Nowy Grzech
← Archiwum

Rozdział nr 06

Czego jezioro nie oddaje

Dziesięć lat po tym, jak Rowan Hale utonął w jeziorze Black Pine, w przeddzień tajemnego Dotrzymania wychodzi z wody. I pamięta wszystko, co Ellie wyszeptała mu na pomoście.

  • 34 min czytania
  • 326 915 odsłon
  • Druga szansa
  • Sekrety małego miasteczka
  • Nawiedzenie
  • Obsesyjny bohater
Ostrzeżenia

Śmierć · Utonięcie · Żałoba · Przemoc · Rytualne zabójstwo · Groźby wobec członka rodziny · Treści seksualne

Każdego lata miasteczko przeczesuje jezioro w poszukiwaniu jego ciała i każdego lata jezioro mówi: nie.

Robią to w trzecim tygodniu sierpnia, kiedy woda jest najcieplejsza, a czarne sosny na północnym brzegu stoją tak nieruchomo, jakby ktoś namalował je na niebie. Cztery łodzie, kotwiczki na żółtej nylonowej linie, na czele szeryf Dale Pruitt z termosem kawy i kapeluszem nasuniętym nisko na oczy. Panie z kościoła metodystów rozstawiają przy publicznej przystani składany stolik z lemoniadą i księgą pamiątkową. Ludzie się wpisują. Piszą Wciąż się modlimyNigdy nie zapomnimy, a pewnego roku ktoś okrągłym dziecięcym pismem napisał: Mam nadzieję, że ryby są dla niego miłe.

Przestałam tam chodzić już następnego lata. Przestałam chodzić nad jezioro, do kościoła, do baru przy Mill Street, gdzie pod blatem trzeciego boksu wciąż widnieje wycięte jego imię: R.H. + E. Mieliśmy po dwadzieścia jeden lat. Nóż był jego. E było moje i nigdy go nie dokończyłam, bo Rowan zabrał nóż, żeby zestrugać drzazgę na pomoście, i powiedział, że resztę imienia wytnę później.

Później to słowo, które jezioro lubi. Zatrzymuje je razem z całą resztą.

Mam teraz trzydzieści jeden lat. Cztery poranki i dwa wieczory w tygodniu prowadzę bibliotekę publiczną w Black Pine, urządzoną w starej sali Grange’u, dawnego zrzeszenia farmerów, i mieszkam w domu po babci przy Tamarack Road, który stoi dokładnie tak daleko od wody, że z żadnego okna jej nie widać, i dokładnie tak blisko, że w bezwietrzne noce słyszę, jak oddycha, obmywając kamienie. Mam kotkę, która mnie toleruje, siostrę, która wreszcie się wyprowadza, i zwyczaj sprawdzania przed snem trzy razy, czy zamknęłam drzwi z moskitierą.

Więc kiedy o drugiej w nocy te drzwi trzasnęły, a po kuchni rozległy się mokre kroki, nie pomyślałam: włamywacz. Nie sięgnęłam po telefon ani po kij bejsbolowy, który siostra kazała mi trzymać pod łóżkiem.

Pomyślałam ze straszliwym, narastającym spokojem: Nareszcie.

W korytarzu było ciemno. W kuchni paliło się światło, choć je zgasiłam, i miało niewłaściwy kolor, blady, zielonkawy odcień bursztynu, jak lampa widziana z dna studni. W domu unosił się zapach, którego nie czułam od dziesięciu lat i którego ani na chwilę nie przestałam czuć: zimny kamień, sosnowa żywica, żelazista słodycz dna jeziora pod koniec lata, tam gdzie wodorosty rosną długie, a światło się poddaje.

Rowan Hale stał na moim linoleum, ociekając wodą, dokładnie tak młody jak tamtej nocy, gdy zniknął.

Dwadzieścia jeden lat. Niebieska flanelowa koszula z rozdartym mankietem, przyklejona do ramion. Dżinsy czarne od wody. Bose stopy. Wodorosty we włosach, długi ciemny sznur zaczepiony za uchem, jakby ktoś wplótł go tam na szczęście. Bił od niego falami jeziorny chłód, tak że powietrze między nami zachodziło mgiełką, kiedy oddychał, o ile w ogóle oddychał. Oczy miał szare jak woda pod lodem i wodził nimi po mnie powoli, tak jak snopy reflektorów suną po jeziorze w noce przeczesywania dna, wypatrując czegoś, co zatonęło.

„Ellie”, powiedział. „Zrobiłaś się stara.”

„A ty zrobiłeś się martwy.”

„W większości.” Uśmiechnął się jednym kącikiem ust, jak zawsze. Kropla wody spłynęła mu od linii włosów po ostrej krawędzi kości policzkowej, prosto w kącik tego uśmiechu. „Jezioro zatrzymuje różne rzeczy. Zatrzymało mnie. Zatrzymało też to, co wyszeptałaś mi tamtej nocy na pomoście. Tuż zanim poszedłem pod wodę.”

Dłońmi odnalazłam za plecami krawędź blatu. Laminat był jedyną ciepłą rzeczą w całej kuchni. „Powiedziałam, że przepraszam.”

„Powiedziałaś, że zaczekasz.” Podszedł bliżej, a światło zamrugało, przygasło, nabrało barwy głębokiej wody. Każdy jego krok zostawiał na podłodze ślad, który nie wysychał. „Dziesięć lat, Ellie. Wiesz, jak tam jest, na dole? Cicho. Tak cicho, że słychać wszystko, co dotyka powierzchni. Każde wiosło. Każdy kamień, którym dzieciaki puszczają kaczki z przystani. Każdą ciężarówkę na drodze nad jeziorem, z opuszczonymi szybami i grającym radiem.” Zatrzymał się na wyciągnięcie ręki ode mnie. Czułam już jego chłód na twarzy, na szyi, na wewnętrznej stronie nadgarstków. „Słyszałem każdego faceta, któremu pozwoliłaś się odprowadzić do domu.”

„Było ich dwóch”, powiedziałam. Głos miałam spokojny i to przeraziło mnie bardziej niż on sam. „Dwóch mężczyzn przez dziesięć lat. Żadnego nie wpuściłam dalej niż na ganek.”

„Cal Pruitt odprowadzał cię do domu przez sześć tygodni tamtej zimy, kiedy miałaś dwadzieścia sześć lat. Pocałował cię przy skrzynce na listy. Ma ciężki krok. Czułem go przez lód.”

Gorąco wpełzło mi na szyję. „A czułeś też, jak go odprawiam?”

Coś wtedy drgnęło w jego twarzy: pęknięcie w lodzie, a pod nim ciemna woda. Nie odpowiedział. Zamiast tego spojrzał na moje usta, potem na puls tętniący mi w szyi, a potem w bok, na okno nad zlewem, w którym nie było nic poza czarnym kształtem sosen i moim własnym odbiciem: trzydziestojednoletnią kobietą w starej męskiej koszulce, z rozplatającym się warkoczem.

To była jego koszulka. Uświadomiłam to sobie w tej samej chwili co on. Sprana zieleń, na piersi popękany napis Hale & Sons Marine. Jego matka wcisnęła mi ją w ręce na nabożeństwie żałobnym, na którym nie było trumny, i powiedziała: chciałby, żebyś miała coś po nim, a ja spałam w niej przez dziesięć lat, aż kołnierzyk zrobił się miękki jak skóra.

Wydał z siebie niski dźwięk, jak lina naprężająca się na knadze.

„Po co tu przyszedłeś, Rowan?”

„Wołałaś.” Przechylił głowę, a z jego włosów wysączyła się strużka wody i spłynęła mu po szyi, i powinnam była krzyczeć. Nie krzyczałam. „Co noc. Nie na głos. Nie trzeba mówić na głos, woda i tak to niesie. Kładziesz się i myślisz wróć tak mocno, że to przechodzi przez deski podłogi i przez ziemię, i przez korzenie tych wszystkich sosen, i trafia do mnie. Dziesięć lat, Ellie. Wytarłaś w tym jeziorze dziurę.”

„To tak nie działa.”

„Nie wiesz, jak to działa.” Znów ten półuśmiech, wcale nie życzliwy. „Nikt tu na górze nie wie, jak to działa. Wiedzą tylko, ile to kosztuje.”

Powinnam była zapytać, co ma na myśli. Zapytałam, ale dopiero później. Tamtej pierwszej nocy mogłam tylko na niego patrzeć: na kanciastą linię szczęki, której nie dano czasu złagodnieć, na białą bliznę w lewej brwi, tam gdzie w dzieciństwie rozciął ją haczyk wędkarski, na jego ręce. Boże, jego ręce. Szerokie, z knykciami pokiereszowanymi przy silnikach zaburtowych, z lekko sinymi paznokciami. Zwisały mu wzdłuż boków, jakby ktoś zabronił mu ich używać.

„Mogę zostać?” zapytał. Cicho. Niemal dawnym głosem, tym, którego używał nocą na pomoście, kiedy nie chciał obudzić wody. „Możesz odmówić. Drzwi masz tuż obok. Powiedz, że nie, a zejdę z powrotem Tamarack Road i wejdę do jeziora, a ty będziesz żyła dalej tak jak dotąd.”

Tak jak dotąd. Sprawdzając zamek trzy razy. Śpiąc w koszulce umarłego. Budząc się przez dziesięć lat o drugiej w nocy, bo to o drugiej w nocy chłopcy Pruittów zgłosili przez radio, że znaleźli jego pustą łódkę dryfującą za Heron Point.

„Zostań”, powiedziałam.

Nie dotknął mnie. Usiadł na podłodze, plecami do lodówki, a jeziorna woda zbierała się wokół niego i pełzła wzdłuż fug, jakby się dokądś spieszyła, a on patrzył na mnie tak, jak pies patrzy na drzwi. Po długiej chwili ja też usiadłam na podłodze, naprzeciwko niego, z kolanami podciągniętymi pod zieloną koszulkę. Bose stopy miałam w zimnej wodzie. Nie cofnęłam ich.

„Opowiedz mi, co się stało”, powiedziałam. „Potem.”

„Ty pierwsza”, odparł Rowan. „Opowiedz mi, co zrobiłaś przedtem.”

Siedzieliśmy tak, aż okno poszarzało. Żadne z nas nie odezwało się już ani słowem. Kiedy w sosnach odezwał się pierwszy drozd, Rowan wstał, światło nad zlewem odzyskało swoją zwyczajną żółć i już go nie było. Jedynym dowodem została woda na podłodze i pojedyncze pasmo wodorostów na kuchennym stole, ułożone w staranny łuk, jak litera E.


Za dnia Black Pine wygląda jak z pocztówki. Na tym polega cała sztuczka.

Mill Street schodzi w dół, ku wodzie, między ceglanymi fasadami sklepów z pasiastymi markizami: sklep żelazny, bar, agencja nieruchomości Pruitt Realty z witryną pełną ofert domów nad jeziorem, na które nikogo stąd nie stać. Kosze petunii na każdej latarni. Nad ulicą transparent Kolacji Założycieli, wiszący tam co sierpień od dziewięćdziesięciu lat: Black Pine pamięta, Black Pine trwa, niebieskimi literami, które każdego lata bledną o jeden odcień i jakoś nigdy nie doczekują się wymiany.

Siostra znalazła mnie o dziewiątej w sali Grange’u, z mopem w ręku.

„Myjesz podłogę”, powiedziała Junie od progu. „Ty nigdy nie myjesz podłóg. Płacisz za to młodemu Colleyowi.”

„Coś mi przeciekło.”

„W bibliotece?”

„W domu. I jakoś mnie naszło.” Wyżęłam mop i nie spojrzałam na wiadro, które przytaszczyłam z domu, pełne wody zebranej z mojej własnej kuchennej podłogi, i które pachniało lekko sosną i zimnym kamieniem. „Czemu się nie pakujesz?”

Junie ma dwadzieścia lat. Tamtego lata, kiedy Rowan utonął, miała dziesięć: chudy, opalony dzieciak, który od czerwca do września praktycznie mieszkał na końcu publicznej przystani, skakał na bombę, nurkował po drobniaki i wracał do domu z sinymi ustami i zielonymi włosami. Od tamtej pory nie weszła do jeziora. Nikt jej tego nie zabronił; po prostu przestała, tak jak dzieci przestają coś robić, kiedy dorośli wokół nich milkną w pewien szczególny sposób. W niedzielę przeprowadza się do Portland, gdzie zamieszka z dwiema koleżankami z college’u, a ja pomogłam jej wybrać to mieszkanie, podpisałam się jako żyrantka pod umową najmu i odliczałam dni do niedzieli tak, jak odlicza się kroki do samochodu na ciemnym parkingu.

„Pakuję się. Przyszłam ci to dać.” Podała mi kremową kopertę z pieczęcią z laku, najprawdziwszą w świecie lakową pieczęcią z odciśniętą sosną. „Szeryf Pruitt zostawił to u mamy. Dla ciebie. Mówił, że brakowało cię na Kolacji.” Jej usta wykrzywiły się w jakimś skomplikowanym grymasie. „Zapytał też, czy dobrze sypiasz. Powiedział, że zeszłej nocy jeden z jego zastępców przejeżdżał koło twojego domu i o drugiej w kuchni paliło się światło, i wyglądało jakoś dziwnie. Na zielono.”

„To stara żarówka.”

„Ellie.”

„To stara żarówka, Junebug.”

Patrzyła na mnie długo oczami naszej matki, a potem odpuściła, bo ma dwadzieścia lat i wyjeżdża, a jakaś jej część przez całe życie czekała na pozwolenie, żeby odpuszczać. Pocałowałam ją w czoło. Pachniała kremem z filtrem i kartonowymi pudłami. Kiedy wyszła, otworzyłam kopertę. Założyciele Black Pine mają zaszczyt zaprosić Pannę Eleanor Marsh. Piątek. Dom Pruittów na Heron Point. Pod drukiem, ciężkim, pochyłym pismem: Minęło dziesięć lat. D.P.

Schowałam zaproszenie w archiwum, w szarym pudle na dokumenty, w którym trzymam inne rzeczy, o których nie powinnam wiedzieć.

Budynek Grange’u postawiono w 1911 roku, a kiedy hrabstwo urządziło w nim bibliotekę, zgarnięto każdy luźny papier, jaki się tu walał, i zrzucono wszystko na zaplecze, żeby ktoś to kiedyś posegregował. Segreguję od ośmiu lat. Protokoły zebrań Grange’u. Jadłospisy dożynkowych kolacji. Wstążki z konkursów na najlepsze ciasto. A pod tym wszystkim, na dnie blaszanego kufra z wyłamanym skoblem, leżała księga oprawiona w zielone płótno, bez tytułu na grzbiecie, a w niej lista, wypisana starannym kaligraficznym pismem, za którym co kilkadziesiąt lat kryje się inna ręka.

Sierpień 1936. W. Tolliver. Oddany.

Sierpień 1946. Anna Brisk. Oddana.

I tak dalej. Co dziesięć lat, zawsze w sierpniu. Nazwisko i jedno słowo. Parobek, który zadawał się z działaczem związkowym. Wdowa, która nie chciała sprzedać nadbrzeżnych gruntów. W 1986 roku chłopak Tolliverów, który miał niewyparzoną gębę i zwyczaj fotografowania ciężarówek Pruittów wywożących drewno. Szczęście miasteczka zapisano na marginesach, innym atramentem: Kontrakt dla tartaku odnowiony. Brak wiosennej powodzi. Łącznik z autostradą zatwierdzony. W tej dekadzie woda nie zabrała żadnego dziecka.

Sierpień 2016. R. Hale. Oddany.

A pod spodem, tym samym ciężkim, pochyłym pismem co na moim zaproszeniu: Przystań Hale & Sons przejdzie do wiosny w ręce Pruitt Development. Dziewczyna odegrała swoją rolę.

Czytałam tę linijkę pewnie z tysiąc razy. Nigdy nie wyrwałam tej strony. Wmawiałam sobie, że to dowód. To nie był dowód. To była włosiennica, którą co rano wkładałam na zapleczu biblioteki i nosiłam aż do zamknięcia.


Przyszedł i drugiej nocy, i trzeciej.

Po pierwszym razie nie korzystał już z drzwi. Budziłam się o drugiej, a pokój był zielony i wyziębiony, szyba pokryta od środka kroplami, a on już tam był: siedział w nogach mojego łóżka, a pod nim, na deskach podłogi, zbierała się jeziorna woda. Nie spał. Mówił, że topielcy nie sypiają; tylko osiadają, tak jak osiada muł. Siedział z przedramionami opartymi o kolana i pochyloną mokrą głową i opowiadał mi, co pamiętają topielcy.

„Głównie światło”, mówił. „Ostatni jego skrawek. Idziesz na dno, patrzysz w górę, a powierzchnia jest jak arkusz klepanej blachy, potem jak moneta, a potem już tylko punkcik, maleńki jak ukłucie szpilki, i ten punkcik pamiętasz na zawsze. Anna Brisk mówi, że wciąż widzi swój, kiedy zamyka oczy. Miała dziewiętnaście lat. Jest bardzo uprzejma. Wypytuje o panie z kościoła.”

„Rozmawiasz z nimi.”

„Nie ma tam za wiele innych zajęć.” Odwrócił głowę, tak że w zielonym świetle widziałam jego profil. „Walt Tolliver się nie odzywa. Uczepił się pala pod północnym pomostem i liczy łodzie. A ten mały Tolliver z lat osiemdziesiątych gada bez przerwy o swoim aparacie. Wszyscy tam są, Ellie. Cała księga. Głodni, ale uprzejmi.”

Zamarłam pod kołdrą. Nigdy nie mówiłam mu o księdze. Nigdy nikomu o niej nie mówiłam.

„Woda niesie różne rzeczy”, powiedział łagodnie Rowan i znów odwrócił wzrok.

Nie dotykał mnie. Co noc leżałam na boku z dłonią pod policzkiem i patrzyłam na długą linię jego pleców w zniszczonej niebieskiej koszuli, na guzki kręgosłupa, na ciemne włosy skręcające się mokro na karku, i myślałam o tym, kiedy ostatni raz go dotykałam, i płonęłam. Nie wiedziałam, że ciało może pomieścić naraz tyle żaru i tyle chłodu. Leżałam z mocno zaciśniętymi udami, z sercem trzepoczącym jak ptak w potrzasku, a on mówił, nie odwracając się: „Śpij, Ellie”, głosem, w którym nie było ani krzty senności, i wiedziałam, że on to słyszy. Woda niesie różne rzeczy.

I każdego ranka wilgoć podchodziła odrobinę wyżej po prześcieradle.

Pierwszego ranka była to zimna owalna plama w nogach materaca, tam gdzie siedział. Drugiego dopełzła do moich kostek. Trzeciego ranka obudziłam się z mokrym brzegiem zielonej koszulki przyklejonym do tyłu ud, z prześcieradłem oblepiającym mi biodra jak rzeczne zielsko i z zapachem zimnego kamienia we włosach, i leżałam tak, z pulsem tętniącym w gardle, i zrozumiałam, że to nie on. To szło przez niego. Coś wyciągało się ku mnie, noc po nocy, coraz wyżej po moim łóżku.

„Powiedz mi”, poprosiłam tej trzeciej nocy, kiedy przyszedł. „Czego chce jezioro?”

Milczał tak długo, że byłam pewna, że nie odpowie. W końcu powiedział: „Nie idź na Kolację.”

„To nie jest odpowiedź.”

„To jedyna, jaką mam, po której nie uciekniesz.” Wstał, a woda spłynęła z niego i zasyczała na deskach jak krople na rozgrzanej płycie, i podszedł do okna, plecami do mnie. „Jedź z siostrą do Portland. Zamknij drzwi na klucz. Przestań nocami powtarzać w myślach moje imię.”

„Próbowałam przez dziesięć lat.”

„To się bardziej postaraj”, powiedział i zniknął, zanim zdążyłam rzucić w niego poduszką.


W czwartek poszłam do baru.

Nie wiem, czego chciałam. Pewnie sprawdzić, czy napis wciąż tam jest, tak jak naciska się siniak, żeby sprawdzić, czy jeszcze boli. Loon Café się nie zmieniło: czerwone winylowe boksy, zaparowana w upale gablota z ciastami, wentylator pod sufitem, który stuka przy co czwartym obrocie. Marlene za ladą zamarła z dzbankiem kawy w powietrzu i powiedziała: „No proszę, Ellie Marsh”, jakby odczytywała to z nagrobka.

Trzeci boks był pusty. Wsunęłam się na ławkę, sięgnęłam palcami pod krawędź blatu i znalazłam napis dotykiem, zanim jeszcze się nachyliłam, żeby spojrzeć. R.H. + E. Rowki były płytsze, niż pamiętałam, wygładzone przez dziesięć lat kolan i ścierek. Rowan wyciął swoją połowę szybko i głęboko, z językiem w kąciku ust, a późnoczerwcowe światło padało przez okno na jego przedramiona. Tamtej wiosny oboje skończyliśmy dwadzieścia jeden lat, w odstępie trzech tygodni, i tego wieczoru postawił nam po piwie w barze Lantern, unosząc dowód osobisty jak trofeum, a potem przyszliśmy tutaj na ciasto, bo żadnego z nas nie było stać na drugą kolejkę. Podał mi nóż. Wycięłam jedną staranną pionową kreskę E, potem trzy krótkie, a on pochylił się nad stołem i pocałował mnie, a usta miał słodkie od wiśni, i powiedział: później, Marsh, resztę zrobisz później, chcę patrzeć, jak robisz to powoli.

„Wciąż tu jest”, powiedział Dale Pruitt i usiadł naprzeciwko mnie.

Ma sześćdziesiąt cztery lata i jest zbudowany jak żeliwny piecyk: kwadratowy, ciężki, przy którym przyjemnie się stoi, dopóki się go nie dotknie. Zdjął kapelusz i położył go na stole między nami, denkiem w dół, tak jak według mojej babci kładą kapelusz tylko mężczyźni, którzy nigdy nie zaznali biedy.

„Eleanor”, powiedział. „Wyglądasz na zmęczoną.”

„Nie przyjdę na Kolację, szeryfie.”

„Nie. Tak też myślałem.” Nie patrząc na Marlene, odprawił ją gestem razem z dzbankiem. „Powiem szczerze, zaproszenie wysłałem z grzeczności. Tradycja. Kolacja jest dla rodzin, na których to miasteczko się trzyma. Samo Dotrzymanie odbędzie się w sobotę o północy, jak zawsze: nów, północny pomost.” Mówił o Dotrzymaniu tak, jak inni mówią o Rotary Clubie. „Zastępca Ames widział we wtorek w nocy mężczyznę na twoim ganku. Bosego. Przemoczonego do suchej nitki. Wszedł przez twoje drzwi z moskitierą, jakby był u siebie.”

Wciąż trzymałam dłoń pod stołem, na napisie. Wcisnęłam opuszek palca w rowek litery R, aż zabolało.

„Zdarza się czasem”, ciągnął Dale tonem towarzyskiej pogawędki. „Nieczęsto. Mój dziadek pisał o tym w czterdziestym szóstym. Tuż przed Anną Brisk jezioro oddało na tydzień tego Tollivera. Ludzie myśleli, że to nawiedzenie. To nie żadne nawiedzenie. To jezioro wysyła chłopca na posyłki.” Pochylił się ku mnie. Pachniał wodą po goleniu i olejem do broni. „Kiedy jezioro kogoś oddaje, Eleanor, to znaczy, że już wybrało. Wysyła topielca na górę, żeby zabrał tego, kto go trzyma. Oszczędza to wszystkim mnóstwa przykrości.”

„To niech mnie zabierze.”

„Och, bardzo bym chciał. Tyle że masz takie spojrzenie. Spojrzenie twojej matki. Jakbyś mogła zrobić coś głupiego, na przykład wsiąść do samochodu.” Obrócił kapelusz na blacie o ćwierć obrotu. „Autobus twojej siostry odjeżdża w niedzielę o ósmej. Chciałbym, żeby w nim siedziała. Chciałbym, żeby miała w Portland dobre życie. Świetnie pływała, ta mała June. Pamiętasz? Całymi dniami skakała z końca przystani.” Uśmiechnął się. „Jezioro pamięta. Ma słabość do dobrych pływaków.”

Za jego plecami, przy ladzie, siedział Cal Pruitt nad kawałkiem ciasta, którego nie jadł. Mundur zastępcy szeryfa miał ciemny od potu pod pachami. Napotkał mój wzrok w lustrze za gablotą, a potem spuścił oczy.

„Raz już dobrze przysłużyłaś się temu miasteczku”, powiedział Dale i włożył kapelusz. „Zrób to jeszcze raz, a nikt nigdy nie będzie musiał się dowiedzieć, jaka z ciebie dziewczyna.”


Tej nocy Rowan przyszedł o zmierzchu, czego nigdy wcześniej nie robił.

Siedziałam na kuchennej podłodze ze szklanką żytniej whiskey po babci, przy zgaszonych światłach. Drzwi z moskitierą nie trzasnęły. Po prostu się otworzyły, a razem z nim wszedł wieczór: świerszcze, długie fioletowe światło i zapach jeziora. Stanął w progu, z resztką słońca za plecami, a woda kapała z niego na stopień.

„Byłaś w barze”, powiedział.

„Przyszedłeś mnie zabrać.” Nie wstałam. „O to w tym wszystkim chodzi. Jesteś chłopcem na posyłki. Jezioro cię przysłało, żebyś w sobotę sprowadził mnie nad wodę.”

Nie zaprzeczył. To było w tym najgorsze i zarazem najlepsze. Wszedł i przykucnął przede mną, a jego chłód omył moje gołe nogi; wyjął mi szklankę z ręki i postawił ją na podłodze.

„Tak”, powiedział. „Po to mnie przysłało.”

„Zamierzałeś to zrobić?”

„Pierwszej nocy?” Jego szare oczy nie puszczały moich. Nie uśmiechał się już, nawet połową ust. „Szedłem Tamarack Road i chciałem zanieść cię na rękach do jeziora, Ellie. Myślałem o tym przez dziesięć lat. Żeby mieć cię tam, gdzie jest cicho. Gdzie nikt nie będzie cię całował przy skrzynce na listy. Gdzie już nigdy nie będziesz starsza niż teraz i nigdy nie przestaniesz być moja.” Głos mu schrypł. „Stałem w twojej kuchni i pragnąłem tego tak bardzo, że czułem ten smak na języku. Jeziorna woda i ty.”

„Dlaczego tego nie zrobiłeś?”

„Powiedziałaś zostań.” Uniósł rękę i zatrzymał ją centymetr od mojej twarzy; drżała. „Nie bałaś się. Siedziałaś tam w mojej koszulce, ze stopami w wodzie, i patrzyłaś na mnie jak na pierwszą ciepłą rzecz, jaką widziałaś od lat. I pomyślałem: jeśli ją tam zabiorę, już nigdy na nic tak nie spojrzy.”

Pokonałam ten ostatni centymetr i wtuliłam policzek w jego dłoń.

Był taki zimny. Chłód wniknął w mój policzek jak oparzenie i usłyszałam, jak Rowan wciąga powietrze, prawdziwym, urywanym haustem, jakby mój dotyk obluzował mu coś w piersi. Jego kciuk przesunął się wzdłuż mojej kości policzkowej. Powoli. Ucząc się jej na nowo. Lata zostawiły w kącikach moich oczu drobne zmarszczki, a on dotknął i ich, najpierw przy jednym oku, potem przy drugim, jak ktoś, kto czyta list, o którym mu powiedziano, że zaginął.

„Jeśli mnie dotkniesz”, powiedział bardzo cicho, „będę chciał więcej, niż powinienem. Nie wiem, czym jestem, Ellie. Nie wiem, co ci to odbierze.”

„To niech odbierze, co ma odebrać.” Położyłam dłoń płasko na jego piersi, na przemoczonej flaneli, i nic pod nią nie poczułam. Ani jednego uderzenia serca. „Pragnę cię. Nie na podłodze. Nie w nogach łóżka. W łóżku. Teraz.”

„Powiedz to wprost. Muszę to usłyszeć wprost.”

„Chcę cię w sobie, Rowan Hale.”

„A jeśli zechcesz przestać…”

„Powiem ci, a ty przestaniesz.”

„Przestanę”, powiedział, jakby składał przysięgę, a potem jego usta znalazły się na moich.

Zimno. To poczułam najpierw. Zimno i jeziorna słodycz, wargi chłodne jak brzeg szklanki, a ja i tak rozchyliłam przed nim usta i chłód wlał się we mnie, a kiedy go całowałam, kiedy wsuwałam mu język do ust i przygryzałam jego dolną wargę tak jak kiedyś, powoli zaczął przechodzić w ciepło. Wydał przy moich ustach dźwięk, którego nie słyszałam od dziesięciu lat i który przez te wszystkie noce słyszałam w snach. Wsunął pode mnie ramiona i uniósł mnie z kuchennej podłogi, jakbym nic nie ważyła, a ja oplotłam go nogami w pasie i poczułam, jak mokry dżins przesiąka przez cienką bawełnę między moimi udami, i aż zachłysnęłam się z wrażenia.

W sypialni położył mnie na prześcieradłach, które od trzech nocy niszczył, i stanął nade mną, oddychając ciężko, o ile w ogóle oddychał.

„Zdejmij ją”, powiedział. „Moją koszulkę. Chcę cię zobaczyć bez niczego.”

Ściągnęłam ją przez głowę. Przez otwarte okno wpadło wieczorne powietrze i moje sutki stwardniały, od chłodu i od tego, jak na mnie patrzył: jak mężczyzna, który głodował pod taflą lodu i właśnie zobaczył, jak powierzchnia pęka. Zsunął z ramion niebieską flanelę i koszula spadła na podłogę z mokrym plaśnięciem. Jego ciało było takie samo. Długie, smukłe mięśnie od wyciągania łodzi, cienka linia ciemnych włosów biegnąca w dół brzucha, blada blizna na biodrze po śrubie napędowej. Takie samo, a jednak nie: jego skóra miała delikatny połysk, jak wnętrze muszli omułka, a tam, gdzie padało na nią zmierzchowe światło, zdawało się wnikać odrobinę w głąb.

Uklęknął na łóżku między moimi kolanami i przyłożył usta do wewnętrznej strony mojej kostki.

Nie spieszył się. Boże, jak on się nie spieszył. Całował wewnętrzną stronę mojej łydki, potem zgięcie pod kolanem, a każde miejsce, którego dotknęły jego usta, najpierw lodowaciało, a potem oblewało się żarem, jakby wyciągał ciepło na powierzchnię mojej skóry, żeby je pić. Kiedy dotarł do uda, cała drżałam. Przycisnął tam policzek, z zamkniętymi oczami, i wypowiedział moje imię prosto w moją skórę, a ja poczułam jego oddech, i ten oddech był ciepły.

„Ogrzewasz mnie”, powiedział zdumiony. „Ellie. Czuję to.”

„To nie przestawaj.”

Jego usta spoczęły między moimi udami i przestałam myśleć o czymkolwiek.

Pamiętał. Dziesięć lat pod czarną wodą, a on pamiętał dokładnie, co lubię: powolne, płaskie pociągnięcia języka, a potem szybkie muśnięcia, cierpliwość, to, jak wbijałam pięty w materac, kiedy byłam blisko. Jego chłodny język na moim rozpalonym, wilgotnym środku był doznaniem tak ostrym, że niemal bolało, a potem nie było już zimno, a ja zaciskałam obie pięści w jego mokrych włosach, wyginałam się w łuk nad prześcieradłem i szeptałam tak, tam, Rowan, proszę, a on przytrzymywał moje biodra tymi poznaczonymi bliznami dłońmi i dawał mi dokładnie to, o co prosiłam, aż rozpadłam się pod jego ustami z krzykiem, który poderwał drozdy z sosen.

Kiedy znów zaczęłam widzieć, był nade mną, wsparty na przedramionach, z falującą piersią. A pod moją dłonią, którą wciąż trzymałam płasko na jego ciele, coś się poruszyło.

Bicie serca. Powolne. Ciężkie. Jak pięść pukająca do drzwi gdzieś bardzo, bardzo daleko.

„Rowan”, szepnęłam.

„Wiem.” Oczy miał wilgotne, a może to woda kapała mu z włosów; nie umiałam tego rozstrzygnąć. „Ellie. Czy to nadal jest tak?”

Sięgnęłam w dół, między nas, rozpięłam jego przemoczone dżinsy i objęłam go dłonią, twardego, chłodnego i ciężkiego, poprowadziłam do siebie i spojrzałam mu w oczy.

„Tak”, powiedziałam. „Nadal tak. Od dziesięciu lat to jest tak.”

Wsuwał się we mnie powoli. Pierwszy centymetr był tak zimny, że aż zachłysnęłam się powietrzem i wczepiłam w jego ramiona, a on natychmiast znieruchomiał; pokręciłam głową, nie przestawaj, i uniosłam biodra, żeby przyjąć go głębiej. Moje ciało zamknęło się wokół niego i poczułam, jak ciepło przepływa ze mnie w niego, a potem wraca. Zanurzył się we mnie cały i przycisnął czoło do mojego, i trwaliśmy tak, złączeni i drżący, a jego serce odnajdywało rytm pod moją dłonią. Teraz już szybciej. W takt mojego.

A potem zaczął się poruszać i łóżko stało się łodzią, a ciemność napłynęła przez okno jak przypływ.

Delikatnie było tylko przez chwilę. Za długo czekaliśmy, żeby starczyło nam cierpliwości na delikatność. Wchodził we mnie długimi, głębokimi, rozmyślnymi pchnięciami, a ja wychodziłam naprzeciw każdemu, z paznokciami wbitymi w jego plecy, z piętami wpartymi w dół jego pleców, a kiedy zwolnił, żeby się ze mną podroczyć, ugryzłam go w ramię, a on się roześmiał, prawdziwym śmiechem, pierwszym, i dał mi to, czego chciałam. Prześcieradła pod nami były przemoczone. Nie obchodziło mnie to. Jeziorna woda spływała z jego włosów na moje piersi, a on ścigał ustami każdą kroplę. Przetoczył nas tak, że znalazłam się na nim, przytrzymał moje biodra i patrzył, jak unoszę się i opadam, z wyrazem twarzy, który zabiorę ze sobą do grobu, z nabożnym, wygłodniałym niedowierzaniem, a kiedy doszłam drugi raz, miałam na ustach jego imię, jego kciuk zataczał kręgi tam, gdzie byliśmy złączeni, a drugą dłoń trzymał rozłożoną płasko na moim sercu, jakby chciał je zatrzymać w mojej piersi.

Doszedł zaraz po mnie z dźwiękiem, jaki wydaje pękający w marcu lód, z twarzą wtuloną w moją szyję. Moje imię. Moje imię. Moje imię.

Potem nie odszedł. Leżał z głową na mojej piersi i ramieniem ciężko przerzuconym przez moją talię, i nie był ciepły, ale nie był też zimny. Miał temperaturę jeziora pod koniec sierpnia, kiedy wsiąkło w nie już całe lato.

„Nów jest w sobotę”, powiedział w ciemność. „Dało mi czas do tego dnia. Jeśli sprowadzę na dno tego, kto mnie trzyma, będę mógł odpocząć. Jeśli nie, i tak wrócę na dół i już nigdy więcej nie wyjdę. A Pruittowie i tak kogoś mu oddadzą.”

Gładziłam jego mokre włosy. „W takim razie mamy dwa dni.”

„Ellie.”

„Dwa dni”, powiedziałam, „a ty wciąż mi nie powiedziałeś, co się stało potem.”

Uniósł głowę i spojrzał na mnie, a w jego oczach był ten punkcik światła, o którym mi opowiadał, ostatni skrawek powierzchni, bardzo daleko.

„A ty wciąż mi nie powiedziałaś, co zrobiłaś przedtem”, odparł.


W piątek wieczorem, kiedy każda rodzina, która w Black Pine coś znaczyła, zasiadała do pieczeni wieprzowej i placka z jagodami w jadalni Dale’a Pruitta na Heron Point, zeszłam nad jezioro pierwszy raz od dziesięciu lat.

Rowan szedł obok mnie w ciemności, boso po żwirze starej nadbrzeżnej drogi, i nie trzymał mnie za rękę, a ja go o to nie prosiłam. Na samym dole wciąż stoi szopa na łodzie Hale & Sons: szyld na wpół odpadł, okna zabite deskami, na drzwiach kłódka Pruitt Development. Rowan położył dłoń na kłódce, a ta zapłakała rdzą i puściła. W środku unosiły się duchy benzyny, zapach stęchlizny i cedru, a pod deskami podłogi przelewało się jezioro, czarne i niespokojne, i chlupotało w doku, nad którym kiedyś wisiały łodzie jego ojca.

Usiadłam na zwoju starej liny i opowiedziałam mu. Wszystko. Ćwiczyłam to przez dziesięć lat na zapleczu biblioteki, a i tak wyszło nie tak, w złej kolejności, jak zawsze wychodzi prawda.

„Dale przyszedł do nas w poniedziałek przed tamtą nocą”, powiedziałam. „Tata nie żył już od dwóch lat. Mama piła wtedy od południa. Usiadł przy naszym kuchennym stole, zjadł jedno z jej ciasteczek i powiedział mi, że jezioro wybrało ciebie. Powiedział to jak prognozę pogody. Powiedział, że jeśli Rowan Hale nie stanie o północy w noc nowiu na północnym pomoście, jezioro wybierze jeszcze raz, a ono lubi dobrych pływaków, a czy June nie pływa świetnie?” Palce miałam splecione w supeł na kolanach. „Miała dziesięć lat. Była w tamtej chwili na przystani, Rowan. Widziałam ją przez okno, jak skacze na bombę.”

Nic nie powiedział. Stał oparty plecami o słup, a woda pod szopą znieruchomiała.

„Więc poprosiłam, żebyś się ze mną tam spotkał. Pamiętasz. Powiedziałam, że mam ci coś do powiedzenia, że to musi być na pomoście i że to musi być o północy.” Zaśmiałam się, cicho i okropnie. „Oto kłamstwo, które sobie powtarzam. Miałam w samochodzie spakowaną torbę. Gotówkę z wakacyjnej pracy. Zamierzałam powiedzieć ci wszystko, gdy tylko przyjdziesz, i mieliśmy uciec, zabrać Junie i nigdy tu nie wrócić.” Zmusiłam się, żeby na niego spojrzeć. „A oto prawda. Tamtego popołudnia zadzwoniłam też do Dale’a i powiedziałam mu, że tam będziesz. Zostawiłam sobie otwarte obie drogi. Nie wybrałam. Myślałam, że wybiorę na pomoście. A kiedy tam dotarłam, w ciemności czekali już Cal i Ames, Dale miał łańcuch, a ty szedłeś do mnie po deskach i się uśmiechałeś. I nie uciekłam. Nie krzyknęłam. Zarzuciłam ci ręce na szyję i wyszeptałam przepraszam, zaczekam na ciebie, jak tchórz. A potem cię zabrali.”

„A potem krzyknęłaś”, powiedział Rowan.

Wpatrywałam się w niego.

„Krzyknęłaś płyń.” Mówił cicho i bardzo równo. „Kiedy już byłem w wodzie. Krzyczałaś płyń, Rowan, płyń tak głośno, że mogłaś obudzić cały północny brzeg. Słyszałem to trzy metry pod powierzchnią, z łańcuchem na kostkach.”

„Ty…”

„Dale najpierw przyszedł do mnie, Ellie. W sobotę przed tamtą nocą. Na przystań, kiedy tata pojechał do miasteczka.” Półuśmiech, bez śladu humoru. „Powiedział mi, że albo ja, albo ty. O June nawet nie wspomniał. Wiedział, o kogo będę się bał. Powiedział, że ty i tak będziesz na pomoście, a ode mnie zależy, czy z niego wrócisz.” Odepchnął się od słupa, podszedł i przykucnął przede mną, tak jak na podłodze w mojej kuchni. „Wiedziałem, czym jest ten pomost, kiedy na niego wchodziłem. Widziałem Cala w cieniu. Widziałem łańcuch. Nigdzie mnie nie zaprowadziłaś. Przyszedłem sam. Przyszedłbym, nawet gdybyś w ogóle mnie nie wezwała.”

Nie mogłam oddychać. Dziesięć lat. Dziesięć lat we włosiennicy, która nigdy nie była przeznaczona dla mnie.

„Ale potem krzyknęłaś”, ciągnął łagodniej, „i okazało się, że nie chcę umierać. Nawet za ciebie. Chciałem żyć, złościć się na ciebie i mimo to się z tobą ożenić. Miałem w kieszeni nóż. Uwolniłem kostkę z łańcucha, rozciąłem sobie przy tym pół stopy, wypłynąłem pod pomostem i złapałem się drabinki.” Uniósł prawą dłoń i w ciemności to zobaczyłam: na jej wierzchu, blady i wyraźny, odcisk obcasa. „A Dale Pruitt na niej stanął. Przyłożył mi wiosło do potylicy. I naparł.”

Jezioro oddychało pod podłogą.

„Tego nikt tu na górze nie rozumie”, powiedział Rowan. „Jezioro nie zabiera. Nigdy nie zabierało. Zatrzymuje to, co mu się oddaje. Każde imię z tej księgi trafiło do wody pchnięte ręką któregoś z Pruittów. To nie jest bóg, Ellie. To paszcza, którą nauczono, jak smakują ludzie.”

Sięgnął do kieszeni przemoczonych dżinsów, wyjął coś, położył mi na dłoni i zacisnął na tym moje palce. Scyzoryk. Kościana rękojeść, pozieleniała. Ostrze, kiedy otworzyłam je kciukiem, lśniło jak w dniu, w którym wycinał nasze inicjały.

„To też zatrzymało”, powiedział. „Nigdy nie dokończyłaś swojego imienia.”

Złożyłam nóż. Schowałam go do kieszeni. Potem ujęłam jego twarz w obie dłonie.

„Pozwól mi”, powiedziałam. „Tym razem pozwól mnie. Powiedz tak.”

„Tak.” Głos mu się złamał. „Ellie. Tak.”

Kochaliśmy się na starym żaglowym płótnie, którym jego ojciec okrywał łodzie, w ciemności szopy, a jezioro poruszało się pod nami jak wstrzymywany oddech. Tym razem powoli. Rozebrałam go, a on mi na to pozwolił, i ucałowałam odcisk obcasa na jego dłoni i długą białą bliznę w poprzek podbicia stopy, tam gdzie rozdarł ją łańcuch, i każde inne miejsce, którego poprzedniej nocy byłam zbyt przerażona albo zbyt łapczywa, żeby odnaleźć. Był cieplejszy. Nie ciepły, ale cieplejszy, a kiedy przyłożyłam usta do jego piersi, słyszałam w środku serce, pracujące z mozołem jak stary silnik, któremu powiedziano, że nie wolno mu stanąć.

Usiadłam na nim okrakiem i przyjęłam go w siebie, centymetr po centymetrze, aż do bólu powoli, patrząc na jego twarz, a on leżał na płótnie z dłońmi na moich udach i pozwalał mi nadawać rytm. Na tym polegał ten dar. Oddał mi władzę, której nigdy nie miałam na tamtym pomoście. Kołysałam się nad nim w ciemności, powoli i głęboko, aż jego palce wbiły się w moje biodra, głowa opadła mu do tyłu i powiedział proszę głosem, jakiego nigdy u niego nie słyszałam, ani gdy miał dwadzieścia jeden lat, ani nigdy potem, a ja pochyliłam się, pocałowałam go i dałam mu więcej. Jego dłonie wędrowały po mnie, jakby uczył się na pamięć linii brzegu. Krzywizny mojej talii. Ciężaru moich piersi, kiedy przesuwał kciukami po stwardniałych szczytach, aż zadrżałam wokół niego. Karku pod włosami.

„Patrz na mnie”, powiedział, kiedy poczuł, że zaczynam się wokół niego zaciskać. „Nie zamykaj oczu. Chcę to widzieć.”

Patrzyłam. Doszłam z otwartymi oczami, z jego imieniem na ustach, a jego spojrzenie trzymało moje jak lina rzucona pływakowi, a on poderwał się, przycisnął mnie do piersi i doszedł chwilę po mnie, z twarzą wtuloną w moje serce, drżąc, jakby to jego przed chwilą wyciągnięto z wody.

Długo potem leżeliśmy spleceni na płótnie, a jego palce kreśliły leniwe kółka na moim kręgosłupie. Gdzieś na jeziorze zawołał nur, a drugi mu odpowiedział.

„Jutro wyjdę na ten pomost”, powiedziałam.

Jego dłoń znieruchomiała.

„Dale trzyma Junie u siebie. Po kolacji wysłał po nią Cala, dla jej bezpieczeństwa. Mama dzwoniła do mnie z płaczem.” Uniosłam głowę. „Wyjdę tam, bo jeśli tego nie zrobię, on znajdzie powód, żeby wrzucić moją siostrę do wody. A ty będziesz pod powierzchnią.”

„Ellie, nie zabiorę cię.”

„Wiem”, powiedziałam i jeszcze raz pocałowałam odcisk obcasa na jego dłoni. „Właśnie na to liczę.”


W noc Dotrzymania nie ma księżyca. W tym cały sens.

Czekali na północnym pomoście z lampami sztormowymi, stare rody Black Pine w odświętnych, kościelnych ubraniach: Colleyowie, Amesowie, siostry Brisk, Marlene z baru w krzywo zapiętym swetrze. Nikt się nie odezwał, kiedy schodziłam ścieżką w zielonej koszulce Rowana i w dżinsach, z jego nożem w kieszeni. Niektórzy wbili wzrok we własne buty. Niektórzy patrzyli na mnie tak, jakbym już była imieniem wpisanym do księgi w zielonym płótnie.

Junie stała na końcu pomostu od strony lądu, między zastępcą Amesem a Calem Pruittem, w bluzie z kapturem, z włosami mokrymi po prysznicu, który łaskawie pozwolono jej wziąć w łazience dla gości u szeryfa. Kiedy mnie zobaczyła, twarz wykrzywiła jej się do płaczu. „Ellie, co to ma być? Ellie, oni nic mi nie chcą powiedzieć.”

„Wszystko w porządku, Junebug”, powiedziałam. „Wsiądziesz do swojego autobusu.”

Dale Pruitt czekał na końcu pomostu z kapeluszem w dłoniach i lampą u stóp, a za nim było jezioro. Idealnie czarne. Idealnie nieruchome. Ani jednej zmarszczki, ani jednego owada na tafli, jakby wstrzymywało oddech razem z nami wszystkimi.

„Eleanor Marsh”, powiedział Dale uprzejmie, jak kelner wyliczający dania dnia. „Przychodzisz z własnej woli?”

„Przyszłam”, odpowiedziałam i szłam po deskach, aż stanęłam przed nim, na samym skraju, tam gdzie dziesięć lat temu zarzuciłam ręce na szyję młodemu mężczyźnie i skłamałam. „Zanim odejdę, chcę coś powiedzieć rodzinom. Tradycja, szeryfie. Czy nie należy mi się ostatnie słowo?”

Zmrużył oczy. Ale patrzyło czterdzieści osób, a on całe życie budował na tym, jak wszystko wygląda z zewnątrz. Skinął głową.

Odwróciłam się do nich. Światła lamp rozpłynęły mi się przed oczami.

„Rowan Hale płynął z powrotem”, powiedziałam głośno, tak jak dziesięć lat temu krzyczałam płyń. „Zdjął łańcuch. Złapał się tej drabinki. A Dale Pruitt stanął mu na ręce, przyłożył mu wiosło do głowy i trzymał go pod wodą, dopóki nie przestał się ruszać. Jezioro go nie zabrało. Jezioro nigdy nikogo nie zabrało. Każde imię z tej księgi trafiło do wody z ręki Pruittów, za przystań, za kontrakt dla tartaku, za łącznik z autostradą. Wszyscy wpisywaliście się do księgi pamiątkowej. Wszyscy jedliście ten placek.”

Zapadła cisza absolutna. A potem Dale się roześmiał, swobodnie.

„Żałoba”, powiedział do nich. „Za długo siedzi sama w tym domu. Ames, pomóż pannie Marsh wejść do wody.”

Ames zrobił jeden krok. Jezioro się poruszyło.

Nie chlusnęło. Wezbrało, całe naraz, powolną czarną falą, która wydostała się przez szpary między deskami i zalała czubki czterdziestu par odświętnych butów, a wszystkie lampy na pomoście zapłonęły zielenią. Ktoś krzyknął. A wzdłuż pali, na płyciźnie po obu stronach pomostu, spod powierzchni wynurzyły się głowy. Mężczyzna w koszuli parobka, z rękami zaciśniętymi na palu. Dziewczyna w sukience z lat czterdziestych, z włosami unoszącymi się wokół niej jak dym. Chłopak z paskiem od aparatu na szyi. Dziesięcioro. Dwanaścioro. Stali po pierś w czarnej wodzie, milczący, uprzejmi, i patrzyli w górę na rodziny oczami jak świetlne punkciki.

A po drabince na końcu pomostu, tej samej, na której kiedyś obcas zmiażdżył mu dłoń, wspiął się Rowan Hale.

Stanął, ociekając wodą, na deskach między mną a Dale’em Pruittem. Jezioro spływało z niego strugami.

„Witaj, Dale”, powiedział. „Opowiedz im o bucie.”

Ręka Dale’a powędrowała do kabury. Wyszarpnął broń, która huknęła dwa razy, jaskrawo i ogłuszająco, a kule weszły w pierś Rowana tak, jak kamienie wpadają do stawu, i dziury wypełniły się jeziorną wodą, i zamknęły. Rowan nawet nie spojrzał w dół.

„Nic już mu nie dasz”, powiedział Rowan. „Ono zna teraz twoje ręce.”

Dale skoczył, mijając go. Nie na Rowana: na mnie. Zacisnął pięść na moich włosach, szarpnął mnie w stronę krawędzi, stopy uciekły mi po mokrych deskach, a ja miałam już nóż w ręku, otwarty, i nie wiedziałam, co zamierzam z nim zrobić. I wtedy czyjeś ramię oplotło szyję Dale’a od tyłu i odciągnęło go, moje włosy wyrwały mu się z pięści, a był to Cal. Cal Pruitt, blady aż po wargi, zapłakany, ciągnący własnego ojca do tyłu po pomoście.

„Dość”, powtarzał Cal. „Dość, tato, dość, byłem tam, trzymałem lampę, widziałem cię, dość.”

Dale uderzył syna łokciem, wyrwał mu się i zatoczył, a jego obcas wylądował na samej ostatniej desce, śliskiej od jeziora.

Poleciał do tyłu. Jedną ręką zdążył złapać najwyższy szczebel drabinki.

Rowan przykucnął i spojrzał na tę rękę, zaciśniętą na drabince, z pobielałymi knykciami. Długo nic nie robił. Topielcy patrzyli z wody. Rodziny patrzyły z pomostu. Ja patrzyłam na Rowana i rozumiałam, że to jest ten wybór, dla którego jezioro naprawdę wysłało go na górę, że ten wybór należy do niego i nie mnie go za niego dokonywać.

„Jezioro zatrzymuje to, co mu się oddaje”, powiedział Rowan. Podniósł wzrok na Cala. „Nie mnie go oddawać. Tobie.”

Cal Pruitt długo patrzył na rękę ojca na drabince. Potem spojrzał na dziewczynę w sukience z lat czterdziestych, na chłopaka z aparatem i na Walta Tollivera uczepionego swojego pala. A potem na mnie.

„Zabierz go”, powiedział Cal bardzo cicho, zwracając się do jeziora.

Walt Tolliver puścił swój pal.

Dale Pruitt nie krzyknął. Nie zdążył. Woda zamknęła się nad nim jak dłoń nad monetą, fala cofnęła się przez szpary w deskach, lampy znów zaświeciły zwyczajną żółcią, a topielcy zanurzali się jeden po drugim, nie zostawiając ani jednej zmarszczki, aż zostało tylko jezioro, czarne, płaskie i zwyczajne, i samotny kapelusz, który unosił się na wodzie denkiem do góry i powoli się obracał.

Na pomoście ktoś szlochał. Junie biegła do mnie po deskach. Rodziny Black Pine stały w mokrych butach i nie patrzyły sobie w oczy, i myślę, że to była pierwsza od dziewięćdziesięciu lat noc, kiedy ktokolwiek z nich zrozumiał, co tak naprawdę jedli.

Rowan stał u szczytu drabinki. Bicie serca, które z niego wydobyłam, już zwalniało; widziałam to po szarości, która wracała na jego skórę.

„Jest po północy”, powiedział. „Dostało swojego.”

„To zostań.”

„Nie mogę. Wciąż mnie trzymasz.” Ujął moją twarz w zimne dłonie. „Powiedziałaś, że zaczekasz. Odwołaj to, Ellie. Pozwól mi odpocząć.”

Przez dziesięć lat nosiłam tę obietnicę jak jego koszulkę. Położyłam dłoń na odcisku obcasa na jego ręce.

„Nie będę na ciebie czekać, Rowan Hale”, powiedziałam, a głos pękł mi na pół i pozwoliłam mu pęknąć. „Będę żyć. Będę pływać w tym jeziorze. A kiedy będę stara i skończę swoje, wejdę do niego na własnych nogach i lepiej, żebyś wtedy czekał u stóp drabinki.”

„Jezioro zatrzymuje różne rzeczy”, powiedział i uśmiechnął się całymi ustami, i pocałował mnie, i zszedł pod wodę.


Junie zdążyła na autobus. Cal Pruitt osobiście zawiózł zieloną księgę z mojego archiwum do Augusty, prosto na policję stanową. Nikt już nie przeczesuje jeziora.

We wrześniu wróciłam do Loon Café z jego nożem i dokończyłam swoje imię pod blatem trzeciego boksu, powoli, tak jak chciał na to patrzeć. R.H. + Eleanor.

Pływam co rano, dopóki jeziora nie skuje lód. A czasem o drugiej w nocy pokój zielenieje, mokre ślady stóp prowadzą do nóg mojego łóżka, przysiadają na chwilę i odchodzą. Wilgoć już nigdy nie pełznie wyżej.

I co noc, Boże, zmiłuj się nade mną, zostawiam drzwi z moskitierą otwarte.

✦ Koniec rozdziału nr 06 ✦