na krześle klienta. Wynoś się.”
Tego wieczoru nie czekam na pukanie.
Kiedy otwiera drzwi, stoję, a na bibularzu między nami leży pistolet z szuflady biurka mojego ojca, ciężki stary webley z okładzinami z orzecha, którego przez dziesięć lat czyściłam co miesiąc, bo figurował na liście moich obowiązków. Wzrok Daemona pada na broń, potem na mnie; bardzo delikatnie zamyka za sobą drzwi i nie zdejmuje płaszcza.
„Abel Finch”, mówię.
„Słyszałem.”
„Pańscy ludzie byli na Cyplu.”
„Dwóch. Sam ich posłałem.” Nie odchodzi od drzwi. „Finch zadzwonił do mojego biura we wtorek. Chciał mi sprzedać jakieś informacje o pani ojcu. Powiedziałem mu, że od wystraszonych starców niczego nie kupuję, tylko się nimi opiekuję. Posłałem Keane’a i Ossiego Warda, żeby siedzieli pod jego domem. O jedenastej ktoś przekazał Keane’owi, że jego żona trafiła do szpitala. Nie trafiła. Zanim wrócił, Finch był już w wodzie.” Na jego szczęce drga mięsień. „To moja wina. Będę ją dźwigał. Ale nie zabiłem go, a gdybym to zrobił, nie byłbym na tyle głupi, żeby pozwolić Tommy’emu Ruddowi patrzeć, jak robią to moi ludzie.”
„Dlaczego miałabym panu wierzyć?”
„Nie powinna pani. Powinna pani wierzyć w to, co da się udowodnić. Tego przynajmniej nauczył panią ojciec.” Robi krok naprzód, potem drugi, aż staje po drugiej stronie biurka, a pistolet leży między nami jak ktoś trzeci w pokoju. „Ale ma pani sposób, żeby się mnie pozbyć, i nie potrzeba do tego broni, panno Vance. Ma go pani od dwunastu nocy.”
Słowo mam na końcu języka. Czuję jego smak, mosiądz i sól.
„Proszę je powiedzieć”, mówi cicho. „Jeśli pani myśli, że to ja. Wystarczy je powiedzieć, a zniknę.”
Patrzę na jego dłoń, na krzywe palce spoczywające na krawędzi mojego biurka. Myślę o dziewiętnastolatku zamykającym klapę pianina. Myślę o tym, jak powiedział będę ją dźwigał, i o tym, że nigdy w życiu nie słyszałam, żeby mężczyzna w tym biurze przyznał, że zawiódł.
„Nie”, mówię.
Zegar tyka. W dole, przy nabrzeżu, boja z dzwonem kołacze i kołacze.
„Nie, nie powie pani?”
„Nie, nie wierzę, że pan to zrobił.” Głos mi drży. Ręce też, pierwszy raz w życiu. „I nie, nie chcę, żeby pan zniknął. Chcę…” I urywam, bo tak dawno nie skończyłam zdania zaczynającego się od tego słowa, że zapomniałam, jak to się robi.
Czeka. Zawsze czeka. To w nim najokrutniejsze.
„Kazał mi pan prosić”, mówię. „Więc proszę. Dotknij mnie.”
Obchodzi biurko. Nie spieszy się. Najpierw zdejmuje webleya z bibularza, odkłada go do szuflady i zasuwa ją, i coś w tym, w tym, że rozbraja pokój, zanim do mnie podejdzie, rozbraja również mnie, bardziej niż cokolwiek, co mógłby powiedzieć. Potem stoi przede mną, tak blisko, że czuję od jego płaszcza deszcz, tytoń i zimną sól, unosi okaleczoną dłoń i przykłada mi ją do żuchwy.
„Jesteś pewna”, mówi. W jego ustach to nie do końca pytanie, ale też nie stwierdzenie. Raczej drzwi, które ktoś dla mnie przytrzymuje.
„Jestem pewna. Daemon. Jestem pewna.”
Pierwszy raz wymawiam jego imię. Zamyka oczy, jakby go to zabolało, a potem mnie całuje.
Myślałam, że będzie całował tak, jak mówi: z rozwagą i precyzją. Nic z tych rzeczy. Całuje mnie jak mężczyzna, który przez piętnaście lat stał w deszczu pod oświetlonym oknem, najpierw powoli, a potem wcale nie powoli; zdrowa dłoń zaciska się na materiale bluzki na moich plecach, krzywe palce wsuwają się we włosy. Wydaję w jego usta dźwięk, o jaki nigdy bym się nie podejrzewała. Wsuwam ręce pod jego płaszcz i zsuwam mu go z ramion, a płaszcz spada na podłogę biura mojego ojca, czarny na czerwonym tureckim dywanie, i żadne z nas nawet na niego nie patrzy.
„Powiedz mi, czego chcesz”, mówi przy mojej szyi. „Wszystko. Chcę to usłyszeć.”
Więc mówię. Łatwiej, niż myślałam, mówić to w ciemne zagłębienie jego szyi; słowa wychodzą ze mnie jak kolumna liczb, która wreszcie daje sumę. Chcę jego ust. Chcę jego rąk, obu, a najbardziej tej złamanej. Chcę, żeby przestał być ostrożny, i chcę, żeby nigdy nie przestawał pytać, i nic mnie nie obchodzi, że te dwie rzeczy się nie bilansują.
Sadza mnie na biurku. Księga zsuwa się, a on łapie ją, nie patrząc, i odkłada na siedzisko fotela ojca, a ja się śmieję, chrapliwie, z zaskoczenia, i czuję, jak on uśmiecha się przy moim obojczyku. Guziki bluzki są małe, perłowe, a jego okaleczona ręka nie może sobie z nimi poradzić; klnie cicho po francusku, więc rozpinam je sama, a on patrzy, i to, jak patrzy, samo w sobie jest dotykiem. Jego wzrok przesuwa się po mnie jak światło lampy. Kiedy pochyla głowę nad moją piersią, wyginam się w łuk nad bibularzem i przewracam kałamarz; czuję, jak atrament rozlewa mi się pod dłonią, ciepły i czarny, i nic mnie to nie obchodzi. Nic mnie nie obchodzi poza jego ustami, gorącymi i cierpliwymi, i szorstkim muśnięciem sękatych kłykci na moich żebrach.
„Wciąż jesteś pewna?” pyta, kiedy jego dłoń jest już pod moją spódnicą i spoczywa nieruchomo tuż nad brzegiem pończochy.
„Jeśli jeszcze raz przerwiesz, żeby mnie o to zapytać”, mówię, „powiem to słowo.”
Śmieje się nisko, rozbitym śmiechem, i nie przerywa.
Jego palce odnajdują mnie przez wilgotny jedwab, a potem pod nim, i przekonuję się, że te krzywe wcale nie są niezgrabne; znają po prostu inną geometrię. Dotyka mnie tak, jakby odczytywał coś zapisanego pismem, które studiował latami. Powolne kręgi. Nacisk, potem jego brak, potem mocniej. Zaciskam palce na krawędzi biurka, gazowy kominek syczy, mgła napiera na szybę, a kiedy odchylam głowę, widzę złote litery na drzwiach od niewłaściwej strony, wspak, EIWONYS I ECNAV, i coś w tym doprowadza mnie do szaleństwa. Szarpię za jego pasek. Pozwala mi. Słyszę, jak klamra stuka o biurko, a jego oddech zaczyna się rwać.
„Patrz na mnie”, mówi, kiedy już przywiera do mnie, gorący i ciężki, i czeka. „Maren. Patrz na mnie.”
Patrzę. Jego oczy koloru portu nie są już bezdenne. Wypełnia je coś, czego nigdy dotąd nie widziałam skierowanego na siebie: nie pożądanie, choć pożądanie też tam jest, ale jakieś niedowierzanie, jakbym była czymś, co ukradł, i nie mógł uwierzyć, że uszło mu to na sucho.
„Tak”, mówię mu. „Teraz. Tak.”
Wchodzi we mnie powoli, a to, jak mnie wypełnia, wyrywa mi z gardła westchnienie; nieruchomieje z czołem opartym o moje, dopóki nie wypchnę ku niemu bioder i nie powiem mu tego jeszcze raz. Wtedy zaczyna się poruszać. Głębokie, niespieszne pchnięcia, które czuję wzdłuż całego kręgosłupa; biurko skrzypi pod nami, jego zdrowa dłoń opiera się płasko o poplamiony atramentem bibularz, a złamana leży rozpostarta na moim krzyżu i przytrzymuje mnie przy nim, jakbym mogła przelecieć przez podłogę. Oplatam go nogami. Gryzę go w ramię przez koszulę. Wymawiam jego imię, a on odpowiada moim, raz za razem, jakby stawiał kreskę za kreską, jak człowiek, który przelicza coś, co należy do niego, i nie może w to uwierzyć.
Kiedy to we mnie pęka, pęka mocno, długim, drżącym szarpnięciem, które zaczyna się nisko w brzuchu i rozlewa po każdym nerwie; krzyczę tak głośno, że mężczyźni na dole na pewno to słyszą, i to też nic mnie nie obchodzi. On dochodzi chwilę później, z dźwiękiem wtulonym w moje włosy, szorstkim i bezradnym, a całe jego ciało napina się, po czym ciężko opada na moje.
Długo żadne z nas się nie rusza. Zegar tyka. Moja dłoń jest czarna od atramentu, a na jego białej koszuli, nad sercem, został jej odcisk, pięć rozłożonych palców.
„Godzina”, mówię w końcu, bo nic innego nie przychodzi mi do głowy. „Już po dziesiątej.”
Unosi głowę i spogląda na zegar podróżny. Dwadzieścia po. Nigdy wcześniej nie został ani minuty dłużej.
„W takim razie powiedz to słowo”, mruczy, odgarniając mi krzywymi palcami włosy z wilgotnego czoła, „a pójdę.”
Nie mówię go. Przyciągam go z powrotem do siebie.
Domek Abla Fincha na Cyplu przeszukał ktoś, komu było wszystko jedno, czy się o tym dowiem. Szuflady wiszą otwarte jak rozdziawione usta. Materac jest rozpruty, a wiatr od wody roznosi końskie włosie po kuchennych kafelkach.
Szklarni nie przeszukali, bo tacy jak Rourke nie wierzą, że ktoś mógłby trzymać coś ważnego między pomidorami.
Abel nauczył mnie podwójnego zapisu. Nauczył mnie też, że ostrożny człowiek trzyma dwie kopie wszystkiego, co mogłoby go zaprowadzić na szubienicę. Puszkę po tytoniu znajduję pod trzecią od lewej skrzynką z rozsadą, tam, gdzie kiedyś chował dla mnie miętówki, a w środku leży złożony w kostkę rachunek z apteki i liścik skreślony jego drżącym, pajęczym pismem.
Panienko Maren. C.R. co piątek odbierał digitalis dla ojca panienki z apteki Pryce’a przy Marrow Lane. Na tydzień przed śmiercią Ambrose’a C.R. odebrał dwie buteleczki, a pokwitował jedną. Doktor Lusk wpisał niewydolność serca, nawet nie spojrzawszy. Lusk jest winien C.R. czterysta funtów. Proszę zajrzeć pod tylną wyklejkę czerwonej księgi. Ambrose prowadził prawdziwe rachunki ołówkiem. Przepraszam. Przez trzydzieści lat byłem tchórzem, a teraz bardzo bym chciał już nim nie być. A.F.
Siadam na odwróconym wiadrze wśród zeschłych pnączy i czytam to cztery razy. Potem wracam do domu i biorę się do księgi ojca z nożem do listów.
Tylna wyklejka odchodzi z dźwiękiem jak wypuszczony oddech. Pod nią, przyciśnięty płasko do okładki, leży pojedynczy arkusz bibułki zapisany ołówkiem tak bladym, że muszę przechylić go do okna, żeby cokolwiek odczytać. To samo staranne, kaligraficzne pismo. Żadnych odsetek, żadnych zabezpieczeń. Tylko nazwiska, jedno słowo i inicjały.
T. Kerrigan. Rozliczony. C.R.
J. O’Dea z synem. Rozliczeni. C.R.
R. Moreau. Rozliczony. C.R.
Remy. Zabrany na Srokę, żeby porozmawiać, i przyniesiony z powrotem przez przypływ. Podkładam palec pod linijkę, jakbym mogła ją unieruchomić, przesuwam go w dół strony i przestaję oddychać.
M. Vance. Rozliczona. C.R.
Data obok to tydzień, w którym matka wyjechała do Lizbony.
Nie ma żadnej Lizbony. Nie ma żadnego adresu. Nigdy nie było listów bez odpowiedzi, bo nigdy nie było nikogo, kto mógłby na nie odpowiedzieć; był tylko mój ojciec, który brał ode mnie koperty zaadresowane starannym pismem dwunastolatki, mówił wyślę je, kochanie i wrzucał je do pieca. Był tylko Conall Rourke, który przynosił mi lukrecję.
Na samym dole arkusza, ołówkiem, który pociemniał i stwardniał, jakby dociskano go w gniewie, widnieje ostatni wpis mojego ojca. Jest opatrzony datą na dziewięć dni przed jego śmiercią.
C.R. Należność: załatwić.
Ojciec coś odkrył, jakieś podbieranie z kasy albo zdradę, i wpisał Rourke’a do ołówkowej księgi, a Rourke, który od dwudziestu lat rozliczał rachunki mojego ojca, po prostu rozliczył jeszcze jeden, o tydzień wcześniej, drugą buteleczką lekarstwa na serce. A potem Abel Finch zaczął liczyć.
Nie płaczę. Niech to zostanie odnotowane. Siedzę w fotelu ojca, patrzę na zegar podróżny, który matka przywiozła z Lizbony, z miasta, do którego nigdy nie wróciła, i czekam, aż przyjdzie żal, a zamiast niego przychodzi ogromna, zimna jasność, jak kolumna liczb, która w końcu, straszliwie, się sumuje.
Jest czwarta po południu. Do naszej godziny zostało jeszcze pięć.
Nie czekam na nią.
Daemon mieszka nad dawną żaglownią na szczycie Cooper’s Stair, tam, gdzie miasto wspina się pod górę, oddalając się od wody, a mewy krążą na wysokości okien. Nigdy nie widziałam go poza kręgiem światła lampy w moim biurze, a kiedy otwiera drzwi w samej koszuli, nieogolony, z piórem za uchem, wygląda na zaskoczonego w sposób, o jaki bym go nie podejrzewała.
„Nie ma jeszcze dziewiątej”, mówi.
„Wiem, która jest godzina.”
Widzi moją twarz i cofa się, żeby mnie wpuścić.
Poddasze jest długie, gołe i pełne szarego światła; wzdłuż belek wciąż biegną haki na liny, w jednym końcu stoi łóżko, a pośrodku, samotne na wyszorowanych deskach niczym coś w kaplicy, pianino w popękanej orzechowej obudowie.
Daję mu liścik Abla. Daję mu arkusz bibułki. Patrzę, jak czyta imię swojego brata.
Czyta długo. Potem składa arkusz bardzo starannie wzdłuż starych zagięć, oddaje mi go, podchodzi do okna i staje, przyciskając połamaną dłoń płasko do szyby.
„Piętnaście lat”, mówi. „Przez piętnaście lat nienawidziłem twarzy niewłaściwego człowieka. Kupowałem jego magazyny. Nauczyłem się nazwisk jego kapitanów. Stałem nad jego grobem.” Krótki, okropny śmiech. „A człowiek, który trzymał Remy’ego pod wodą, co czwartek pije pod Kotwicą, a ja stawiałem mu whisky. Dwa razy.”
„Moja matka”, mówię. Wychodzi to ze mnie maleńkie, ledwie słyszalne.
Odwraca się. I w jednej chwili pokonuje cały pokój, obejmuje mnie, a ja jednak płaczę, wielkim, brzydkim, spazmatycznym szlochem, który nie brzmi jak mój, w jego koszulę, w to miejsce, gdzie wczoraj zostawiłam nad jego sercem czarny odcisk dłoni. Nic nie mówi. Trzyma mnie tak, jak trzymał mój nadgarstek tamtej pierwszej nocy: nie mocno, tylko pewnie.
Kiedy już jest po wszystkim, albo prawie po wszystkim, mówię w jego kołnierz: „Wiedziałam.”
„Byłaś dzieckiem.”
„Nie przez cały czas.” Zmuszam się, żeby się odsunąć i spojrzeć mu w oczy. „Przez dziesięć lat prowadziłam jego księgi, Daemon. Wiedziałam, co znaczy zabezpieczenie odzyskane. Wiedziałam, co się działo z ludźmi, których zabierano na Srokę. Nigdy nie pytałam, bo gdybym zapytała, musiałabym przestać, a ja nie chciałam przestawać. Ufał mi. Nikt w tym biurze poza mną nie miał prawa dotykać czerwonej księgi. Podobało mi się to.” Usta wykrzywiają mi się w grymasie. „Słyszałam, jak łamią ci palce. Stałam na podeście. A potem wzięłam płaszcz i poszłam do domu.”
Przez chwilę milczy.
„Słyszałem drzwi na podeście”, mówi. „Potem. Myślałem, że to wiatr.” Unosi krzywą dłoń i dotyka mojego policzka, ociera go wierzchem kłykci. „No to teraz moja prawda, skoro się wymieniamy. Nie wszedłem po twoich schodach, żeby cię chronić. Przyszedłem cię sobie wziąć. Byłaś ostatnią rzeczą należącą do Ambrose’a Vance’a, której jeszcze nie kupiłem, i chciałem siadać naprzeciwko ciebie co wieczór, aż będziesz moja, a potem chciałem, żeby on o tym wiedział, gdziekolwiek trafił. Taki był plan.”
„I?”
„I trzeciego wieczoru opowiedziałaś mi o swoich listach.” W jego głosie pojawia się chrypka. „A ja siedziałem na tym krześle z ręką na biurku i myślałem: spalę to całe miasto do gołej ziemi, zanim ktokolwiek znowu sprawi, że poczuje się mała. Łącznie ze mną.”
Światło przygasa. Mewy usadowiły się na kalenicy dachu. Podchodzę do pianina i unoszę klapę; klawisze są z pożółkłej kości słoniowej, naciskam jeden, a dźwięk zawisa w długim, pustym pomieszczeniu jak pytanie.
„Zagraj coś”, mówię.
„Nie mogę. Nie tak, jak trzeba.” Staje za mną. „Nie mam już rozpiętości. Przy wszystkim, co szersze niż seksta, dłoń nie chce się otworzyć.”
Biorę jego lewą dłoń, tę okaleczoną, kładę ją na klawiszach i przykrywam swoją. Moje palce są drobne i pewne. Wsuwam je między jego sękate palce, mój mały palec wyciąga się w dół, do niskiego klawisza, którego jego palec nie dosięgnie, jego kciuk spoczywa na wysokim, i między nami akord wybrzmiewa w całości: ciemny, pełny, drżący lekko w starym drewnie.
Za moimi plecami wydaje z siebie dźwięk, który zapamiętam do końca życia.
„Jeszcze raz”, mówi w moje włosy. Więc gram jeszcze raz. I jeszcze. A potem jego usta są na mojej szyi, a druga ręka rozpościera się na moim brzuchu i przyciąga mnie do niego, i akord wciąż dźwięczy pod naszymi splecionymi dłońmi długo po tym, jak przestaliśmy naciskać klawisze.
„Chodź do łóżka”, mówi. „Tylko jeśli chcesz. Powiedz, że nie, a zrobię ci herbaty i odprowadzę cię do domu.”
„Nie chcę herbaty.” Obracam się w jego ramionach. „Chcę, żebyś się nie spieszył. Dziś nie ma zegara.”
Nie spieszy się.
Rozbiera mnie przy szarym oknie, guzik po guziku, i tym razem pozwalam mu zmagać się z tymi małymi i przyglądam się zmarszczce skupienia na jego twarzy, jakby każdy guzik był zamkiem, a powierzenie mu go było zaszczytem. Kiedy jestem naga, po prostu na mnie patrzy, tak długo, że zaczynam czuć chłód, a potem przykłada ciepłe usta do mojego ramienia i przestaję czuć cokolwiek poza nim.
Kładzie mnie na wąskim łóżku pod hakami na liny i pyta, a ja mówię tak, i pyta znowu, z dłonią między moimi udami i wzrokiem utkwionym w moich oczach, a ja mówię tak, proszę, tak, aż to słowo traci wszelki kształt. Całuje moje ciało coraz niżej, linijka po starannej linijce, a kiedy jego usta układają się między moimi nogami, zaciskam dłonie na żelaznej poręczy łóżka i zapominam wszystkie liczby, jakie kiedykolwiek znałam. Jest rozdzierająco, rozmyślnie powolny. Doprowadza mnie na skraj i trzyma mnie tam, a jego złamana dłoń przytrzymuje moje biodro najłagodniejszym ciężarem, dopóki nie zaczynam powtarzać jego imienia jak modlitwy, którą sama wymyśliłam, a wtedy pozwala mi spaść i rozpadam się pod nim na kawałki, a na dachu krzyczą mewy.
Kiedy we mnie wchodzi, jesteśmy twarzą w twarz, jego przedramiona opierają się po obu stronach mojej głowy, a szare światło wokół nas przechodzi w błękit. Poruszamy się razem jak przypływ pod palami pomostu, powoli, głęboko, nieuchronnie; zamykam dłonie na jego krzywych palcach i przyciskam je do poduszki, a on mi na to pozwala. Pozwala mi przycisnąć swoją okaleczoną dłoń. Czuję, ile go to kosztuje, po dreszczu, który przebiega przez całe jego ciało, i czuję, co mu to daje, po tym, jak mnie wtedy całuje, otwartymi ustami, bezradnie, jakby spłacono coś, czego żadne z nas nigdy nie zapisało.
„Maren”, mówi, kiedy jest już blisko, kiedy jego rytm zaczyna się rwać. „Maren. Zostań ze mną.”
„Jestem tutaj”, mówię mu i przyciągam go głębiej, i dochodzę znowu, zaciskając się wokół niego, z piętami wbitymi w tył jego ud, a on podąża za mną z twarzą wtuloną w moją szyję.
Później, w ciemności, kiedy pod oknem jedna po drugiej zapalają się latarnie miasta, mówi: „Zabiję go dla ciebie.”
„Nie.”
„Maren.”
„Nie.” Siadam. Prześcieradło zsuwa mi się z ramion, a ja mu na to pozwalam. „Jeśli zabijesz dla mnie Conalla Rourke’a, będę twoją dłużniczką. A ja już nigdy nie będę niczyją wierzycielką ani niczyją dłużniczką. Nie twoją. Zwłaszcza nie twoją.” Odnajduję w ciemności jego dłoń. „Zabił moją matkę w imieniu mojego ojca. Odpowie za to w moim imieniu. W moim biurze. O dziewiątej.”
Długo milczy.
„To moja godzina”, mówi w końcu.
„Nie”, odpowiadam. „Nigdy nie była twoja.”
Przez dwa dni robię to, do czego mnie wychowano. Liczę.
Siedzę na zapleczu biura Benny’ego Szabo przy targu rybnym z księgą i kasetką na pieniądze i wyliczam co do szylinga, ile należy się każdemu z trzynastu ludzi Conalla Rourke’a, a potem podwajam tę kwotę. Szabo roznosi koperty po nabrzeżu w czapce. W każdej, pod pieniędzmi, leży karteczka zapisana moim drobnym, pewnym pismem: Wasza zapłata pochodzi z czerwonej księgi, a nie z czyjejś pięści. W czwartek wieczorem, cokolwiek wam powiedzą, zostańcie na dole. M. Vance.
Potem posyłam chłopaka pod Kotwicę z wiadomością dla Rourke’a. Czwartek, dziewiąta. Myślałam o tym, co ojciec dla nas planował.
Daemon tego nienawidzi. Mówi mi to raz, głosem tak cichym, że mewy na dachu poddasza nawet się nie budzą. Potem pyta: „Gdzie mam być?”
„Na podeście”, mówię. „Za szybą. Tam, gdzie ja kiedyś stałam.”
Patrzy na mnie długo i widzę, jak do niego dociera. „A jeśli będziesz mnie potrzebować?”
„Wtedy wypowiem twoje imię. Nie wcześniej.”
W czwartek mgła napływa gęsta jak runo. Za pięć dziewiąta słyszę na frontowych schodach ciężkie kroki Rourke’a, o dziewiątej zegar wybija godzinę, a on wchodzi bez pukania i wiesza kapelusz na haczyku Daemona.
Pozwalam mu usiąść w fotelu mojego ojca. Stoję przy oknie, plecami do ciemności, i patrzę, jak się w nim sadowi z westchnieniem człowieka zanurzającego się w ciepłej kąpieli.
„Wiedziałem, że zmądrzejesz, złotko”, mówi.
Kładę przed nim na bibularzu arkusz bibułki.
Czyta. Jego wielka czerwona twarz ani drgnie i właśnie po tym poznaję, że to prawda. Wygląda tylko na zmęczonego i jakby trochę mu było przykro, tak samo jak wtedy, gdy mówił mi, że serce ojca odmówiło posłuszeństwa.
„Ambrose”, mówi i kręci głową z czułością, „nigdy nie umiał niczego wyrzucić.”
„Moja matka.”
„Chciała cię zabrać do Lizbony. Miała bilety w torebce.” Składa arkusz na pół. „Twój ojciec powiedział, że nikt z Vance’ów nie odchodzi z tej rodziny. No więc nie odeszła. Zrobiłem to szybko, Maren, chcę, żebyś to wiedziała. Zawsze cię lubiłem.” Sięga pod płaszcz, wyjmuje rewolwer i kładzie go na biurku spokojnie, jak ktoś, kto odkłada pióro. „Dlatego dostajesz wybór, jakiego twój ojciec nie dał nikomu. Wychodzisz za mnie, ten kaleka ląduje w porcie, a ty prowadzisz księgi jak grzeczna dziewczynka. Albo lądujesz w porcie razem z nim.”
„Twoi ludzie są na dole”, mówię.
„Są.”
„To ich zawołaj.”
Coś migocze w jego oczach. Woła. „Dooley. Flynn. Na górę.” Jego głos wypełnia klatkę schodową i gaśnie w ciszy. Potem przez deski podłogi dolatuje piskliwy głos Benny’ego Szabo: „Poszli do domu, Conall. Dostali zapłatę.”
Rourke zrywa się tak gwałtownie, że fotel się przewraca. Rewolwer ma już w ręku i celuje mi w serce, a ja odkrywam, że się nie boję, jest mi tylko bardzo, bardzo zimno.
„To zrobię to sam”, mówi. „Córka Ambrose’a zabita przez wroga Ambrose’a. Całe nabrzeże będzie płakać. Do Bożego Narodzenia powieszę za to Moreau.”
„Daemon”, mówię. Wyraźnie. Raz.
Matowa szyba z hukiem wpada do środka. Płatki złota sypią się wszędzie, VANCE I SYNOWIE w tysiącu połyskujących okruchów na czerwonym dywanie, Daemon wpada przez drzwi z ramieniem uniesionym przed twarzą, a Rourke odwraca broń ode mnie w jego stronę.
Szuflada jest już otwarta. Otworzyłam ją za kwadrans dziewiąta. Webley jest nabity, bo przez dziesięć lat czyściłam go co miesiąc, a w środę wreszcie zrobiłam ostatnią rzecz, do której służy czysta broń.
„Conall”, mówię.
Odwraca głowę. Strzelam dwa razy.
Huk w tym małym pokoju jest jak koniec świata. Rourke cofa się o krok i siada wśród potłuczonego szkła, a potem kładzie się, powoli, na czerwonym tureckim dywanie, na którym kiedyś klęczeli dłużnicy mojego ojca; rewolwer wysuwa mu się z ręki, a on patrzy w sufit z wyrazem łagodnego zdziwienia, jakby ktoś podał mu sumę, w którą nie może uwierzyć. Potem nie patrzy już na nic.
Teraz ręce mi się trzęsą. Daemon przechodzi przez pokój po potłuczonym szkle i zamyka krzywe palce na moich, na kolbie, a ja czuję sękate kłykcie, tę niewłaściwą geometrię, która trzyma mnie pewnie.
„Daj mi go”, mówi cicho.
„Nie.” Biorę oddech, który sięga aż do dna płuc. „Jest mój.”
Sama odkładam webleya do szuflady i sama ją zasuwam.
Posterunkowy z różowymi uszami zjawia się o wpół do jedenastej. Tym razem płacę mu w jedynej walucie, której w mojej rodzinie zawsze brakowało. Daję mu liścik Abla Fincha, rachunek z apteki i arkusz bibułki i mówię mu, co doktor Lusk do poniedziałku sprostuje w swoich papierach. Dooley i Flynn wynoszą Conalla Rourke’a zawiniętego w dywan, a Dooley zatrzymuje się w drzwiach, zdejmuje przede mną czapkę i mówi, że Sroka wypływała zwykle za latarnię na Cold Knoll, gdybym chciała wiedzieć, dokąd posłać kwiaty.
O pierwszej w nocy biuro jest puste. Gazowy kominek syczy. Mgła oddycha przez pustą framugę, w której kiedyś była szyba. Daemon siedzi na krześle klienta, bo nigdy nie siedział nigdzie indziej, ja siedzę w fotelu ojca, a między nami leży zamknięta księga.
„Spłacone”, mówię.
Daemon nieruchomieje. Potem wstaje, tak jak obiecał pierwszej nocy. Zdejmuje płaszcz z haczyka. Podchodzi do framugi i zatrzymuje się, z okaleczoną dłonią na rozłupanym drewnie, plecami do mnie, a ja patrzę, jak jego ramiona unoszą się i opadają, raz, jakby znosił coś ciężkiego po długich schodach.
„Słyszałem”, mówi, nie odwracając się.
„Wiem. Mówiłam poważnie. Dług jest spłacony. Mojego ojca, Rourke’a, twój.” Wstaję. „Nikt w tym pokoju nie jest już nikomu nic winien. Więc jeśli wyjdziesz przez te drzwi, wyjdziesz wolny. A jeśli zostaniesz, to nie będzie zapłata. Zostaniesz tylko dlatego, że chcesz.”
Odwraca się.
„A jeśli zostanę?” Jego głos drży. Nigdy wcześniej nie słyszałam, żeby drżał. „Jakie są warunki, panno Vance?”
„Nie ma żadnych”, mówię. „O to właśnie chodzi. Chodź tu i poproś.”
Przechodzi przez pokój. Nie idzie do krzesła klienta. Obchodzi biurko i podchodzi tam, gdzie stoję przy fotelu ojca, a ja siadam w nim, rozmyślnie, i patrzę na niego z dołu, i Daemon Moreau, do którego należy połowa doków Port Carrow, klęka na gołych deskach, tam, gdzie kiedyś leżał dywan.
„Czy mogę”, mówi.
„Tak.”
Oburącz podsuwa mi spódnicę w górę ud, całuje wewnętrzną stronę kolana i znowu pyta, a ja znowu mówię tak i wplatam mu palce we włosy. Tkwi w nich płatek złota, który łapie światło lampy. Powoli zsuwa mi pończochy. Przywiera do mnie ustami z taką czcią, że pieką mnie oczy, a ja odchylam się na popękaną skórę fotela ojca, przyciskam jego głowę do siebie i pozwalam, żeby dźwięki wydobywały się ze mnie, głośno, bezwstydnie, w pokoju, w którym przez trzydzieści lat głośny mógł być tylko cudzy ból. Kiedy dochodzę, mam na ustach jego imię, a jego krzywa dłoń splata się mocno z moją na poręczy fotela.
Potem wstaję i sadzam go w fotelu ojca, w tym, w którym ani razu nie usiadł, siadam na nim okrakiem i przyjmuję go w siebie właśnie tam, z kolanami po obu stronach jego bioder, i to ja nadaję tempo. Powoli. A potem już nie. Jego głowa opada na skórzane oparcie, ale oczy przez cały czas wpatrują się w moje, ciemne jak port, i mówi tak za każdym razem, gdy pytam tak dobrze?, i mówi Maren, kiedy nie jest w stanie powiedzieć nic innego, i dochodzimy razem, a mgła wlewa się przez wybite drzwi i zegar podróżny wybija drugą, i żadne z nas nie liczy uderzeń.
Szybę wstawiają wiosną. Na nowych drzwiach widnieje napis VANCE i nic więcej.
Pierwszego ciepłego wieczoru palę czerwoną księgę w palenisku, strona po stronie, i każde nazwisko odczytuję na głos, zanim trafi do ognia. Zajmuje to prawie godzinę. Daemon siedzi na krześle klienta i nie odzywa się ani słowem.
Ostatnią stronę zatrzymuję. Pod jego wierszem, obok słowa wszystko, skreślam spłacone, które wpisałam tam pierwszej nocy, i własnym drobnym, pewnym pismem dopisuję nowe słowo.
Zatrzymane.
W kwietniu wypływamy jedną z jego łodzi za latarnię na Cold Knoll i rozsypuję kwiaty na szarej wodzie, dla matki, dla Remy’ego Moreau i dla Abla Fincha, który, jak się w końcu okazało, wcale nie był tchórzem. Daemon trzyma mnie przy tym za nadgarstek, tak jak zawsze, nie mocno. Tylko pewnie.
W niektóre wieczory idziemy na poddasze przy Cooper’s Stair, siadam obok niego na ławce przy pianinie, kładę dłoń na jego dłoni i razem wydobywamy akordy, których on sam nie potrafi zagrać. W większość wieczorów nie. W większość wieczorów, kiedy zegar wybija dziewiątą, wciąż jestem w biurze i przeglądam rachunki, teraz uczciwe, albo prawie uczciwe, bo nadal jestem córką swojego ojca i już nie udaję, że jest inaczej.
Ma klucz. Tylne schody od dawna należą do niego.
Mimo to wciąż puka.
„Proszę”, mówię, za każdym razem, i godzina się zaczyna, a ja nigdy, przenigdy jej nie kończę.
✦ Koniec rozdziału nr 04 ✦