Rozdział nr 07
Korona z cudzych cierni
Złodziejka kradnie koronę dla niewłaściwego księcia. Ten właściwy ją łapie, zamyka w wieży i czeka, aż się okaże, czy ciernie ją zranią.
Ostrzeżenia
Przemoc · Uwięzienie · Krew · Śmierć rodzeństwa · Śmierć rodzica (w przeszłości) · Treści seksualne
Korona okazała się lżejsza, niż obiecywały opowieści.
W Igle, gdzie dorastałam, powtarzano, że Cierniowa Korona waży tyle co topielec i że nocami buczy jak ul. Nic z tych rzeczy. Spoczywała na ołtarzu kaplicy Świętego Ciernia, na poduszce wytartej ze starości do gołej osnowy: siedem cierni z poczerniałego srebra splecionych w obręcz i jeden granat nad czołem, w kolorze rozciętej wargi. Wyglądała jak podarek, jaki zazdrosny mąż kupuje żonie, kiedy już ją uderzy.
Przez jedenaście nocy uczyłam się tej kaplicy na pamięć. Zakrystianina, który zanosił się kaszlem przy drugim dzwonie. Zamka w kracie relikwiarza, starej ardmerskiej roboty: trzy zapadki i fałszywy bolec. Poradziłam sobie z nim w cztery oddechy, kiedy już ściągnęłam rękawiczki, żeby porządnie go wyczuć.
Potem została już tylko korona.
Każde dziecko w mieście znało zasadę. Cierniowa Korona wybiera. Kto ją włoży, nie będąc wybranym, tego ciernie ukąszą, a rana nie zagoi się czysto. Król Aldric nosił ją trzydzieści lat i ani razu się nie zadrasnął. Jego królowa włożyła ją na kwadrans w noc jego śmierci, żeby uspokoić dwór, a gorączka, która wdała się w ranę, zabrała ją, nim opadły liście. Przez czterdzieści dni od pogrzebu króla korona leżała na ołtarzu nietknięta i czekała na wigilię Cierniowego Święta, kiedy to wedle prawa należało ofiarować ją dworowi i ktoś musiał ją włożyć. W przeciwnym razie tron przechodził prawem oręża na tego, kto miał za sobą najwięcej mieczy.
Nie obchodziło mnie, kto ją włoży. Płacono mi właśnie za to, żeby mnie nie obchodziło. Dwieście złotych koron, połowa z góry, od mężczyzny z sygnetem obróconym herbem do wnętrza dłoni i głosem jak dobrze naoliwiony zawias. Usiadł naprzeciwko mnie na zapleczu u Matki Gall i powiedział: „Wynieś ją z kaplicy przed wigilią Cierniowego Święta, przynieś ją do mnie, a już nigdy w życiu nie będziesz musiała łazić po murach”.
Nie zapytałam go o nazwisko. Nie musiałam. W całym Ardmere jest tylko jeden człowiek, który nosi na sygnecie odyńca rodu Veyle i ma do kompletu odpowiednią szczękę, i tylko jeden, któremu opłaciłoby się, gdyby korona po prostu przepadła, zanim dwór zobaczy, jak wybiera.
Lucan Veyle. Starszy syn. Ten, którego stary król nie wskazał.
Stałam więc w kaplicy, z rękawiczkami zatkniętymi za pas, przed otwartą kratą relikwiarza, i sięgnęłam do środka gołą ręką, bo nigdy nie ufałam niczemu, czego nie mogłam poczuć, i zdjęłam Cierniową Koronę z poduszki.
Ciernie były zimne. Wcisnęły się w miękkie wnętrze dłoni, na tyle ostre, że czułam każdy szpic z osobna: siedem małych obietnic. Czekałam na krew. Nie popłynęła. Wmówiłam sobie, że srebro stępiało od wieków kapłańskiego obmacywania, zawinęłam koronę w czarny aksamit, wsunęłam ją pod płaszcz, tuż przy żebrach, i miałam już jedną nogę za parapetem wschodniego okna, a lina zsuwała się w ciemny ogród w dole, kiedy za moimi plecami ktoś odezwał się całkiem uprzejmie: „To należy do mojego brata”.
Nie odwróciłam się. „To twój brat powinien kupić sobie lepsze zamki”.
„Przyznałby ci rację. W końcu to on zapłacił ci za kradzież”.
Teraz się odwróciłam.
Książę Caspian Veyle stał oparty w drzwiach kaplicy z leniwym bezruchem kota, który już zdecydował, jak skończy się historia myszy. Księżycowe światło, wpadając przez rozetę, kładło mu na gardle czerwony płatek. Połyskiwało na krawędzi miecza u biodra. Nie dosięgało tylko jego oczu, ciemniejszych, niż głosiły plotki, i o wiele mniej życzliwych.
Ulotki krążące po Igle rysowały go jako ślicznego próżniaka, kolekcjonera rzadkich ksiąg i jeszcze rzadszych win, tego miękkiego syna. Tyle że żadna ulotka nie stała nigdy z nim w ciemnej kaplicy, kiedy zagradzał jedyne drzwi.
„Możesz skoczyć”, powiedział takim tonem, jakby proponował mi krzesło. „To pięć sążni. Złamiesz kostkę, może obie, a w ogrodzie czekają moi ludzie. Możesz też zejść z parapetu i porozmawiamy jak cywilizowani ludzie”.
„Nigdy w życiu nie byłam cywilizowana”.
„Nie”. Uśmiechnął się. Nie był to miły uśmiech, ale było w nim zaciekawienie. „Chyba rzeczywiście nie. Rook, prawda? Tak cię nazywają w Igle. Nikt u Matki Gall nie wspina się lepiej. Dwie zimy temu wyniosłaś szmaragdy Orsoltów z zamkniętego skarbca i zostawiłaś na pustej tacy jedno czarne pióro. Mój brat słono zapłacił za tę twoją szczególną próżność”.
Serce tłukło mi się jak ptak w sidłach, ale głos mi nie zadrżał. To pierwsza rzecz, której uczy Igła. Ręce mogą ci drżeć. Głos należy do ciebie.
„Skoro wiesz, kto mnie najął”, powiedziałam, „to wiesz też, że jestem najmniej ważną osobą w tej kaplicy”.
„To ty trzymasz koronę. Przez najbliższe cztery minuty jesteś więc najważniejszą osobą w królestwie”. Ruszył ku mnie bez pośpiechu, a obcasy jego butów głośno stukały o stare kamienie. „Zejdź”.
Pomyślałam o linie i o tym, czy kłamie w sprawie ogrodu. Pomyślałam o pomarszczonych ustach Matki Gall, które mówiły: za wspinaczkę nikogo nie wieszają, dziewczyno, wieszają tych, co dali się złapać, i o stopach mojej matki na placu, kiedy miałam jedenaście lat; obracały się powoli, jedna bez buta.
Zeszłam z parapetu.
Wyciągnął rękę, wnętrzem dłoni do góry. Nie po moją dłoń. Po koronę.
Wyjęłam ją spod płaszcza, odwinęłam z aksamitu i, ponieważ jestem przekorna do szpiku kości, wcale mu jej nie podałam. Trzymałam ją między nami na gołej dłoni, a ciernie wpijały mi się w skórę.
Spojrzał na koronę. Potem długo patrzył na moją rękę, z wyrazem twarzy, którego wtedy nie rozumiałam, a który później miałam zrozumieć aż za dobrze: z miną człowieka, który odkrył kartę, na jaką czekał przez całe życie.
„Ani kropli krwi”, powiedział cicho.
„Jest stara. Stępiała”.
„Mojej matce rozcięła czoło do kości”, odparł Caspian Veyle. „Na oczach trzystu osób”. Podniósł na mnie wzrok. „Straż”.
Cela, do której mnie wsadzili, miała okno. Uważałam to za zniewagę, dopóki on nie zaczął co noc stawać pod nim i mówić.
Była to stara Wieża Klucznika, w której więziono szlachetnie urodzonych w czasach, zanim szlachtę zaczęto po prostu karać grzywną. Okrągła izba, czysta i zimna. Siennik, ława, kubeł na nieczystości, dzbanek wody zmieniany co rano przez strażnika, który unikał mojego wzroku. Okno było wąską szczeliną z żelaznymi prętami na wysokości głowy, a pod nim leżał mały, otoczony murem ogródek ziołowy, dawno zapuszczony: rozmaryn, ruta i melisa, która przy zmianie wiatru pachniała jak cudze dzieciństwo.
Pierwszą noc spędziłam na oględzinach zamka. Robota z południa, z klatką na sprężynę, do której nie sposób było sięgnąć bez narzędzi, a narzędzia mi zabrali, łącznie z wytrychem wplecionym we włosy i tym wszytym w obrąbek koszuli. Ktokolwiek mnie przeszukiwał, dokładnie wiedział, gdzie szukać.
Drugiej nocy przyszedł.
Najpierw usłyszałam chrzęst żwiru, potem chwilę ciszy, a potem jego głos, przyciszony, lecz wyraźnie niosący się przez kraty.
„Jadłaś coś?”
Nie odpowiedziałam. Po jakimś czasie sobie poszedł.
Trzeciej nocy zapytał znowu, a ja powiedziałam: „Idź do diabła, Wasza Wysokość”. Roześmiał się, szczerze, jakby śmiech sam mu się wyrwał, i odparł: „Dobrze. Czyli jadłaś”.
Czwartej nocy już nie udawałam, że nie czekam na chrzęst żwiru.
Wmawiałam sobie, że to strategia. A on mówił, na wszystkich świętych, jak on mówił, stojąc w tym martwym ogrodzie z twarzą zwróconą ku oknu, przez które nie mógł mnie zobaczyć. Opowiadał o Radzie Cierni, siedmiu możnych, którzy mieli rozstrzygnąć o sukcesji, i o tym, których z nich kupiono. Lady Orsolt, której ukradłam szmaragdy, należała do Lucana aż po podwiązki. Stary Pellam wciąż wierzył w koronę, tak jak wiejskie baby wierzą w cudowne studnie.
„A ty?” zapytałam przez kraty. „W co ty wierzysz?”
„W arytmetykę”. Żwir zachrzęścił, kiedy się poruszył. „Mój brat dowodzi północnym garnizonem. Cztery tysiące ludzi, z czego połowa już kwateruje w dolnym mieście pod pozorem pilnowania porządku w czasie żałoby. Ja dowodzę trzystuosobową strażą pałacową i mogę liczyć na lojalność kilku bibliotekarzy. Jeśli nadejdzie wigilia Cierniowego Święta, a korony nie będzie na ołtarzu, albo będzie, ale odrzuci każdą głowę, która ją przymierzy, tron przejdzie prawem oręża. Lucan nie musi wygrywać wojny. Wystarczy mu, że korony zabraknie przez jedną noc”.
„Więc mnie najął”.
„Więc cię najął. Gdyby ci się udało, o świcie korona leżałaby na dnie Sallow, a ktoś przysiągłby, że widział, jak wychodzę z nią z kaplicy”. Chwila ciszy. „Nigdy nie zobaczyłabyś drugiej setki, Rook. Wyłowiliby cię z rzeki tuż obok niej”.
Nie była to właściwie żadna nowina. Po prostu kształt świata, wypowiedziany na głos kulturalnym tonem.
„Wiedziałeś”, powiedziałam. „Wiedziałeś, że kogoś najął. Pozwoliłeś mi dojść aż do okna”.
„Musiałem zobaczyć, kogo najął”.
„Po co?”
Na to nie odpowiedział. Zamiast tego zapytał: „Strażnicy. Obchodzą się z tobą brutalnie?”
„Nie”.
„Jeśli zaczną, powiesz mi o tym”.
„I co byś wtedy zrobił?”
Kiedy znów się odezwał, nie podniósł głosu, ale znikło z niego ciepło, którego dotąd mu użyczał, a to, co zostało, było bardzo ciche i zupełnie beznamiętne.
„Dopilnowałbym, żeby nie zdarzyło się to drugi raz”.
Uwierzyłam mu. I w tym tkwił cały kłopot. Leżałam tej nocy na słomie, nie mogąc zasnąć, i wierzyłam mu, i nienawidziłam tej części siebie, której się to podobało.
Piątej nocy zadał mi pytanie, po którym wszystko się posypało.
„Czy ukradłaś kiedyś coś, co naprawdę chciałaś zatrzymać?”
„Nie”, odparłam.
„Kłamczucha”. Jego głos zza krat był niemal czuły. „Ciągle patrzyłaś na ten granat, jakby był ci coś winien”.
Powinnam była to zostawić. Przez dwadzieścia cztery lata zostawiłam za sobą mnóstwo rzeczy; to jedyna prawdziwa umiejętność, jaką ma złodziej. Ale było ciemno, melisa pachniała słodko, a ja nie wypowiedziałam przy nikim na głos imienia matki, odkąd Matka Gall ściągnęła mnie ze stopni szubienicy i biła po twarzy, dopóki nie przestałam krzyczeć.
„Moja matka nazywała się Hesper Rook”, powiedziałam. „Brała pranie do domu. Sędziowie twojego ojca powiesili ją na Łojowym Placu za kradzież dwóch bochenków chleba i słoika marynowanych śliwek u piekarza, który przez całą zimę urywał jej z zapłaty. Nazywali to Statutem Chlebowym. Kradzież żywności w roku niedostatku karana śmiercią, z rozkazu Korony”. Wpatrywałam się w kamień. „Miała na szyi czerwoną chustkę. Kiedy spuścili zapadnię, jej twarz przybrała ten sam kolor. Granat ma ten kolor. To wszystko”.
W ogrodzie zrobiło się bardzo cicho.
„Czytałem Statut Chlebowy”, odezwał się w końcu Caspian. „Kiedy studiowałem prawo, uważałem go za znakomity, bo miał elegancką preambułę”. Nabrał tchu. „Przykro mi. Wiem, że to nic nie jest warte”.
„Dokładnie nic”.
„W takim razie więcej tego nie powiem. Ale zapamiętam”.
Potem długo nie odchodził. Siedziałam pod oknem z podciągniętymi kolanami i po raz pierwszy od lat czułam, że ktoś stoi na straży czegoś, co odłożyłam.
Siódmej nocy ktoś przyszedł mnie zabić.
Nie strażnik. Kobieta, drobna i zadbana, w szarej liberii pałacowych praczek, i miała klucz. Weszła w martwej godzinie po trzecim dzwonie, z czystą poszewką przewieszoną przez ramię i kawałkiem woskowanego sznura w drugiej ręce, a poruszała się jak ktoś z Igły. Właśnie po tym poznałam, kim jest, na jedno uderzenie serca, zanim do mnie dopadła.
Nigdy nie umiałam się bić. Ale leżałam bezsennie, nasłuchując żwiru, więc kiedy sznur opadł mi na twarz, zdążyłam wsunąć przedramię w pętlę i wosk wgryzł mi się w nadgarstek zamiast w gardło. Runęłyśmy razem prosto na kubeł z nieczystościami. Była silniejsza, niż wyglądała, i wiedziała, gdzie wbić kolano. Sznur przesuwał się coraz wyżej po mojej ręce. Na skrajach pola widzenia zaczęły mi tańczyć iskry.
Wtedy drzwi z hukiem uderzyły o ścianę, izbę zalało światło latarni, a ciężar kobiety po prostu zniknął, zdjęty ze mnie, jakby nic nie ważyła, i rozległ się dźwięk, którego wtedy nie rozpoznałam. Mokry, krótki dźwięk. A potem drugi.
Kiedy znów mogłam widzieć, Caspian Veyle stał nad praczką z obnażonym mieczem, a po zbroczu spływała jej krew. Płaszcz miał rozpięty, narzucony na samą koszulę. Włosy w nieładzie. Wyglądał jak człowiek, który pędem wbiegł na czwarte piętro wieży, a jego twarz była absolutnie, przeraźliwie spokojna.
Za nim w drzwiach stał ser Edric Hale, kapitan straży pałacowej, rosły jasnowłosy mężczyzna ze złamanym nosem, i trzymał latarnię.
„Miała klucz, Wasza Wysokość”, powiedział Edric. „Na świętych. Ona miała klucz”.
„Tak”, odparł Caspian. „Miała”. Nie odrywał ode mnie wzroku. „Jesteś ranna?”
Byłam na czworakach w rozlanych nieczystościach, z otarciem od sznura na ręce, po którym miała zostać blizna. Powiedziałam: „Nie”.
Przykucnął. Nie dotknął mnie. Chcę to wyraźnie zaznaczyć, bo od tamtej pory wracałam do tego myślami wiele razy: przykucnął przede mną w tej cuchnącej celi, z martwą kobietą za plecami i krwią na klindze, wyciągnął wolną rękę wnętrzem dłoni do góry, tak samo jak w kaplicy, i czekał, aż sama zdecyduję, czy ją ujmę.
Ujęłam ją.
Jego dłoń była ciepła i bardzo pewna. Obrócił mój nadgarstek do światła i przyjrzał się otarciu, a w jego szczęce drgnął mięsień.
„Edricu”, powiedział, „kto ma klucze do tej wieży?”
„Ja, Wasza Wysokość. I dzienny sierżant. I ochmistrzyni ma jeden przy swoim pęku, do bieliźniarni”.
„W takim razie ustal, które z tej trójki sprzedało klucz, i przynieś mi nazwisko przed świtem”.
Edric wyszedł. Caspian został, kiedy wynoszono praczkę, kiedy przynoszono świeżą słomę i maść, i także potem, gdy drzwi znów zamknięto na klucz, a on znalazł się po mojej stronie zamka.
„Mógłbyś wyjść”, powiedziałam.
„Mógłbym”. Wytarł miecz i położył go sobie na kolanach. W świetle latarni jego twarz o delikatnych rysach wydawała się starsza, niż przystało na dwadzieścia dziewięć lat. „Od nocy, kiedy tu trafiłaś, moi ludzie pilnują tej wieży. Pilnowali schodów. Nie pilnowali praczek. To był mój błąd i omal nie kosztował mnie jedynej rzeczy w tym pałacu, której nie mogę zastąpić”.
„Korona jest w kaplicy. Zastąp mnie inną złodziejką”.
Wtedy na mnie spojrzał, długo, i poczułam to spojrzenie na skórze jak zmianę pogody.
„Powiem ci coś”, odezwał się, „i nie uwierzysz. Od roku zamartwiam się Cierniowym Świętem, a sypiam jak zabity. Ale odkąd tu jesteś, stoję w tym ogrodzie i rozmawiam z oknem, a kiedy wracam do swoich komnat, wciąż przychodzą mi do głowy rzeczy, które chciałbym ci powiedzieć. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło”. Kącik jego ust wygiął się bez cienia wesołości. „Zdaję sobie sprawę, że jestem twoim klucznikiem. Dlatego o nic cię nie proszę i nie poproszę, dopóki te drzwi są zamknięte na klucz. Mówię ci tylko, dlaczego biegłem po schodach”.
Puls dudnił mi w otartym nadgarstku. Nagle i bardzo mocno zapragnęłam pokonać te dwa łokcie zimnego kamienia, które nas dzieliły. Nie zrobiłam tego. Drzwi były zamknięte na klucz, klucz miał w kieszeni, a ja nie miałam nic, nawet szpilki do włosów, i niczemu, czego pragnęłam w tej izbie, nie można było ufać: ani ja nie mogłam, ani on.
Chyba to wiedział. Wstał, wsunął miecz do pochwy i podszedł do drzwi.
„Jeszcze dwie noce”, powiedział. „Potem będziesz miała wybór. Prawdziwy. Daję ci słowo”.
„A ile jest warte w Igle słowo księcia?”
„Mniej więcej dwa bochenki chleba i słoik marynowanych śliwek”, odparł Caspian i wyszedł.
Rano strażnik, który przyniósł mi wodę, powiedział, nie patrząc mi w oczy, że ser Edric znalazł zdrajcę: był nim dzienny sierżant, który powiesił się w koszarowej stajni, zanim zdążono go przesłuchać. Bardzo wygodnie, pomyślałam. W Igle nazwalibyśmy to czystą robotą.
Dziewiątej nocy sam otworzył celę i położył mi koronę na kolanach.
Przyszedł sam, bez latarni, i zostawił za sobą otwarte drzwi, tak że przeciąg z klatki schodowej poruszał słomę. Korona nie była owinięta. Spoczywała na moich kolanach na siedmiu poczerniałych cierniach, a granat łowił księżycowe światło z okna i zatrzymywał je jak kroplę czegoś, co jeszcze nie zaschło.
„Włóż ją”, powiedział.
„Pokaleczy mnie”.
„Tylko jeśli cię nie wybierze”. Ukląkł, tak że nasze oczy znalazły się na jednej wysokości, i dopiero wtedy zobaczyłam, że jego własne czoło jest gładkie. Żadnej blizny, żadnego śladu. Nigdy jej nie włożył. „Wiesz, jak zdobyła ją pierwsza Cierniowa Królowa? Kapłani trzymają tę kronikę pod kluczem, bo się jej wstydzą. Ona nie była księżniczką. Była złodziejką kieszonkową z nadrzecznego miasteczka i ukradła koronę z ołtarza boga, który posługiwał się nią, żeby wybierać królów, a ciernie jej nie tknęły. Bóg tak się obraził, że opuścił ten kraj. Tak brzmi ta opowieść. Wybiera rękę, która ją bierze, nie głowę, która na nią czeka”.
Wpatrywałam się w niego. „Wiedziałeś. Już w kaplicy. Kiedy zobaczyłeś moją rękę”.
„Podejrzewałem. Spędziłem rok w tym archiwum, próbując zrozumieć, dlaczego korona rozpłatała głowę mojej matce i dlaczego niemal na pewno odrzuciłaby i Lucana, i mnie. A potem mój brat najął najlepszą złodziejkę w Ardmere, żeby weszła do kaplicy i po prostu ją podniosła”. Uśmiechnął się, a pod tym uśmiechem kryło się coś bolesnie odsłoniętego. „Mój brat chce korony. Ja chcę kobiety, która potrafi ukraść ją całemu pałacowi spod nosa i mimo to wrócić po tę część, która jej się spodobała”.
„Po nic nie wróciłam. Złapałeś mnie”.
„Tak”, powiedział. „Włóż ją”.
Uniosłam koronę w obu dłoniach. Zimne ciernie wpiły mi się w skórę i jej nie przebiły. Pomyślałam o czerwonej chustce matki, o woskowanym sznurze praczki i o arytmetyce czterech tysięcy ludzi. Nie istniała żadna wersja tej nocy, po której zostałabym tym, kim byłam: kobietą, która nie ma niczego, czego nie dałoby się wnieść po rynnie.
Ciernie dotknęły moich włosów chłodem. Czekałam na ból.
Nie nadszedł.
Korona się ułożyła. Nie ma na to innego słowa. Ułożyła się na mojej głowie tak, jak kot układa się na kolanach, które sam sobie wybrał, i przez chwilę, przez jedną niemożliwą chwilę, poczułam coś na kształt uwagi zwróconej na mnie z bardzo daleka: prastarej, rozbawionej i ani trochę życzliwej.
Potem zostało już tylko srebro, ciężar i mężczyzna klęczący przede mną.
Wtedy się uśmiechnął, powoli, strasznie, tryumfalnie, i zrozumiałam, że wcale nie zostałam złapana. Zostałam zwerbowana.
Furia wezbrała we mnie tak szybko, że poczułam w ustach smak miedzi.
„Wykorzystałeś mnie”, powiedziałam. „Każdej nocy. Okno, pytania, moja matka. Musiałeś się dowiedzieć, czy się złamię, czy ucieknę, zanim pokażesz mnie swojej radzie. Wystawiałeś mnie na próbę”.
„Tak”, odparł Caspian. Nie odwrócił wzroku. „Na początku. Przez pierwsze trzy noce robiłem dokładnie to”.
„A potem?”
„A potem stałem w martwym ogrodzie, rozmawiałem z kobietą, której nie widziałem, i zapominałem zadać pytania, z którymi przyszedłem”. Usiadł na piętach. „Jestem synem swojego ojca. Wychowałem się na dworze, gdzie każda życzliwość jest dźwignią. Jeśli włożysz tę koronę przed Radą Cierni w wigilię Cierniowego Święta, roszczenia Lucana umrą w tej samej sali, i skłamałbym, gdybym powiedział, że nie pragnę tego bardziej niż niemal wszystkiego, czego kiedykolwiek pragnąłem”.
„Niemal”.
Sięgnął pod płaszcz, wyjął ciężką sakiewkę i złożone pismo z pieczęcią odyńca rodu Veyle i położył je na słomie obok mnie.
„Dwieście koron”, powiedział. „Tyle, ile ci obiecano i czego byś nie dostała. I ułaskawienie, podpisane i opieczętowane, za każdą kradzież, jakiej kiedykolwiek dopuściłaś się w Ardmere, łącznie ze szmaragdami Orsoltów, a tę pozycję, przyznaję, wpisywałem ze szczególną przyjemnością. Drzwi są otwarte, furtka na dole też. Wyjdź”.
Spojrzałam na otwarte drzwi. Spojrzałam na niego.
„Kłamiesz”, powiedziałam. „To kolejna próba”.
„Nie”. Mówił bardzo cicho. „Dość już ci odebrałem. Jeśli zostaniesz, chcę, żeby to był twój wybór. Jeśli odejdziesz, stanę naprzeciw Lucana w wigilię Cierniowego Święta, pojutrze w nocy, z trzystoma strażnikami i kilkoma bibliotekarzami, najpewniej przegram i nie będzie w tym twojej winy”.
Zdjęłam koronę z głowy. Ciernie prześlizgnęły się przez moje włosy, nie zaczepiając ani o jeden włos. Położyłam ją na słomie obok sakiewki.
Potem wstałam, wzięłam sakiewkę i ułaskawienie, po czym wyszłam z Wieży Klucznika, nie oglądając się za siebie, a on mnie nie zawołał.
Igła nie zmienia się dla nikogo. To jej jedyne miłosierdzie.
Zeszłam w nią o świcie Rybimi Schodami, z dwustoma koronami pod koszulą i królewskim ułaskawieniem w cholewie buta, a smród wyszedł mi naprzeciw w połowie drogi: garbarski ług, rzeczny muł, skwierczący smalec, słodka zgnilizna wózków handlarzy śliwkami. Nikt nie obejrzał się za mną. W Igle jesteś tym, co niesiesz, a ja nie niosłam niczego, co dałoby się zobaczyć.
Matka Gall siedziała na swoim zapleczu, w fotelu wygniecionym na jej kształt jak muszla, z fajką, księgą rachunkową i szarym kotem śpiącym na tej księdze. Długo przyglądała mi się znad okularów.
„Mówili, żeś umarła”, powiedziała. „No proszę. Nie umarłaś. I nie masz jej. I gębę masz jak dziewucha, co zostawiła coś na parapecie i bardzo się stara nie myśleć, na którym”.
Usiadłam naprzeciwko niej na skrzynce, tej samej, na której siadałam, odkąd byłam mała, położyłam na stole sakiewkę i ułaskawienie i opowiedziałam jej. Nie o ogrodzie, nie o melisie, nie o jego dłoni wyciągniętej wnętrzem do góry w tym plugastwie. Ale tyle, ile trzeba.
Dwa razy przeczytała ułaskawienie. Potem śmiała się, aż się rozkaszlała.
„Szmaragdy Orsoltów”, wysapała. „Zapisał to. Mały drań zapisał to własną ręką”. Otarła oczy. „Cóż. Jesteś wolna, Tamsin Rook. Bogatsza, niż twojej matce kiedykolwiek się śniło, i czysta jak mankiet u księdza. Co zrobisz?”
„Wyjadę”, odparłam. „Na południe. Kupię łódź albo dom z drzwiami zamykanymi od środka”.
„Znienawidzisz to”.
„Nauczę się”.
„Nigdyś się niczego nie nauczyła, jak nie chciałaś”. Wystukała fajkę. „Są dwa rodzaje złodziejek. Jedna bierze, żeby mieć. Druga bierze, żeby nikt jej tego nie zabrał pierwszy. Ta druga nigdy niczego nie zatrzymuje. Za bardzo się boi dnia, kiedy jej to kto odbierze”. Gall spojrzała na mnie. „Twoja matka zatrzymała ciebie. Powiesili ją za śliwki, ale trzymała cię przy sobie do samych schodów. Nie waż mi się mówić, że nie było warto”.
Tego dnia nie wyjechałam. Wmówiłam sobie, że przed Cierniowym Świętem dyliżanse na południe są pełne. Wieczór spędziłam Pod Utopionym Dzwonem, w karczmie najemników, gdzie od miesiąca piła połowa północnego garnizonu Lucana. Większość z nich wcale nie pochodziła z północy: portowe osiłki, dezerterzy i chłopaki z garbarni w pożyczonych liberiach, pijani i skwaszeni, z żołdem zaległym od trzech tygodni. W narożnej loży pod schodami siedział sierżant w tabardzie z łbem odyńca, a obok niego rosły jasnowłosy mężczyzna w zwykłym brązowym płaszczu, którego złamany nos rozpoznałabym po ciemku.
Przeniosłam dzban do stolika za ich plecami, położyłam głowę na skrzyżowanych rękach jak kobieta, która wypiła o kilka kubków za dużo, i słuchałam.
Północ w wigilię Cierniowego Święta, kiedy rada zasiądzie w Sali Cierni. Brama rzeczna pod pałacowymi kuchniami, której będą strzec ludzie samego ser Edrica. Czterystu najlepszych żołnierzy Lucana przejdzie przez nią, zanim dzwon skończy bić. Zakrystianin opłacony, żeby odkrył zniknięcie korony. Księcia wziąć żywcem, jeśli będzie wygodnie, a jeśli nie, to zabić, za stawianie oporu przy aresztowaniu za kradzież Cierniowej Korony, a jego własny kapitan przysięgnie, że widział, jak ją zabierał.
„A złodziejka?” zapytał sierżant. „Ta dziewczyna?”
„Wypuścił ją”, odparł Edric. „Wyszła sobie z ułaskawieniem w kieszeni, bo to miękki dureń. Jest już w połowie drogi do wybrzeża. Szkoda było dobrego srebra na tę praczkę”.
Siedziałam z czołem na rękach, a serce biło mi bardzo wolno i bardzo mocno.
Mogłam pojechać na południe. Chcę, żeby to zostało zapisane. O świcie odjeżdżał dyliżans, a Caspian sam to powiedział: nie byłoby w tym mojej winy.
Ale pomyślałam o nim, jak rozmawia z oknem w martwym ogrodzie i jak wbiega na czwarte piętro wieży w rozchełstanej koszuli; o dwóch rodzajach złodziejek; i o ramionach matki, które obejmowały mnie na schodach Łojowego Placu i trzymały, dopóki ludzie sędziego jej nie oderwali.
Nigdy niczego nie zatrzymałam. Mówiłam sobie, że to dlatego, że nic nie było warte zatrzymania. To było kłamstwo. Po prostu nie mogłam znieść myśli, że to ja będę to trzymać, kiedy przyjdą mi to odebrać.
Zapłaciłam za dzban, wyszłam spod Utopionego Dzwonu i nie pojechałam na południe.
Jego komnaty mieściły się w Skrzydle Królewskim, nad wodnym ogrodem, a bluszcz na tej ścianie miał sto lat i był gruby jak okrętowa lina. Wspinaczka zajęła mi dziewięć minut. Okno było zamknięte na haczyk, ale nie na klucz. No jasne, że nie.
Nie spał. Siedział w samej koszuli przy długim stole zawalonym pudłami z archiwum i ogarkami świec, z nietkniętym kieliszkiem wina przy łokciu i Cierniową Koroną przed sobą, na kwadracie czarnego aksamitu. Mojego aksamitu. Kiedy odeszłam, po cichu zabrał ją z kaplicy. Patrzył na nią z brodą opartą na pięści, jak człowiek, który wpatruje się w list i nie może się zmusić, żeby na niego odpisać.
Zeszłam z parapetu na jego dywan. Nie odwrócił się.
„Jeśli jesteś kolejną praczką”, powiedział do korony bardzo zmęczonym głosem, „to uprzedzam, że jestem uzbrojony”.
„Powinieneś kupić sobie lepsze zamki”, powiedziałam.
Zamarł. Potem się odwrócił, a ja patrzyłam, jak to się dzieje na jego twarzy: próżniaczy książę, cierpliwy pająk w drzwiach kaplicy, wszystko to z niego opadało, a pod spodem był mężczyzna, który nie spał i nie spodziewał się już ujrzeć mnie w tym życiu.
„Wróciłaś”, powiedział.
„Edric Hale jest człowiekiem Lucana”, odparłam, bo gdybym nie powiedziała tego pierwsza, powiedziałabym coś zupełnie innego. „To on dał praczce klucz. Północ w wigilię Cierniowego Święta, brama rzeczna pod kuchniami, czterystu ludzi. Zakrystianin jest przekupiony. Przysięgną, że ukradłeś koronę, i zarąbią cię w Sali Cierni za stawianie oporu”. Zaczerpnęłam tchu. „I twój sierżant wcale się nie powiesił. Dałabym sobie za to rękę uciąć”.
Przyjął to bez ruchu. Zmieniły się tylko jego oczy. Jak się później dowiedziałam, to Edric Hale uczył go władać mieczem i to on, kiedy książę był chłopcem, przyniósł go na rękach z polowania ze złamanym obojczykiem.
„Edric”, powiedział w końcu bardzo cicho. „Oczywiście. Oczywiście, że Edric. To zawsze ta dźwignia, na której opierasz się najmocniej”. Położył dłoń płasko na stole, jakby podłoga się przechyliła. „Wszedłbym do tej sali i odwrócił się do niego plecami”.
„Wiem”.
„Mogłaś być już trzy hrabstwa dalej na południe”.
„To też wiem”.
Wstał. Przeszedł pół komnaty w moją stronę i przystanął, tak jak przystanął w mojej celi; dzieliły nas dwa łokcie dywanu zamiast dwóch łokci kamienia.
„Dlaczego wróciłaś, Tamsin?”
Wpisał moje imię do ułaskawienia, ale nigdy nie wypowiedział go na głos, i kiedy usłyszałam je w jego ustach, zmiękły mi kolana.
„Nie po koronę”, powiedziałam.
„A po co?”
Mogłam skłamać. Ale on dał mi otwarte drzwi i wybór, a ja nie chciałam oddać mu niczego mniej.
„Po tę część, która mi się spodobała”, powiedziałam.
Coś w jego twarzy pękło. Zrobił jeden krok i znów zmusił się, żeby stanąć, a ja zobaczyłam, jak jego dłonie zaciskają się w pięści.
„Przez dziewięć nocy trzymałem cię pod kluczem”, powiedział cicho i chrapliwie. „Przez większość z nich cię pragnąłem i za każdą z nich się nienawidziłem. Więc posłuchaj. Okno jest otwarte. Drzwi są otwarte. Nikt nie może cię zmusić, żebyś została w tej komnacie, a już najmniej ja”. Przełknął ślinę. „Musisz to powiedzieć wprost, cokolwiek to jest. Nie będę zgadywał”.
Sama pokonałam te dwa łokcie.
„Ja to wybieram”, powiedziałam i położyłam mu dłoń płasko na piersi, na koszuli, tam, gdzie waliło pod nią serce. „Pragnę cię. Dziś w nocy, przy otwartym oknie. A ty mnie pragniesz?”
„Na wszystkich świętych”, powiedział Caspian Veyle, i zabrzmiało to jak spowiedź. „Tak”.
Nie rzucił się na mnie. To pamiętam przede wszystkim. Tak wygłodniały mężczyzna, a on uniósł dłonie i ujął moją twarz, jakby była koroną, jakby mogła go skaleczyć, patrzył na mnie przez jeden długi oddech, a potem mnie pocałował.
Nie było w tym łagodności. Było w tym dziewięć nocy. Całował mnie tak, jakby każde słowo, które wypowiedział do mojego okna, było pocałunkiem, którego nie mógł mi dać. Wplotłam palce w jego włosy i szarpnęłam, a on wydał przy moich ustach dźwięk, który spłynął mi wzdłuż kręgosłupa i zebrał się nisko w brzuchu, gorący i płynny. Pchałam go tyłem, aż oparł się plecami o słupek łóżka. Pozwolił mi.
„Powiedz, jeśli mam przestać”, szepnął mi w szyję.
„Powiem. Nie przestawaj”.
Rozbierałam go tak, jak otwieram zamek: powoli, po omacku, wyczuwając moment, w którym ustąpi. Guziki koszuli, jeden, potem następny, a moje knykcie muskały odsłanianą skórę. Mankiety. Pas z ciężką królewską klamrą, którą rozpięłam jedną ręką, a on roześmiał się bez tchu i powiedział: „Robiłaś to już”, na co ja: „Tylko kiedy kradłam sakiewkę”, i znów się roześmiał, bezradnie, w moje włosy. Pod płótnem był smukły i twardszy, niż dałyby wiarę ulotki, a na obojczyku miał starą białą bliznę w miejscu, gdzie kiedyś był złamany. Właśnie do niej przywarłam ustami. Przez całe jego ciało przebiegł dreszcz.
Potem przyszła jego kolej, a on wcale nie był powolny.
Najpierw mój płaszcz. Koszula z rozprutym obrąbkiem, z którego jego strażnicy wyjęli mój ostatni wytrych. Ukląkł przede mną, żeby ściągnąć mi buty, i został na klęczkach, patrząc na mnie w blasku świec: ciemne oczy zupełnie mu poczerniały, usta miał nabrzmiałe, książę Cierniowego rodu klęczący na własnym dywanie przed złodziejką z rynsztoka. Rozsznurował mi spodnie, zsunął je po udach i przywarł rozchylonymi ustami do wewnętrznej strony mojego kolana, a potem wyżej, i jeszcze wyżej, i tam zamarł, owiewając mnie gorącym oddechem, dopóki nie wplotłam mu palców we włosy i nie powiedziałam: „Tak. Tam. Proszę”.
Dotykali mnie już wcześniej mężczyźni, szybko i byle jak, i znikali przed porannym dzwonem. Nikt nigdy mnie nie wielbił. On robił to z okrutną cierpliwością i pełnym skupieniem, poznawał mnie językiem tak, jak wcześniej poznawał mnie przez zakratowane okno, zapamiętywał każde urwane westchnienie, odnajdywał każde miejsce, od którego moje biodra same się poruszały, i wracał do niego raz po raz. Drżały mi uda. Podtrzymywał mnie, z dłońmi szeroko rozpostartymi na moich biodrach, nie pozwalał mi upaść ani się pospieszyć, a kiedy doszłam, pięść miałam zaciśniętą w jego włosach, a z gardła wyrwało mi się jego imię, wypowiedziane przeze mnie po raz pierwszy, Caspian, ochrypłe i tak głośne, że strażnicy na schodach musieli je usłyszeć.
Podniósł się i złapał mnie, kiedy ugięły się pode mną nogi. Zaniósł mnie do łóżka. Przyciągnęłam go na siebie piętami i przywarł do mnie całym ciałem, gorący, ciężki i spragniony, a potem wsparł się na przedramionach i zamarł tak, drżąc, na samej krawędzi.
„Tamsin”. Znowu moje imię, chrapliwa prośba. „Jesteś pewna?”
Sięgnęłam w dół między nas, objęłam go dłonią i patrzyłam, jak zamyka oczy.
„Jeszcze nigdy nie byłam tak pewna niczego, co biorę”, powiedziałam i wprowadziłam go w siebie.
Wsuwał się powoli, tak bardzo powoli, wypełniając mnie słodko i ogromnie, i oboje w tej samej chwili przestaliśmy oddychać. Przez moment żadne z nas się nie poruszyło. Oparł czoło o moje. Czułam jego puls tam, gdzie byliśmy złączeni, i mój, który mu odpowiadał, i pomyślałam, jakby z bardzo daleka, o koronie układającej się na mojej głowie jak kot, który wybiera sobie kolana. Och, pomyślałam. Więc tak to jest, kiedy zostajesz wybrana.
Potem zaczął się poruszać, a ja w ogóle przestałam myśleć.
To, co się między nami działo, toczyło się długo i mrocznie, fala za falą. Był ostrożny, dopóki nie ugryzłam go w ramię i nie powiedziałam, żeby dał sobie z tym spokój, i wtedy dał, a stare łoże stukało o boazerię, a świece przygasały w przeciągu od otwartego okna. Przeciągnęłam paznokciami po jego plecach, a on jęknął mi w szyję. Chwycił moje nadgarstki i przycisnął je do poduszek nad moją głową, a potem znieruchomiał i spojrzał na mnie pytająco, a ja splotłam z nim palce, przytrzymałam się mocno i powiedziałam: „Tak, właśnie tak”, a on pocałował mnie, jakbym podarowała mu królestwo. Długo, zanim nadeszło, czułam, jak narasta we mnie drugie spełnienie, jak sprężyna napinana z każdym pchnięciem coraz mocniej, a kiedy wreszcie puściła, rozsypałam się tak doszczętnie, że usłyszałam własny szloch. Podążył za mną chwilę później, z twarzą ukrytą w moich włosach i moim imieniem na ustach, jak modlitwą, której słów dopiero co się nauczył.
Potem leżeliśmy splątani w pobojowisku pościeli, a pot stygł nam na skórze. Na stole po drugiej stronie komnaty Cierniowa Korona spoczywała na czarnym aksamicie i obserwowała nas swoim jedynym czerwonym okiem.
„Wmawiałem sobie, że chcę cię dla korony”, powiedział w moje ramię. „Tym kłamstwem żyłem przez dziewięć nocy. Potrzebowałem go, bo jeśli to była tylko strategia, to nie byłem mężczyzną, który trzyma kobietę w wieży, bo nie może znieść myśli, że miałby ją wypuścić”. Uniósł głowę. „Nie obchodzi mnie, czy jeszcze kiedyś włożysz to cholerstwo. Jeśli po jutrzejszej nocy zechcesz wyjechać na południe, kupię ci tę łódź”.
„Jutro”, odparłam, „pozwolimy Edricowi myśleć, że nic się nie zmieniło. Pozwolimy twojemu bratu wejść do tej sali i pokazać całej radzie, kim naprawdę jest. A potem ja zejdę spod dachu”.
Długo mi się przyglądał, a potem roześmiał się cicho, z niedowierzaniem, i pocałował wnętrze mojej dłoni.
Wyjęłam z własnych włosów cienki stalowy wytrych, kupiony tego popołudnia w Igle, i wplotłam go w ciemne włosy na jego karku, tam, gdzie nikomu nie przyszłoby do głowy szukać.
„Kiedy cię zakują”, powiedziałam, „nie daj się nikomu przeszukać”.
Sala Cierni ma sklepienie z czarnego dębu wsparte na wspornikowych belkach, a nad belkami biegnie przełaz szeroki na trumnę, zostawiony przez budowniczych dla lampiarzy. W wigilię Cierniowego Święta przeleżałam w nim cztery godziny, z Cierniową Koroną owiniętą w aksamit przy żebrach, dokładnie tam, gdzie była w noc, od której wszystko się zaczęło.
Pode mną schodził się dwór. Siedmiu możnych z Rady Cierni na wysokich krzesłach; lady Orsolt skrząca się od szmaragdów, choć nie tych, które ukradłam. Stary Pellam, poruszający bezgłośnie wargami. Dwustu dworzan w żałobnych jedwabiach. Caspian u stóp podwyższenia, z odkrytą głową i bez broni, jak wymagał obrzęd, a pół kroku za jego lewym ramieniem ser Edric Hale, tam, gdzie stał zawsze.
Z pierwszym uderzeniem północy nawą nadszedł zakrystianin z pustą poduszką, odgrywając przerażenie. Z czwartym drzwi od strony kuchni wpadły z hukiem do środka i wlały się przez nie tabardy z łbem odyńca. Z dziewiątym Caspian miał już skute ręce za plecami i miecz Edrica przy gardle, a środkiem Sali Cierni kroczył Lucan Veyle w czarnej półzbroi, mając u boku swojego człowieka o głosie jak zawias, spokojny jak pan młody.
Nie spojrzał na brata. Patrzył na radę.
„Korona zniknęła”, oznajmił. „Skradziona w noc swojego ofiarowania przez człowieka, który miał ją włożyć. Mój kapitan jest świadkiem”. Edric milczał; za niego mówiło ostrze. „Nie ma korony, która mogłaby wybrać. Wedle starego prawa tron przechodzi prawem oręża. Oręż mam ja. Czy rada to kwestionuje?”
„Rada nie kwestionuje”, natychmiast odezwała się lady Orsolt.
„Rada”, powiedział Pellam, wstając, cały roztrzęsiony, „jeszcze nie głosowała, chłopcze”, a wtedy żołnierz uderzył go w usta i starzec ciężko opadł na krzesło, krwawiąc w brodę.
Wyjęłam z rękawa czarne pióro i wypuściłam je z palców.
Opadało długo, wirując. Wszystkie oczy w sali śledziły jego lot. Wylądowało na stole rady tuż przed Lucanem i patrzyłam, jak pojmuje, co to jest, a potem przypięłam linę do łańcucha żyrandola i zjechałam w ślad za piórem.
To było jedyne wejście w moim życiu obliczone na to, żeby mnie zobaczono. Ostatnie pięć łokci zeskoczyłam prosto na stół rady, rozrzucając kałamarze i pieczęcie, zeszłam na podwyższenie w czarnym stroju do wspinaczki, z włosami ściągniętymi do tyłu, odwinęłam Cierniową Koronę z aksamitu i włożyłam ją.
Zapadła taka cisza, że słyszałam świece.
Ciernie ułożyły się w moich włosach. Nic nie krwawiło. Gdzieś bardzo daleko coś prastarego zwróciło uwagę na salę, a ja czułam, jak czują to dworzanie: ucisk w uszach jak przed zmianą pogody.
„Wybiera”, wyszeptał Pellam rozciętymi wargami. „Święci Pańscy, zmiłujcie się. Ona wybiera”.
„To sztuczka”. Głos Lucana się załamał. „Złodziejka z rynsztoka i stępiona korona. Dziwka mojego brata w przebraniu”.
Wszedł po stopniach podwyższenia i zerwał mi ją z głowy.
Ciernie weszły mu w dłonie po samą nasadę. Wrzasnął dzikim, zwierzęcym głosem, a krew spływała mu po nadgarstkach w rękawy, i mimo to nie chciał jej puścić. On także był synem swojego ojca. Uniósł ją w obu okaleczonych dłoniach i, zanim ktokolwiek zdążył się ruszyć, wcisnął Cierniową Koronę na własne czoło, żeby wszystkim pokazać, że to tylko srebro.
Rozpłatała go tak, jak kiedyś rozpłatała jego matkę. Nie będę tego dalej opisywać. Widziałam, jak wieszają ludzi, a mimo to niektórymi nocami wciąż budzę się i słyszę ten dźwięk.
Zatoczył się do tyłu, oślepiony własną krwią, a korona upadła i z brzękiem uderzyła o stopnie podwyższenia. Żołnierze w tabardach z łbem odyńca zamarli w nawie. Spojrzałam na nich z góry i rozpoznałam połowę twarzy: chłopaki z portu, chłopaki z garbarni, mężczyźni, obok których piłam Pod Utopionym Dzwonem, z żołdem zaległym od trzech tygodni.
„Znacie mnie”, zawołałam do nich, a mój głos należał do mnie. „Jestem córką Hesper Rook, z Igły. Statut Chlebowy umiera dzisiejszej nocy. Każdy, kto złoży miecz, dostanie swój żołd z królewskiej szkatuły i wyjdzie z tej sali z głową na karku. Każdy, kto tego nie zrobi, walczy za to”.
Wskazałam Lucana. Pierwszy miecz uderzył o posadzkę. Potem tuzin. Potem zadudniło jak grad.
Nie widziałam, jak Lucan sięga po nóż. Widziałam, jak Edric odwraca głowę w stronę dzwoniących ostrzy, jak jego miecz odpływa o szerokość palca od gardła Caspiana, i widziałam, jak zza pleców Caspiana wyłania się jego dłoń, z otwartymi kajdanami zwisającymi z jednego nadgarstka i cienkim stalowym wytrychem między palcami. Wyjął Edricowi miecz z ręki tak, jakby tamten sam mu go podawał.
A potem Lucan rzucił się na mnie, na wpół ślepy, z nożem mierzącym nisko, w brzuch, i Caspian stanął między nami.
Skończyło się na jednym ciosie. Lucan zgiął się wpół na ostrzu brata z wyrazem czystego zdumienia, jakby ze wszystkich rachunków świata akurat tego jednego nigdy nie pomyślał przeliczyć. Caspian złapał go, kiedy upadał. Osunął się na stopnie podwyższenia z bratem na kolanach, z Cierniową Koroną leżącą obok nich w ich krwi, i tulił do piersi okaleczoną głowę Lucana, póki brat umierał, a sam nie wydał z siebie żadnego dźwięku.
Koronowali mnie dziewięć dni później, w Sali Cierni, z posadzką wyszorowaną do białości i drzwiami otwartymi na oścież dla Igły. Stary Pellam włożył mi ją na głowę drżącymi rękami. Nie zraniła mnie. Pierwsze, co zrobiłam, przed przysięgami, przed ucztą, przed czymkolwiek innym, to przedarłam Statut Chlebowy na pół na stole rady i ułaskawiłam każdą kobietę w miejskich więzieniach, która trafiła tam za kradzież jedzenia. Lady Orsolt zemdlała. W duchu zawsze byłam przekonana, że zrobiła to na pokaz.
Edrica Hale’a sądzono jawnie, w biały dzień, przed ławą przysięgłych złożoną z mieszczan, tak jak nalegał Caspian. Żadnej czystej roboty. Zawisł na bramie rzecznej, którą sprzedał.
Caspian pochował brata obok ich matki i przez dwa dni nie odezwał się ani słowem. Trzeciej nocy wspięłam się po bluszczu do jego okna i zastałam go na podłodze, plecami opartego o łóżko, z dziecięcym drewnianym mieczem na kolanach. Lucan wystrugał mu go, powiedział. Tej zimy, kiedy Caspian miał sześć lat.
Usiadłam obok niego, ujęłam jego dłoń, wnętrzem do góry, i trzymałam ją, dopóki się nie rozpłakał.
Minął tydzień od koronacji, zanim przyszedł do mnie. Nie przez okno. Przez drzwi komnat królowej, pukając jak każdy petent, w prostym ciemnym płaszczu, a kiedy otworzyłam, przyklęknął na progu na jedno kolano i nie wstał.
„Nie mam korony ani brata, ani kapitana”, powiedział. „Mam trzystu strażników, kilku bibliotekarzy i bardzo długą listę rzeczy, które chciałbym ci powiedzieć. Nie przychodzę jako twój książę ani twój małżonek, ani twoja rada. Przychodzę zapytać, czy chcesz, żebym został”.
Spojrzałam na niego z góry. Na pochyloną ciemną głowę. Na mężczyznę, który kiedyś zdecydował, jak skończy się historia myszy, a teraz klęczał w progu z wyciągniętą dłonią, wnętrzem do góry.
„Wstań”, powiedziałam. „I wejdź. I zamknij drzwi, bo ja to wybieram i chcę, żebyś to usłyszał, kiedy wszystkie zamki w pałacu są otwarte”.
Podniósł się i pocałował mnie w progu, a potem przy drzwiach, oparłszy mnie o nie, a potem nie dotarliśmy już do łóżka.
Tym razem to ja się nie spieszyłam. Posadziłam go w wielkim fotelu przy kominku i wspięłam mu się na kolana, wciąż w dworskim jedwabiu. Pocałowałam bliznę na jego obojczyku. Rozpinałam go guzik po guziku i zapytałam, czy pozwoli mi dziś nadawać rytm, a on odpowiedział: „Co tylko zechcesz. Chcę wszystkiego”, więc powiedziałam mu, że może mnie dotknąć dopiero wtedy, kiedy go poproszę, i patrzyłam, jak zaciska dłonie na rzeźbionych poręczach fotela, aż zbielały mu knykcie, a oddech zaczął się rwać, i kochałam go za zaufanie, które w tym było. Kiedy wreszcie uniosłam spódnice i przyjęłam go w siebie, osuwając się na niego cal po calu, a on wpatrywał się w moją twarz, jakby była świętym pismem, wypowiedział moje imię jak człowiek, który przerywa post.
„Teraz mnie dotknij”, powiedziałam, a on to zrobił, jego dłonie wsunęły się pod jedwab na moje biodra, talię, piersi, a ja kołysałam się na nim w blasku ognia, aż fotel zaczął skrzypieć, a rytm stał się urywany i słodki, i czułam, jak drży pode mną z wysiłku, żeby pozwolić mi prowadzić. Kiedy się rozsypałam, stało się to z czołem przyciśniętym do jego czoła i z oczami utkwionymi w jego oczach, a on trzymał mnie przez każdy dreszcz, zanim pozwolił sobie pójść w moje ślady, oplatając mnie ramionami tak mocno, jakby cały pałac miał się zsunąć do Sallow, a on i tak by mnie nie puścił.
Później, w łóżku, zasnął z głową na moim brzuchu: pierwszym prawdziwym snem od śmierci brata. Ja nie spałam i patrzyłam przez komnatę na Cierniową Koronę, którą powiesiłam na słupku łóżka jak domokrążca kapelusz.
Granat łowił ostatnie blaski ognia. Nie miał już koloru rozciętej wargi ani czerwonej chustki mojej matki. Miał kolor ust, które zostały porządnie wycałowane. Ziarenka granatu. Rzeczy, którą wbrew wszystkiemu, czego cię nauczono, postanawiasz trzymać obiema rękami.
W życiu ukradłam mnóstwo rzeczy i żadnej nie zatrzymałam. Szmaragdy. Sakiewki. Koronę z ołtarza, po ciemku, dla niewłaściwego mężczyzny.
Mężczyzny, który śpi wtulony we mnie, nigdy nie ukradłam. Właśnie dlatego wiem, że wolno mi go zatrzymać.
✦ Koniec rozdziału nr 07 ✦