Rozdział nr 08
Litość to zamknięte drzwi
Przysłano ją, żeby go zabiła. On co noc nie zamyka jej drzwi na klucz, a ona co noc zostaje.
Ostrzeżenia
Treści seksualne · Przemoc · Krew · Morderstwo · Pożar · Śmierć rodzica · Krzywdzenie w przeszłości · Myśli samobójcze
Pierwszej nocy nacisnęłam klamkę wyłącznie dla zasady.
Ustąpiła. Oczywiście, że ustąpiła. Lucien Marrow nie zamyka drzwi na klucz. Powiedział mi to przy kolacji, której uparcie nie jadłam, obracając w palcach kieliszek wina, którego uparcie nie piłam, aż blask świec zaczął przez nie krwawić jak coś zranionego. Zamki są dla tych, którzy spodziewają się, że ktoś ich porzuci, powiedział. Ja się nie spodziewam.
Przyszłam do jego domu z ostrzem wszytym w rąbek płaszcza i z nazwiskiem wypisanym na wierzchu dłoni atramentem, którego nie dało się zmyć. Jego nazwiskiem, a w każdym razie prawie: Marrow z Blackmere, cienkim brązowym pismem, którym Świecarnia znaczy każdy przyjęty kontrakt. Atrament robi się z dębowych galasów, z żelaza i z czegoś, czego stare kobiety z zaplecza nie chcą nazwać; wsiąka w skórę jak obietnica. Schodzi tylko w jeden sposób. Kiedy robota jest wykonana, Matka Orla smaruje litery żrącym płynem, który pachnie cytryną i spalonymi włosami, a ty siedzisz bez ruchu, gdy wyżera nazwisko, i zostaje ci potem plama nowej, różowej skóry, która nie należy do nikogo.
Na wierzchu prawej dłoni miałam siedem takich plam. Dawno przestałam rozróżniać, gdzie kończy się jedna, a zaczyna następna.
Kontrakt opiewał na sumę, za którą można było kupić sobie życie gdzieś, gdzie jest ciepło i gdzie nikt nigdy o mnie nie słyszał. Co więcej, spłacał resztę tego, co mój ojciec był winien Świecarni, kiedy sprzedał jej moje lata, żeby pokryć karciane przegrane. Miałam dziewiętnaście lat, kiedy mnie im odstąpił. Dwadzieścia siedem, kiedy tamtej nocy przyszłam do Blackmere, i miałam za sobą osiem lat odpracowywania jego długu, jedną różową plamą po drugiej. Jeszcze jedno nazwisko, powiedziała Orla, stukając upierścienionym palcem po moich knykciach, i księga się zamknie. Jeszcze jedno, Vesper, i odzyskasz własne imię.
Byłam w swoim fachu bardzo dobra. Ani razu mnie nie złapano.
On też mnie nie złapał. Po prostu otworzył drzwi, zanim zdążyłam zapukać.
Blackmere stoi na końcu grobli zalewanej dwa razy na dobę: długi szary dom zbudowany na czarnym cyplu między słonymi mokradłami a morzem. Ostatnią milę przeszłam w drobnym, zimnym deszczu, z postawionym kołnierzem i gotową historyjką: guwernantka w drodze do sąsiedniej parafii, najęty powóz, koło zgubione w koleinach. Przećwiczyłam drżenie głosu. Na dowód miałam rozdarty rąbek i zabłocony but. Weszłam po schodach i uniosłam rękę do żelaznej kołatki w kształcie kobiecej pięści, a zanim moje knykcie zdążyły jej dotknąć, drzwi otworzyły się do środka i stanął w nich on.
W aktach nazwano go przystojnym tak, jak urzędnik nazywa nóż ostrym, to znaczy trafnie i bez najmniejszego pojęcia, co to naprawdę oznacza. Był wysoki, o swobodnych, niedbałych ruchach, miał trzydzieści cztery lata i ubierał się jak ktoś, kto od lat nie pamięta, że ktokolwiek mógłby na niego spojrzeć: w samej koszuli, bez kołnierzyka, w rozpiętej ciemnej kamizelce. Czarne włosy, za długie na karku. Usta, jakby rozbawione jakimś prywatnym żartem. I oczy, szare jak mokradła za moimi plecami i bardzo, bardzo przytomne.
„Pewnie pani zmarzła”, powiedział. „Proszę wejść. Pani Tully przygotowała niebieski pokój. Jest z niego najlepszy widok na podjazd, gdyby ktoś jeszcze miał przyjechać.”
Otworzyłam usta, żeby wygłosić kwestię o kole od powozu. On już szedł w głąb korytarza, zostawiając za sobą szeroko otwarte drzwi, a wiatr wdmuchiwał deszcz na kamienne płyty posadzki.
Stałam na progu dłużej, niż lubię się przyznawać. Potem weszłam, bo robota czekała w środku, i sama zamknęłam za sobą drzwi.
Kolację podano w sali, w której stół pomieściłby dwadzieścia osób, a świec wystarczyłoby dla czterdziestu. On usiadł u szczytu. Ja po jego prawicy, bo odsunął mi krzesło, a nie przychodził mi do głowy żaden powód, dla którego guwernantka, która utknęła w drodze, miałaby odmówić. Jedzenie było proste i dobre. Nie tknęłam go. Kobieta w moim fachu nie je przy stole swojego celu, nie w pierwszym tygodniu, a jeśli tylko może, to nigdy.
„Trucizna to raczej nie w moim stylu”, powiedział, patrząc, jak nie jem. „Gdybym chciał pani śmierci, zostawiłbym panią na grobli. Przypływ przychodzi o dziewiątej.”
„Nie jestem głodna.”
„Przeszła pani cztery mile w deszczu.”
„Jedną milę.”
Uśmiechnął się. Właśnie coś mu zdradziłam i oboje o tym wiedzieliśmy. „Niech będzie, jedną. Od rozstajów w Saltings, gdzie zatrzymuje się dyliżans pocztowy. Nie było żadnego powozu ani żadnego koła, a pani nie jest guwernantką, bo guwernantki nie przyglądają się oknom, zanim spojrzą na ludzi w pokoju.” Obrócił kieliszek. „Spokojnie. Nie zapytam o imię. Pewnie ma ich pani kilka.”
„To dlaczego mnie pan wpuścił?”
„Bo padało.” Napił się. „I dlatego, że od dawna na kogoś czekam, a byłoby nieuprzejmie kazać pani pukać.”
Powinnam była zabić go od razu. Byłoby to łatwe: nóż w rąbku, widelec przy talerzu, ciężki lichtarz przy łokciu. Gospodyni poszła już spać. W całym tym ogromnym domu nie było nikogo poza nami dwojgiem i szumem morza. Zabijałam mężczyzn w pokojach, gdzie było mniej osłony i więcej świadków. Siedziałam i patrzyłam na długą linię jego szyi, kiedy odchylał głowę, żeby się napić, i nie drgnęłam, i wmawiałam sobie, że najpierw muszę poznać dom. Wyjścia. Służbę. Drogi na groblę, tablice pływów i to, czy są tu psy.
Psów nie było. Nie było też, jak przekonałam się jeszcze tej pierwszej nocy, zamków.
Ani w drzwiach frontowych, które stały otworem, dopóki o dziesiątej nie zamknęła ich pani Tully, a i ona nigdy nie zasuwała rygla. Ani w piwnicy, ani w szafie ze srebrami, ani w zbrojowni. Wszystkie drzwi wewnątrz Blackmere miały kiedyś zamki; widziałam mosiężne szyldy i zgrabne dziurki od klucza. Każdy zamek rozwiercono, mechanizmy wyjęto, a otwory zostawiono puste jak oczodoły. Można było wsunąć w nie palec i dotknąć powietrza w sąsiednim pokoju.
Nacisnęłam klamkę własnych drzwi wyłącznie dla zasady, a ona ustąpiła, i stałam w niebieskim pokoju w samych pończochach, przy uchylonych drzwiach, czując coś, czego nie poczułam ani razu przez osiem lat w Świecarni: że jestem odsłonięta.
W Świecarni zamykają cię na noc. Nie z okrucieństwa, a w każdym razie nie tylko z okrucieństwa. Tak po prostu zbudowano ten dom. Uczniowie śpią w celach wzdłuż długiego korytarza, każda cela ma drzwi z zasuwą od zewnątrz i co noc Teodor Vane przechodzi tym korytarzem i zasuwa rygle, jeden po drugim. Litość to zamknięte drzwi, powiedział nam w pierwszym tygodniu, kiedy dziewczyna z doków płakała, żeby ją wypuścić. Nauczycie się tego przy robocie. Cel, który może uciec, to cel, który cierpi. Zamykasz drzwi, robisz to czysto, i to jest litość. Zapamiętajcie. Potem zasunął rygiel w jej drzwiach, a rano już jej nie było i nie pytaliśmy, gdzie się podziała.
Zapamiętałam. Zamknęłam w życiu bardzo wiele drzwi.
Leżałam bez snu w niebieskim pokoju, a ciemność wlewała się przez szparę w drzwiach, i nasłuchiwałam, a po północy go usłyszałam.
Nocą dom oddycha. Stare drewno osiada, deszcz przebiera palcami po szybach, a na korytarzu przed moim pokojem ciągnie się długie, cierpliwe skrzypienie jego kroków. On nigdy się nie zatrzymuje. Nigdy nie naciska klamki. Tylko chodzi, miarowo jak zegar, od szczytu schodów do wysokiego okna na końcu korytarza i z powrotem, aż zasypiam, nasłuchując go, i nienawidzę, bardziej niż czegokolwiek w życiu, tego, że dzięki temu zaczęłam spać lepiej.
W tych pierwszych dniach prowadziłam rejestr, tak jak mnie uczono. Pani Tully, gospodyni: sześćdziesiąt lat, głucha na jedno ucho, przywiązana do niego na swój zrzędliwy, znużony sposób. Chłopak imieniem Tam, który przy odpływie przechodził groblą z pocztą i mlekiem i wracał, zanim podniosła się woda. Żadnych strażników. Żadnej nabitej broni, choć zbrojownia była jej pełna. Pływy: odpływ mniej więcej o trzeciej w nocy i o trzeciej po południu, co dzień odrobinę później. Wschodnie skrzydło: zamknięte, a korytarz do niego zagradzały drzwi, które jako jedyne w całym domu nie ustąpiły, kiedy je pchnęłam, bo zabito je gwoździami od drugiej strony.
„Pożar”, powiedziała pani Tully, kiedy zapytałam. Wymówiła to tak, jak w rybackiej wiosce wymawia się słowo utonięcie. „Tej Długiej Nocy minie dziesięć lat. Niech panienka tam nie myszkuje. Podłogi są zbutwiałe.”
Mimo to poszłam tam myszkować trzeciej nocy, od zewnątrz, przez okno, i podłogi rzeczywiście były zbutwiałe. Skrzydło było czarną klatką żeber otwartą na niebo. Deszcz wdarł się wszędzie. Portrety upiekły się na ścianach, aż twarze spłynęły z płócien. Na końcu korytarza na piętrze wciąż tkwiły w ościeżnicy jedne drzwi, ciężki dąb zwęglony aż do słojów, a na podłodze przed nimi leżało pełno starych drzazg, tam gdzie ktoś kiedyś rzucił się na nie z toporem. Zamek był nietknięty. Dziurkę od klucza zatykała sadza. Przyłożyłam dłoń płasko do drewna; było zimne jak nagrobek, a ja nie wiedziałam, czemu serce tłucze mi się tak mocno.
„Mogłaby pani odejść”, powiedział czwartego ranka, nalewając kawę tak, jakby to była uprzejmość, a nie wyzwanie. „Brama jest otwarta. W samochodzie są kluczyki. Nikt tu pani nie zatrzyma.”
Siedzieliśmy w saloniku porannym, wychodzącym na morze. Światło wpadało białe i bezlitosne i odsłaniało wszystko to, co świece tak litościwie w nim tuszowały: siwiznę na skroniach, cienie pod oczami od tego nieustannego chodzenia. Pomyślałam, że w ogóle nie spał. Ciekawe, czy on kiedykolwiek sypia.
„A kontrakt?” zapytałam. Nie było sensu dłużej udawać. Nie było go, odkąd stanęłam na progu.
„No to go wypełnij.” Postawił przede mną filiżankę i pochylił się tak blisko, że zobaczyłam starą bliznę przecinającą mu brew, tę, którą według akt zostawił mu brat. Była to krótka, brzydka, pomarszczona kreska, jakby ktoś przeciągnął po kości czymś zębatym. „Stoję tuż przed tobą, kochanie. Nie mam pod tą koszulą niczego, co zatrzymałoby nóż.”
Nie drgnęłam. Uśmiechnął się tak, jakbym się do czegoś przyznała.
„Kto cię przysłał?” zapytał, prostując się. „Nie. Nie odpowiadaj. Przecież nie wiesz, prawda? Ręce nikt nie mówi, co mówią usta.”
„Skąd wiesz, co ja wiem?”
„Nie wiem. Wiem, co sam bym zrobił, gdybym zarabiał na wypożyczaniu takich ludzi jak ty.” Podszedł do okna. Stał do mnie plecami. Każda lekcja, jaką kiedykolwiek odebrałam, rozbłysła we mnie naraz jak potarta zapałka: kark, luka tuż pod żebrami, miękkie miejsce u podstawy czaszki. Stał z rękami w kieszeniach i patrzył, jak cofa się morze. „W gospodzie w Saltings jest człowiek, który wypytuje o ciebie furmana. Chudy, szary, pachnie łojem. Twój przyjaciel?”
Teodor. Oczywiście. Orla nigdy nie wysyła ostrza na kontrakt tej wagi bez drugiego noża gdzieś z tyłu, który patrzy i który dokończy robotę, jeśli pierwszy się złamie.
„Nie”, powiedziałam. „Nie jest moim przyjacielem.”
„Ach.” Lucien odwrócił lekko głowę, tak że widziałam linię jego policzka. „W takim razie masz czas, powiedzmy, do Długiej Nocy? Pewnie taką datę wpisano w kontrakcie. Mój brat zawsze lubił rocznice.”
Kawa wystygła mi w dłoniach. „Twój brat.”
„Casimir.” Wypowiedział to imię łagodnie, tak jak dotyka się siniaka, żeby sprawdzić, czy wciąż boli. Bolało. Widziałam, jak boli. „Widziałaś wschodnie skrzydło. Widziałaś te drzwi. On jest jedynym żyjącym człowiekiem, który nienawidzi tej daty bardziej niż ja, i jedynym, który zyska, jeśli jej nie dożyję.” Wrócił do stołu i spojrzał na mnie z góry; twarz miał zmęczoną i dziwnie życzliwą. „Brama jest otwarta”, powtórzył. „Cokolwiek postanowisz, chcę, żebyś wiedziała, że jest otwarta.”
Wyszedł z pokoju. Te drzwi też zostawił otwarte.
Nie wzięłam samochodu. Nie wyszłam przez bramę. Wmawiałam sobie, że zostaję, bo porzucony kontrakt oznacza w Świecarni wyrok śmierci, i dlatego, że Teodor siedział w gospodzie w Saltings i pachniał łojem, i dlatego, że do Długiej Nocy zostało siedemnaście dni, a zawodowiec się nie spieszy. Wszystko to było prawdą. Nic z tego nie było prawdziwym powodem.
Siódmej nocy w końcu do niego poszłam.
Nie z ostrzem. Wmawiałam sobie, że z ostrzem. Ściskałam je przez cały korytarz, idąc boso po zimnym kamieniu, ze stalą rozgrzaną od mojej dłoni, aż znalazłam go w ciemnej bibliotece, siedzącego plecami do drzwi. Otwartych drzwi. Zawsze otwartych.
Ogień w kominku dogasł do czerwonego oka żaru. Siedział w fotelu uszaku z książką odłożoną grzbietem do góry na kolanie i szklanką na podłodze obok, a pokój pachniał starą skórą, torfowym dymem i solą, która w Blackmere wnikała we wszystko. Deszcz na wysokich oknach. Gdzieś w dole morze, przewracające się z boku na bok we śnie.
„Drżysz”, powiedział, nie odwracając się.
„Zimno tu.”
„Wcale nie.” Sięgnął do tyłu, bez pośpiechu, położył dłoń na mojej, na nożu, i poprowadził ostrze, aż czubek spoczął tuż pod jego szczęką, tam, gdzie mieszka puls. „Tutaj. Teraz wiesz dokładnie, gdzie jest. Już nigdy nie będziesz musiała się zastanawiać.”
Jego serce biło pod stalą tak spokojnie, że moje wpadło w szał.
Stałam za fotelem, z dłonią uwięzioną pod jego dłonią. Czułam przez ostrze, jak oddycha. Czułam ciepło jego palców, szorstki brzeg odcisku na jego dłoni, lekkie drżenie, które wcale nie było w nim, tylko we mnie. Jedno pchnięcie. Robiłam to setki razy na skórzanych manekinach w piwnicy Świecarni i siedem razy na mężczyznach, którzy na to zasłużyli albo o których ktoś zapłacił, żeby tak mówiono.
„Dlaczego?” zapytałam. Mój głos zabrzmiał obco. „Dlaczego tego chcesz?”
„Nie chcę tego.” Odchylił głowę na oparcie fotela, przez co czubek wbił się o włos głębiej, i w blasku ognia wystąpiła czarna kropla krwi. Gwałtownie cofnęłam ostrze, zanim zdążyłam pomyśleć. Pozwolił mi. Puścił moją dłoń. „Chcę przestać na to czekać. To nie to samo. Od dziesięciu lat chodzę po tych korytarzach i zastanawiam się, której nocy kogoś przyśle. Którymi drzwiami ten ktoś wejdzie. Zdjąłem zamki, żeby nikt nie musiał niczego wyłamywać, kiedy po mnie przyjdzie. Wmawiałem sobie, że to swego rodzaju odwaga.” Zaśmiał się cicho. „Pani Tully myśli, że to żałoba. Pastor myśli, że obłęd. Ja myślę, że to było po prostu bardzo, bardzo męczące.”
Obeszłam fotel. Nie wiem po co. Chciałam zobaczyć jego twarz. Podniósł na mnie wzrok; na jego szyi widniała cienka czerwona kreska w miejscu, gdzie go naznaczyłam, a oczy miał mokre i zupełnie spokojne.
„Odłóż nóż”, powiedział miękko.
„Nie.” Coś we mnie zapłonęło, jasno i gniewnie. „Nie masz prawa mi tego mówić. Nie masz prawa kłaść mojej ręki na swoim gardle, a potem jej odsuwać. To nie ty decydujesz, co z nią zrobię.”
„Masz rację”, odpowiedział od razu. „Przepraszam. Nie mam prawa.”
Te przeprosiny rozbroiły mnie bardziej niż nóż. Nikt w Świecarni nigdy mi tego nie powiedział. Nikt nigdy nie oddał mi odebranego wyboru, ot tak, jakby od początku należał do mnie.
Spojrzałam na ostrze. Spojrzałam na niego. Potem pochyliłam się i położyłam nóż na stoliku, obok jego szklanki, rękojeścią w jego stronę, wyprostowałam się i przyłożyłam dłoń tam, gdzie przed chwilą był nóż, do pulsu na jego szyi. Puls podskoczył mi pod palcami. Już nie tak spokojny.
„Czy to decyzja noża”, zapytał bardzo cicho, „czy twoja?”
„Moja.”
„To powiedz, czego chcesz. Nie będę zgadywał. Całe życie tylko o mnie zgadywano.”
„Chcę cię pocałować”, powiedziałam i było to najprawdziwsze zdanie, jakie wypowiedziałam na głos od ośmiu lat.
Nie poruszył się. Czekał. Kazał mi pokonać resztę drogi, więc ją pokonałam: pochyliłam się z dłonią na jego szyi, a moje włosy opadły wokół naszych twarzy, i pocałowałam Luciena Marrowa w ciemności jego spalonego domu, a on smakował whisky, solą i miedzią własnej krwi, rozmazanej w kąciku ust. Oddał pocałunek powoli, jakby miał przed sobą całą wieczność i zamierzał spędzić ją właśnie tutaj. Ręce trzymał na poręczach fotela. Po tym, jak sztywno trzymał barki, czułam, ile go to kosztuje. Kiedy w końcu się odsunęłam, oddychał ciężko, tak jak ja, a knykcie pobielały mu na skórzanym obiciu.
„Możesz mnie dotknąć”, powiedziałam.
„Nie dzisiaj.” Głos miał zachrypnięty. „Dziś przyszłaś tu, żeby mnie zabić, a zamiast tego mnie pocałowałaś. Chciałbym, żebyś poszła spać, obudziła się i nadal uważała, że to był dobry pomysł. Jeśli tak będzie, wiesz, gdzie mnie znaleźć.”
„Będziesz chodził po korytarzu.”
„Będę chodził po korytarzu”, potwierdził.
Wychodząc, zabrałam nóż. Patrzył, jak odchodzę, a kiedy obejrzałam się w progu, dotykał dwoma palcami ranki na szyi i przyglądał się krwi na opuszkach, jakby to był list od kogoś, kogo kochał.
List przyszedł cztery dni później, złożony w rachunku od świecarza za dwanaście funtów wosku pszczelego, którego nikt w Blackmere nie zamawiał. Tam przyniósł go przy odpływie razem z mlekiem. Pani Tully pozrzędziła i zostawiła go na stoliku w holu, a ja zabrałam go do niebieskiego pokoju i trzymałam nad świecą, aż między wierszami pierwszego pisma wystąpiło brązem drugie.
Vesper. Długa Noc pozostaje w mocy. Zleceniodawca się niecierpliwi i stawi się na rozliczenie osobiście, co jest jego prawem według dawnych warunków. T. czeka w Saltings, gotów pomóc. Nie każ mi go przysyłać. Księga zamknie się twoją ręką albo wcale. O.
W list, jak zawsze robi to Świecarnia, włożono znak zleceniodawcy, monetę na dowód, że kontrakt jest prawdziwy: stary złoty suweren z przewierconą dziurką, a obok głowy króla wybity w złocie, drobno i rozmyślnie, znak z sygnetu. Czapla stojąca w trzcinach.
Tę samą czaplę wyrzeźbiono nad kominkiem w bibliotece. Odlano ją w żelaznej pięści kołatki. Była na zniszczonych portretach we wschodnim skrzydle, na malowanej tarczy nad głową malowanego mężczyzny.
Poszłam go szukać. Był w saloniku porannym, z tablicami pływów rozłożonymi na biurku, a kiedy położyłam na nich monetę, długo na nią patrzył, nie dotykając jej.
„Cóż”, powiedział w końcu. „Przynajmniej teraz oboje wiemy.”
„Ty wiedziałeś już wcześniej.”
„Domyślałem się. Domyślać się to nie to samo, co mieć dowód na stole przed sobą.” Podniósł monetę i obrócił ją w palcach. „Przyjdzie osobiście. To przecież znaczy ‚stawić się na rozliczenie’, prawda? Chce patrzeć.”
„To stare prawo. Większość zleceniodawców z niego nie korzysta.”
„Casimir skorzysta.” Odłożył monetę. Ręka lekko mu drżała. „Będzie chciał stać w drzwiach.”
Usiadłam na brzegu biurka. Okno wypełniała szara woda i szare niebo. „Opowiedz mi”, powiedziałam. „Wszystko. Mam prawo wiedzieć, co przysłano mnie dokończyć.”
Milczał tak długo, że myślałam już, iż nic nie powie. Potem zaczął mówić i ani razu na mnie nie spojrzał.
Jego ojciec, Gideon Marrow, był człowiekiem przekonanym, że wszystko w jego domu należy do niego, a dowodem własności jest klucz. Trzymał pod kluczem wino i książki, a synów, kiedy byli nieposłuszni, zamykał w ciemnej piwnicy. Żonę zaś przez jedenaście lat trzymał zamkniętą w jej pokojach we wschodnim skrzydle, ze względu na nerwy, jak tłumaczył parafii, bo dwa razy próbowała od niego odejść i dwa razy przywieziono ją z powrotem.
„Miałem dwadzieścia cztery lata”, powiedział Lucien. „Casimir dwadzieścia siedem. Byliśmy dorosłymi mężczyznami i pozwalaliśmy na to. Nad tym nie potrafię przejść do porządku dziennego. Tak dobrze nas wytresowano, że pozwalaliśmy, żeby to trwało. A potem, tamtej zimy, zdobyłem się wreszcie na odwagę. Kupiłem jej miejsce na statku z Harwich. Miałem ją zabrać w Długą Noc, kiedy cały dom będzie w kościele. Powiedziałem Casimirowi, bo był moim bratem i myślałem, że pojedzie z nami.”
„A on powiedział waszemu ojcu.”
„Powiedział naszemu ojcu. A ojciec poszedł do kościoła, tak jak było zaplanowane, dał Casimirowi klucz do jej drzwi i oznajmił, że jeśli z jakiegokolwiek powodu zostaną otwarte przed jego powrotem, wydziedziczy go i Casimir nie zobaczy ani pensa. Casimir już wtedy miał długi. Miał długi, zanim zaczęła mu rosnąć broda.” Kciuk Luciena przesunął się po czapli na monecie. „Nie wiem, od czego zaczął się pożar. Świeca. Przewrócona lampa. Może ona sama. Bardzo długo siedziała w tym pokoju. Byłem na grobli z bryczką, kiedy zobaczyłem łunę. Zanim wbiegłem po schodach, cały korytarz tonął w dymie, a Casimir stał pod jej drzwiami z kluczem zaciśniętym w pięści.”
Dotknął blizny na brwi.
„Poprosiłem go o klucz. Potem go błagałem. Potem próbowałem mu go wyrwać, a on uderzył mnie pięścią, w której go ściskał, zębami klucza na zewnątrz, i rozciął mi twarz do kości. Krew zalała mi oczy. Zbiegłem na dół po topór.” Wypuścił powietrze. „To bardzo grube drzwi. Ojciec kazał je takie zrobić. Zanim wydarłem Casimirowi klucz, ona już nie krzyczała.”
Pomyślałam o drzazgach na podłodze przed tamtymi drzwiami. O śladach topora. O dziurce od klucza zatkanej sadzą. Położyłam na tych drzwiach dłoń i nie wiedziałam, dlaczego serce tak mi wali.
„Ojciec umarł dwa lata później. Oddał majątek w powiernictwo: w dziesiątą Długą Noc po pożarze wszystko miało przejść na tego z synów, który wciąż będzie gospodarzem Blackmere. To był jego żart. Jego ostatni zamek. Casimir nie potrafił tu zostać. Ja nie potrafiłem odejść. Więc zostałem i co noc chodzę po tych korytarzach, nasłuchując jej, a Casimir od dziesięciu lat pije i gra, zadłużając się na poczet spadku, który dostanie tylko wtedy, gdy umrę, zanim w Długą Noc przebrzmią dzwony.” W końcu podniósł wzrok. „I to on cię nasłał. Tchórz z kluczem w pięści. Przykro mi. Zasługiwałaś na lepszego zleceniodawcę.”
Było to zdanie tak niedorzeczne, że się roześmiałam, a śmiech pękł w połowie i zamienił się w coś innego, i zasłoniłam usta dłonią.
„Mam na imię”, powiedziałam, kiedy byłam w stanie mówić, „Elin. Elin Sayer. Ojciec sprzedał mój dług Świecarni, kiedy miałam dziewiętnaście lat, żeby spłacić to, co przegrał w karty, a oni przez osiem lat co noc zamykali mnie w celi i mówili na mnie Vesper, i od tamtej pory nikt nie wypowiedział mojego prawdziwego imienia.” Odsunęłam dłoń od ust. „Nie wiem, czemu ci to mówię.”
„Owszem, wiesz”, powiedział Lucien.
Wstał. Obszedł biurko i zatrzymał się krok ode mnie, na tyle blisko, że czułam od niego sól i dym, i ani o cal bliżej.
„Elin”, powiedział, jakby sprawdzał, czy podłoga go utrzyma. A potem, ciszej: „Elin.”
Cięto mnie, parzono, chłostano skórzanym pasem na dziedzińcu Świecarni. Nic z tego nie przeszyło mnie tak jak moje własne imię w jego ustach.
„Zabierz mnie na górę”, powiedziałam.
Nie poruszył się. „Powiedz mi to jutro jeszcze raz.”
„Będę ci to powtarzać codziennie, jeśli chcesz. Mówię to teraz. Nie boję się ciebie, Lucien. Nie jestem tu dla kontraktu. Wiem, co mówię. Chcę, żebyś zabrał mnie na górę, i chcę, żebyś zabrał mnie do łóżka.” Zsunęłam się z biurka i sama pokonałam dzielący nas krok. „Czy to dość jasne dla mężczyzny, o którym całe życie tylko zgadywano?”
Odpowiedziała mi jego dłoń, która w końcu uniosła się do mojej twarzy; kciukiem obrysował linię mojej kości policzkowej, jakby od jedenastu dni wyobrażał sobie dokładnie jej kształt. „Tak”, powiedział. „Boże, tak. Jasne jak słońce.”
Jego pokój był na końcu korytarza, który przemierzał co noc: prosty, wysoki pokój z łóżkiem za dużym dla jednego mężczyzny i z kominkiem, w którym pani Tully ułożyła drwa, ale nikt ich nie rozpalił. Ukląkł, żeby rozpalić ogień, a ja stałam na środku pokoju, obejmując się ramionami, i patrzyłam, jak płomień zajmuje drwa i pnie się w górę, i patrzyłam na jego kark, i pierwszy raz w życiu nie mierzyłam odległości do niego.
Kiedy wstał, spojrzał na drzwi. Stały na wpół otwarte na ciemny korytarz, jak wszystkie drzwi w tym domu.
„Zamknąć je?” zapytał.
Pomyślałam o ryglach w Świecarni, zasuwanych jeden po drugim. Pomyślałam o grubych dębowych drzwiach na końcu spalonego skrzydła.
„Zostaw”, powiedziałam. „Chcę wiedzieć, że mogę wyjść.”
„Możesz.” Podszedł do mnie. „W każdej chwili. Z jakiegokolwiek powodu albo bez powodu. Wystarczy, że powiesz ‚przestań’, a przestanę, pójdę chodzić po korytarzu i nie zapytam dlaczego.”
„Wiem.” I wiedziałam. To było najstraszniejsze, to ściskało mnie za gardło. Wiedziałam to tak pewnie, jak znałam pływy.
Rozbierał mnie powoli, jakby każdy guzik był pytaniem, a ja odpowiadałam na każde, unosząc podbródek, obracając nadgarstek albo przywierając do niego mocniej. Płaszcz z ukrytym ostrzem. Sukienka, prosta szara wełna guwernantki. Koszula pod spodem, którą zdjął mi przez głowę, ledwie muskając knykciami żebra, i wtedy stałam w blasku ognia, nie mając na sobie nic prócz własnej skóry i siedmiu bladych plam na wierzchu dłoni, a on długo na mnie patrzył, nie dotykając mnie.
„Lucien.”
„Uczę się ciebie na pamięć”, powiedział ochryple. „Daj mi chwilę. Od dziesięciu lat mieszkam w domu pełnym duchów.”
Sama wyciągnęłam mu koszulę ze spodni. Chciałam tego. Pragnęłam czuć go pod rękami jak mało czego w życiu, więc położyłam dłonie płasko na jego brzuchu i poczułam, jak drgają mu mięśnie, poczułam bijący od niego żar i ciężkie łomotanie serca, kiedy przesunęłam dłonie w górę po jego piersi. Miał też inne blizny. Biały szew wzdłuż przedramienia, tam, gdzie spadła na niego płonąca belka. Lśniącą, cętkowaną plamę starego oparzenia na barku. Tę pocałowałam. Wydał z siebie dźwięk, jakbym go uderzyła.
Przeniósł mnie na łóżko, jakbym nic nie ważyła, i opadł na nie razem ze mną, a kiedy jego usta odnalazły moją szyję, wygięłam się im naprzeciw. Całował mnie coraz niżej z cierpliwością graniczącą z okrucieństwem: zagłębienie przy obojczyku, krągłość piersi, stwardniały sutek, który wciągał w usta tak długo, aż zacisnęłam palce w jego włosach i usłyszałam, jak wypowiadam jego imię głosem, którego nie poznawałam. Jego dłoń przesunęła się po moim brzuchu, niżej, i zatrzymała się.
„Tak?” zapytał tuż przy mojej skórze.
„Tak. Nie przestawaj pytać. Nie przestawaj.”
Dotykał mnie tak, jakby uczył się nowego języka. Najpierw powoli, całą płaszczyzną palców, potem opuszkami, zataczając kręgi, wsłuchując się w każde urwane westchnienie i podążając za nim. Znałam już rozkosz, tę krótką, samotną, ukradkiem wyrwaną w zamkniętej celi. Nigdy nie zaznałam rozkoszy, którą ktoś mi daje. Nigdy nie leżałam otwarta pod czyimiś rękami, pieszczona z namaszczeniem, jakby moje ciało było warte całego skupienia mężczyzny. Kiedy wsunął we mnie dwa palce, krzyknęłam, a on znieruchomiał, więc chwyciłam go za nadgarstek i przytrzymałam. „Jeszcze”, powiedziałam. „To znaczy ‚tak’. Wszystko, co dziś powiem, znaczy ‚tak’, chyba że powiem ci inaczej.”
„To mi mów”, wyszeptał i zgiął palce, a ja nie byłam już w stanie powiedzieć mu czegokolwiek.
Rozpadłam się na kawałki z piętą wbitą w materac i dłonią przyciśniętą do ust, bo osiem lat milczenia nie opuszcza ciała tak szybko, a on łagodnie ujął mój nadgarstek, odsunął go i pocałował wnętrze mojej dłoni. „Nikt nie słucha”, powiedział. „Nikt oprócz mnie. Chcę cię słyszeć.”
Więc za drugim razem mu pozwoliłam.
Kiedy wreszcie uniósł się nade mną, wsparty na przedramionach, z włosami opadającymi na oczy, czekał. Oczywiście, że czekał. Sięgnęłam między nas i poprowadziłam go do siebie, patrząc przy tym na jego twarz, a była to twarz człowieka, który wychodzi z płonącego domu prosto w deszcz.
Wchodził we mnie powoli, a to, jak mnie rozpierał i wypełniał, wyrwało z nas obojga długie, rwane westchnienie. Potem znieruchomiał, czołem przy moim czole, drżąc z wysiłku. Oplotłam go nogami i przyciągnęłam głębiej, do samego końca, aż nie zostało między nami nic: ani nóż, ani imię, ani kontrakt spisany galasowym atramentem.
Poruszaliśmy się razem jak morze napierające na groblę, powoli i nieubłaganie, a ogień rzucał na sufit nasz ogromny cień. Szeptał moje imię prosto w moje usta. Szeptał je w moje włosy. Kiedy przewróciłam go na plecy, bo musiałam znaleźć się nad nim, musiałam sama nadać tempo, pozwolił mi, położył dłonie na moich biodrach i patrzył na mnie, jakbym była pierwszym świtem, jaki zobaczył od dziesięciu lat. Kołysałam się na nim, aż narastające we mnie pragnienie zbiegło się w jeden jasny punkt i pękło, a on dołączył do mnie chwilę później, z moim imieniem wydartym z piersi, obejmując mnie kurczowo ramionami, trzymając się mnie tak, jakbym była jedynym stałym punktem, jaki pozostał na świecie.
Potem leżeliśmy splątani w skłębionej pościeli, wsłuchani w trzask ognia i szum deszczu. Drzwi wciąż były otwarte. Ciemny korytarz za nimi był po prostu korytarzem.
„Dziś w nocy nie chodziłeś”, powiedziałam dużo później.
Mocniej objął mnie ramieniem. „Nie”, powiedział, jakby sam się zdziwił. „Nie, nie chodziłem.”
Teodor znalazł mnie na cmentarzu przy kościele w Saltings trzy dni przed Długą Nocą, a ściślej: pozwoliłam mu się tam znaleźć, bo chciałam, żeby to spotkanie odbyło się w miejscu, gdzie będę miała mur za plecami.
Siedział na płaskim grobowcu wśród przekrzywionych nagrobków, obierał pomarańczę paznokciem kciuka i nie podniósł wzroku, kiedy weszłam przez zadaszoną bramę cmentarną. Nie zmienił się. On nigdy się nie zmieniał. Ten sam długi szary płaszcz, ta sama chuda szara twarz, palce blade i woskowe jak knoty od czterdziestu lat zanurzania ich w kadziach Świecarni. Nawet na wietrze ciągnęło od niego łojem.
„Vesper”, powiedział. „Przytyłaś. Do twarzy ci z tym. Widać dobrze cię tam karmią.”
„Czego chcesz?”
„A czego chce każdy? Zamkniętej księgi.” Przełamał pomarańczę na pół i podał mi połowę. Nie wzięłam. „Orla jest cierpliwa. Ja mniej. Trzy tygodnie w tym domu, a cel wciąż sobie chodzi, śpi jak suseł i kupuje ci wstążki we wsi. O tak. Furman gada.” Zjadł cząstkę. „Pachniesz nim, dziewczyno. Czułem to już od bramy.”
Nic nie powiedziałam. Za jego plecami, pod cisem, wśród starych nagrobków stał jeden, który wyglądał na nowy: ISOBEL MARROW, ŻONA AURELIANA. Ktoś oczyszczał go z mchu. Ktoś zostawił w słoiku zimowe wrzosy.
„Będzie tak”, powiedział Teodor uprzejmie. „W Długą Noc zleceniodawca przeprawi się z wieczornym przypływem, żeby dopełnić rozliczenia, jak pozwalają dawne warunki. Załatwisz sprawę, zanim w kościele przestaną dzwonić, i zrobisz to na jego oczach, bo zapłacił za ten przywilej. Potem wrócisz do domu, Orla wypali ci nazwisko, odzyskasz własne imię i nie będziemy już wspominać o wstążkach.” Wytarł palce chusteczką. „Albo tego nie zrobisz. Wtedy wejdę tam i sam wykonam robotę, a potem zajmę się tobą, bo ostrze, które się łamie, idzie do przetopienia. Taka jest zasada. Zawsze taka była.”
„W kontrakcie stoi Marrow z Blackmere”, powiedziałam. „Bez imienia. Dlaczego?”
Wzruszył ramionami. „Zleceniodawca sam to napisał. Poprosił o dawną formę. Powiedział, że Marrow nie lubi, kiedy jego imię pada w interesach.” Pierwszy raz spojrzał na mnie naprawdę; oczy miał koloru pomyj i zupełnie wolne od złośliwości, co zawsze było w nim najgorsze. „Nie kombinuj, Vesper. Pamiętasz, czego cię uczyłem. Litość to zamknięte drzwi. Zatrzaśnij je szybko, zanim zdąży uciec, a wyświadczysz mu łaskę.”
„On nie ucieka”, powiedziałam. „On je otwiera.”
Teodor się roześmiał, jakbym opowiedziała bardzo stary dowcip, i wrócił do pomarańczy.
Wracałam przez groblę, a za mną nadciągał przypływ, szybki i srebrny, i przez ostatnie sto kroków lizał mi obcasy. Lucien czekał na schodach. Zobaczył mnie z okna. Nie zapytał, gdzie byłam. Wziął tylko moje zimne dłonie w swoje i przycisnął je do piersi, pod koszulą, do nagiej skóry.
„Teodor”, powiedziałam. „Długa Noc. Zanim przestaną dzwonić. Casimir przeprawi się z wieczornym przypływem.”
„Tak.” To też wiedział. „Chodź do środka.”
Nie dotarliśmy na górę. Doszliśmy tylko do biblioteki, gdzie buzował ogień, i zamknęłam za nami drzwi. Były to pierwsze drzwi, jakie zamknęłam w tym domu od nocy mojego przyjazdu. Nie miały zamka. Nie potrzebowały go.
„Potrzebuję”, zaczęłam i urwałam, bo nie wiedziałam, jak to powiedzieć. Ręce znowu mi drżały, i to nie z zimna. Stałam na cmentarzu i usłyszałam, że jestem rzeczą, którą można przetopić, a każda cząstka mnie aż wyła, by dowieść, że tak nie jest.
„Mów”, poprosił Lucien.
„Muszę być tą, która decyduje. Dzisiaj. O wszystkim. Musisz mi na to pozwolić.”
Patrzył na mnie przez chwilę, a potem usiadł w fotelu uszaku, tym samym, w którym przyłożyłam mu nóż do gardła, oparł przedramiona na poręczach i odwrócił dłonie wnętrzem do góry. „To decyduj”, powiedział. „Jestem twój. Ty o mnie decydujesz. A jeśli zechcesz przestać, przestaniemy. Jeśli ja zechcę przestać, powiem ci. Zgoda?”
„Zgoda.”
Rozebrałam się przed nim, powoli, cała skąpana w blasku ognia, i patrzyłam, jak go to rozbija. Patrzyłam, jak porusza mu się grdyka i jak jego palce zaciskają się na skórzanym obiciu, i nie pozwoliłam mu się dotknąć. Uklękłam między jego kolanami, rozchyliłam mu koszulę i przywarłam do niego ustami, do piersi, do oparzonego barku, do płaskiej, twardej płaszczyzny brzucha, a kiedy rozpięłam mu spodnie i uwolniłam go, był już twardy i spragniony, i wypowiedział moje imię głosem jak rozdzierany jedwab.
„Ręce”, powiedziałam, kiedy jedna się uniosła.
„Przepraszam.” Położył ją z powrotem. Śmiał się i drżał jednocześnie. „Boże. Przepraszam.”
Wzięłam go w dłoń, a potem w usta, i uczyłam się go tak, jak on uczył się mnie, powoli, po każdym dźwięku, jaki wydawał. Słony smak jego skóry. Pulsowanie na moim języku. To, jak odrzucał głowę do tyłu, jak rwały mu się biodra, a on mimo to trzymał je nieruchomo, bo nie powiedziałam, że może się ruszyć, i ta powściągliwość, ofiarowana z własnej woli, była najbardziej intymną rzeczą, jaką kiedykolwiek dał mi mężczyzna. Kiedy wstałam, wspięłam się na fotel i usiadłam mu okrakiem na kolanach, oddychał jak ktoś, kto przebiegł całą groblę.
„Teraz możesz mnie dotknąć”, powiedziałam.
Jego dłonie uniosły się do moich bioder jak wysłuchana modlitwa. Opuszczałam się na niego z czołem przyciśniętym do jego czoła, powoli, cal po calu, i oboje znieruchomieliśmy, złączeni do końca, a całe jego ciało zadrżało pode mną.
„Patrz na mnie”, poleciłam i patrzył. Nadawałam rytm, najpierw wolno, potem coraz mniej wolno, stary fotel skrzypiał pod nami, ogień huczał, jego dłonie leżały rozłożone na moich plecach, a jego usta błądziły po mojej piersi, potem po szyi, a potem znów odnajdywały moje usta. Pozwolił mi wziąć wszystko. Pozwolił, żebym doprowadziła go na samą krawędź i trzymała go tam, podczas gdy sama szukałam swojej, ocierając się o niego coraz mocniej, aż rozkosz przeszła przeze mnie długimi, bezradnymi falami i krzyknęłam przy jego skroni, i dopiero wtedy, kiedy wyszeptałam teraz, tak, teraz, przestał się powstrzymywać i doszedł we mnie, z ramionami zaciśniętymi wokół mojej talii i z moim imieniem na ustach, jakby czekał dziesięć lat, żeby je wypowiedzieć.
Potem, wciąż złączeni, wciąż spleceni w tym sponiewieranym fotelu, sięgnął do kieszeni płaszcza przewieszonego przez oparcie i wcisnął mi coś w dłoń. Metal i papier. Kluczyki do samochodu. Gruby zwitek banknotów.
Zrobiło mi się zimno. „Nie rób tego.”
„Nie każę ci odchodzić.” Głos miał bardzo cichy. „Niczego nie decyduję. Upewniam się tylko, że jeśli zechcesz, będziesz mogła, i nikt nie powie, że nie miałaś wyjścia. To wszystko. Zawsze chodziło tylko o to.”
Zacisnęłam palce na kluczykach. „A ty?”
„Ja będę tutaj.” Odgarnął mi włosy z twarzy. „Ale nie będę czekał na śmierć. Chcę, żebyś to wiedziała. Zmieniłem w tej sprawie zdanie.” Kącik ust mu drgnął. „Okazuje się, że chciałbym zobaczyć wiosnę.”
W Długą Noc wzięłam samochód.
O zmierzchu wyjechałam nim przez otwartą bramę i przez groblę, po której kamieniach woda już przebierała palcami, i nie obejrzałam się na dom, bo on na pewno stał w oknie, a ja nie mogłam sobie pozwolić na widok jego twarzy. Zostawiłam samochód w Saltings, pod murem kościoła. Potem wróciłam po ciemku okrężną drogą wokół mokradeł, trasą, którą poznałam w drugim tygodniu, i weszłam do Blackmere tą samą drogą co wtedy, gdy pierwszy raz poszłam tam myszkować: przez czarne żebra wschodniego skrzydła, obok grubych dębowych drzwi, po zbutwiałych podłogach.
Kiedy dotarłam do biblioteki, za wodą zaczęły już bić dzwony. Drzwi stały otworem. Jakżeby inaczej.
Casimir Marrow stał przy kominku. Poznałabym go wszędzie: kości Luciena pod twarzą, która zmiękła i poczerwieniała od picia, wysoka sylwetka Luciena, tylko przygarbiona. Na szyi, na łańcuszku od zegarka, wisiał mu ciężki żelazny klucz o poczerniałych zębach. Teodor stał za fotelem uszakiem i trzymał ostrze płasko przy gardle Luciena, dokładnie tam, gdzie kiedyś przyłożyłam swoje.
„Odjechała”, mówił Casimir, zachwycony. „Dałeś jej samochód. Zawsze byłeś miękki, Lucie.”
„Nie odjechałam”, powiedziałam od progu.
Teodor nie odsunął noża. „Vesper. Grzeczna dziewczynka. Chodź zamknąć księgę. Zleceniodawca chce to zobaczyć.”
Weszłam do pokoju. Ostrze trzymałam w dłoni. Oczy Luciena odnalazły moje ponad ramieniem Teodora, szare, spokojne i zupełnie wolne od strachu, i zrozumiałam, że nie wie, w którą stronę się obrócę, i że postanowił nie zgadywać.
„Twój wybór”, powiedział cicho. „To zawsze był twój wybór.”
Przyłożyłam czubek noża pod jego szczękę, tam, gdzie mieszka puls. Poczułam, jak podskoczył. Teodor odsunął swoje ostrze, żeby zrobić mi miejsce, bo sam mnie wyszkolił i ufał swojemu szkoleniu.
Potem obróciłam się na pięcie, nóż poszedł razem ze mną i to Teodorowi rozcięłam gardło.
Tego też mnie nauczył. Szybko, zanim zdążą uciec. Kiedy osuwał się na podłogę, wyglądał niemal na dumnego.
Casimir zdążył już wyszarpnąć z płaszcza pistolet i strzelił do brata; Lucien rzucił się w bok, a kula przebiła ucho fotela i rozorała mu ramię. Rzuciłam nożem. Był to najlepszy rzut w moim życiu. Trafił Casimira pod mostek, a on usiadł ciężko na dywaniku przed kominkiem z wyrazem wielkiego zdumienia na twarzy, z kluczem kołyszącym się na łańcuszku.
Lucien ukląkł przy nim, z krwią spływającą po rękawie. Dłoń Casimira uniosła się i zacisnęła na kluczu, zębami na zewnątrz, tak jak musiała się zacisnąć dziesięć lat temu.
„Nie mogłem”, powiedział. „Zabrałby mi wszystko. Lucie, nie mogłem ich otworzyć.”
„Wiem”, odparł Lucien. „Wiem, że nie mogłeś.”
Dzwony w Saltings wybiły nad zalaną groblą ostatnie uderzenie Długiej Nocy, a Casimir Marrow z Blackmere umarł z pięścią zaciśniętą na kluczu.
Spojrzałam na wierzch swojej dłoni, na cienkie brązowe litery. Marrow nie lubi, kiedy jego imię pada w interesach, mówił Teodor. Zleceniodawca sam wypisał ten kontrakt.
Sędzia pokoju uznał to za włamanie. Dwóch uzbrojonych mężczyzn, przypływ, zdesperowany brat z długami w trzech hrabstwach; Lucien opowiedział wszystko bez ozdobników, krwawiąc sędziemu na rękawiczki, i nikt nie zapytał, co w tym domu robiła guwernantka.
List od Orli przyszedł w rachunku za knoty do lamp. Atrament wskazuje: Marrow z Blackmere. Napisane ręką samego zleceniodawcy. Marrow z Blackmere zginął z twojej ręki, zanim ucichły dzwony. Świecarnia trzyma się litery. Księga jest zamknięta, Elin Sayer. Nie wracaj. W list włożono też małą brązową buteleczkę, która pachniała cytryną i spalonymi włosami.
Sama posmarowałam litery, przy oknie saloniku porannego, kiedy wiosenny odpływ cofał morze. Lucien trzymał mnie za drugą rękę i nie odwrócił wzroku, kiedy żrący płyn wyżerał nazwisko. Osiem bladych plam. Ta była ostatnia.
Żelazny klucz wrzucił do morza z końca grobli. A w kwietniu przyjechał z Harwich ślusarz i założył jeden jedyny nowy zamek w całym Blackmere, w drzwiach niebieskiego pokoju, a Lucien położył jedyny klucz na mojej dłoni i zamknął na nim moje palce.
„Żebyś wiedziała, że możesz się przede mną zamknąć”, powiedział.
Tej nocy otworzyłam drzwi i zastałam go na korytarzu: nie chodził, tylko stał i czekał, aż go zaproszę.
„Wejdź”, powiedziałam.
Wszedł, a ja przekręciłam za nim klucz. Rygiel wskoczył na miejsce z cichym, ostatecznym szczęknięciem, pierwszy klucz przekręcony w tym domu od dziesięciu lat, a ja stałam plecami do drzwi, z kluczem ciepłym w pięści, i to nie była klatka, bo to ja trzymałam klucz.
Potem rozebrałam go przy oknie, za którym srebrzyły się w księżycu mokradła, a on mi pozwolił; potem on rozebrał mnie, pytając przy każdym guziku, i na każde pytanie odpowiedziałam. Nie spieszyliśmy się, jakbyśmy mieli przed sobą całą wieczność, bo teraz naprawdę ją mieliśmy. Kiedy poruszał się we mnie, trzymałam jego twarz w obu dłoniach i patrzyłam na niego, a on patrzył na mnie, i ani razu żadne z nas nie spojrzało w stronę ciemnego korytarza.
Litość to zamknięte drzwi, uczył mnie Teodor. W tym akurat miał rację. Mylił się tylko co do tego, po której ich stronie się stoi i kto trzyma klucz.
✦ Koniec rozdziału nr 08 ✦