Nowy Grzech
← Archiwum

Rozdział nr 01

Kartografka grzechów

Zatrudnia ją, żeby narysowała mapę jego miasta, każdy zaułek i każdą pogrzebaną tajemnicę. Ona zaś odnajduje jedyny dom, którego nigdy nie chciał widzieć na mapie: dom o ścianach wyklejonych jej własnymi mapami.

  • 34 min czytania
  • 473 612 odsłon
  • Władca półświatka
  • Obsesja
  • Powolny żar
  • Moralna szarość
Ostrzeżenia

Przestępczość · Śmierć · Przemoc · Utonięcie · Nękanie · Porwanie · Manipulacja · Treści seksualne

Znalazł mnie przez mapy.

Nie przez te ładne, które sprzedawałam turystom na straganie przy Płaczącym Moście: brukowane uliczki i złocone katedry, arkusze w cukierkowych barwach, z maleńkimi statkami na wodach portu i różą wiatrów zawiniętą jak lok kobiecych włosów. Przez te drugie. Te, które rysowałam nocami dla ludzi, którzy musieli wiedzieć, na których mostach nie pali się żadna latarnia i które piwnice zalewa woda, kiedy wzbiera rzeka. Te, na których było widać, gdzie ciało może zniknąć i już nigdy nie wypłynąć.

Tamtej jesieni miałam dwadzieścia dziewięć lat, a mapy tego drugiego rodzaju rysowałam od sześciu.

Nazywam się Wren Calloway. Moim ojcem był Tobias Calloway, strażnik mostów Dolnych Śluz, który przez dwadzieścia dwa lata zapalał latarnie na dziewięciu mostach Kanału Żałości mosiężnym drągiem i zapałkami z blaszanego pudełka, na którego wieczku wybito jego inicjały. Pewnej mokrej marcowej nocy, kiedy miałam dwadzieścia trzy lata, wyszedł z drągiem i pudełkiem i nie wrócił do domu. Straż przysłała chłopaka w przemoczonej czapce, żeby mi powiedział, że zabrała go rzeka. Rzeka, powiedział chłopak, jakby była osobą z imieniem i zadawnioną urazą, jakby można było wysłać do niej list.

Rzeka niczego nie oddała. Ani buta, ani guzika.

Więc zaczęłam szukać. Chodziłam po Ravensgate tak, jak nikt po nim nie chodzi: pod nim. Poznałam kanały burzowe pod Bramą Świecarzy i dawne przemytnicze przejścia, które biegną od targu rybnego aż do krypt kaplicy. Dowiedziałam się, które piwnice przy śluzach wydychają zimne powietrze w czasie odpływu, a które wstrzymują oddech aż do wiosny. Rysowałam to wszystko, bo tylko przy rysowaniu przestawały mi drżeć ręce i bo mapa jest sposobem, żeby powiedzieć byłam tu, widziałam to, to naprawdę istnieje, kiedy reszta świata upiera się, że nic się nie stało.

Nigdy go nie znalazłam. Za to ludzie znaleźli moje mapy.

Najpierw matki. Kobiety w chustach naciągniętych na włosy, które wspinały się po moich schodach i ściszonym głosem pytały, gdzie może skończyć syn, który zadłużył się u kogoś, u kogo nie należało. Potem przychodzili sami ci, u których nie należało się zadłużać, i chcieli wiedzieć dokładnie to samo, tylko z innych powodów. Płacili lepiej. Pozwalałam im. Powtarzałam sobie to, co powtarza sobie każda rzemieślniczka w zgniłym mieście: że atrament nie ma sumienia, że mapa nie wybiera, kto ją czyta, że jestem tylko piórem.

To bardzo wygodne kłamstwo. Przesypiałam w nim całe lata jak kobieta, która śpi w cudzym płaszczu.

Moja pracownia zajmowała najwyższe piętro wąskiej kamienicy przy ulicy Igielnej, nad introligatorem, którego klej pachniał końmi i goździkami. Warzyłam tam własny atrament, czarny, żelazowo-galasowy, z tłuczonych dębowych galasów, zielonego witriolu i gumy arabskiej, tak jak nauczył mnie ojciec, kiedy byłam tak mała, że musiałam stawać obok niego na skrzynce. Prowadził nim dziennik latarń. Wgryza się w papier, Wren, mówił. Nie spierze się. Nie wyblaknie. Z wiekiem tylko ciemnieje. Nigdy potem nie trafiłam na celniejszy opis czegokolwiek.

Tej nocy, kiedy przyszedł Julian Thorne, nad Ravensgate stał ten osobliwy tutejszy deszcz, który nie tyle pada, ile wisi w powietrzu, a ja siedziałam pochylona nad arkuszem z kanałami Przekopu Garbarzy, z lupą wciśniętą w oko. Nie usłyszałam go na schodach.

Już to powinno mi było wszystko powiedzieć. Do moich drzwi prowadzi dziewiętnaście stopni, a siódmy wrzeszczy jak mewa pod każdym ciężarem większym od kota. Każdego klienta, jakiego kiedykolwiek miałam, zapowiadał siódmy stopień. Julian Thorne go przestąpił.

Wiedziałam, że tam jest, tylko dlatego, że płomień świecy przechylił się w stronę drzwi.

„Panno Calloway”, powiedział.

Powoli wyjęłam lupę. Stał w progu, z kroplami deszczu na ramionach czarnego płaszcza, który skroił krawiec liczący sobie więcej, niż ja zarabiałam przez rok, i nie wchodził. Czekał. Później miałam się dowiedzieć, że zawsze czekał na progu, że była to jedyna uprzejmość, której nigdy się nie wyzbył, i że nie miała ona nic wspólnego z dobrymi manierami. Mężczyzna, który czeka na progu, to mężczyzna, który chce zostać zaproszony.

Był wyższy, niż głosiły opowieści, i mniej przystojny, a ściślej mówiąc, wcale nie był przystojny na portretową modłę; miał na to zbyt twardą twarz, zbyt wyciosaną. Na skroniach srebrzyła mu się przedwczesna siwizna, choć nie mógł mieć wiele ponad czterdziestkę. Biała blizna przecinała na pół jego lewą brew. Oczy miał szare, koloru kanału w styczniu, kiedy lód jeszcze nie do końca postanowił się ściąć.

„Proszę wejść, panie Thorne”, powiedziałam, bo nie istniała taka wersja tej chwili, w której powiedziałabym coś innego.

Wszedł. Przyglądał się wszystkiemu: kałamarzom, sznurkom rozpiętym pod sufitem, na których schły arkusze, blaszanemu pudełku zapałek na moim parapecie, z wybitymi na wieczku literami T.C. Na tym pudełku jego wzrok zatrzymał się odrobinę dłużej niż na czymkolwiek innym. Potem zdjął jedną rękawiczkę, sięgnął za pazuchę i przesunął po blacie mojego stołu kopertę, za którą można by kupić całą kamienicę, w której mieszkałam.

„Niech mi pani narysuje moje miasto”, powiedział Julian Thorne. „Całe. Te części, które już są moje. I te, które dopiero będą”.

Głos miał niski i suchy, z samogłoskami Dolnego Nabrzeża, które latami wygładzał jak deskę papierem ściernym, aż zostały z nich same słoje. Spojrzałam na kopertę i jej nie dotknęłam.

„Tacy jak pan mają już swoje mapy”.

„Tacy jak ja mają listy”, odparł. „Adresy. Długi. Które drzwi płacą, a które nie. Ja chcę to zobaczyć. Cały ten kształt, nad ziemią i pod ziemią, tak jak pani go widzi”. Dotknął palcem bez rękawiczki rogu mojego arkusza z Przekopem Garbarzy, bardzo lekko, tak jak dotyka się śpiącego zwierzęcia. „Nikt nigdy nie narysował Dolnego Nabrzeża, wie pani? Każda mapa w tym mieście kończy się na Bramie Świecarzy, jakby tam kończył się świat, a dalej były już tylko morskie potwory”.

„Bo miejscami tak jest”.

Wtedy po raz pierwszy drgnął mu kącik ust. Nie uśmiech. Pęknięcie w lodzie.

„Mam warunki”, powiedziałam.

„Rozczarowałaby mnie pani, gdyby było inaczej”.

„Jedna kopia. Zostaje tutaj, dopóki jej nie skończę, i nikt poza panem jej nie czyta. Rysuję prawdę. Nigdy nie każe mi pan narysować kłamstwa, ani dla swoich wrogów, ani dla własnej próżności. I nie jestem zakładniczką. Chodzę, dokąd chcę. Kiedy mapa będzie skończona, ja też kończę”.

Przyglądał mi się tak, jak ja przyglądam się linii brzegowej, szukając miejsc, w których ląd ustępuje.

„Zgoda”, powiedział. „A ja mam jeden warunek. Nie będzie pani chodzić po moich ulicach sama. Ani po Dolnym Nabrzeżu, ani nad kanałem, ani po piwnicach. Dostanie pani eskortę”.

„Chodzę po tych ulicach sama od sześciu lat”.

„Tak”, powiedział cicho. „Wiem”.

Zanim zdążyłam rozstrzygnąć, co to miało znaczyć, siódmy stopień wrzasnął.

Mężczyzna, który wszedł za nim, był szczupły i jasnowłosy, ubrany jak urzędnik, któremu trafił się spadek: szara kamizelka, dewizka od zegarka, włosy przylizane czymś, co pachniało olejkiem goździkowym. Jedną rękę trzymał w kieszeni, a z kieszeni dobiegało ciche, miarowe klikanie, jak koraliki przesuwane na drucie.

„Leopold Keel”, powiedział Julian, nie odwracając się. „Prowadzi moje rachunki”.

„Między innymi”, dodał uprzejmie Keel. Miał piękny głos, ciepły jak domowe palenisko. Uśmiechnął się do mnie, a klikanie w jego kieszeni trwało i trwało. Nad kanałem nazywano go Rachmistrzem. Liczył długi, jak głosiła plotka, liczył też zmarłych i ani razu nie stracił rachuby ani w jednych, ani w drugich. „Calloway”, powtórzył, smakując to nazwisko. „Jak ten strażnik mostów. Ten, który poszedł pod wodę”.

„To był mój ojciec”.

„Moje kondolencje”, powiedział Leopold Keel. „Kanał Żałości to pazerna bestia. Nie oddaje tego, co raz zabierze”. Klik, stuknęły koraliki. Klik.

Spojrzałam na Juliana. Julian patrzył na pudełko zapałek na moim parapecie, a jego kciuk uniósł się, jakby sam z siebie, i spoczął na białej bliźnie przecinającej brew.

Wzięłam kopertę.


Przez sześć miesięcy chodziłam po Ravensgate, a jego ludzie szli za mną w stosownej odległości.

Nanosiłam na mapę jego domy gry i jego kościoły, które czasem mieściły się w jednym i tym samym budynku: w krypcie kościoła Świętej Idy na Wzgórzu stał stół do faraona, a konfesjonał otwierał się na kantor, i jedno, i drugie rysowałam z taką samą starannością jak lektorium. Rysowałam kanał, w którym cichli jego rywale: czwarty most, gdzie nurt skręca pod łukiem i ciągnie w głąb, i stare wrota śluzy poniżej ulicy Głuchej, których nie otwierano od czterdziestu lat. Wszystko to utrwalałam czarnym atramentem żelazowo-galasowym i ani razu o nic nie zapytałam.

Eskorta się zmieniała. Bywały tygodnie, kiedy szedł za mną rosły, milczący chłopak imieniem Fenn, który pogwizdywał pieśni kościelne i nosił w rękawie pałkę. W inne tygodnie dwóch ludzi Keela, którzy nie gwizdali i częściej zerkali na moją torbę niż na ulicę. Raz, na Nabrzeżu Solnym, skręciłam za róg i natknęłam się na samego Keela: opierał się o poler, przesuwał koraliki i patrzył, jak mierzę sznurkiem z węzłami szerokość drzwi magazynu.

„Domy Thorne’a mają tyle drzwi”, zauważył. „Ostrożny człowiek chciałby wiedzieć, które z nich otwierają się od zewnątrz”.

„W takim razie ostrożny człowiek powinien zapytać pana Thorne’a”.

„Och, wolałbym zapytać panią”. Odepchnął się od polera. „Arkusze Podziemi. Tunele pod Wzgórzem. Chciałbym je zobaczyć. Do rachunków”.

„Nikt poza nim nie czyta mapy. Takie są warunki”.

„Warunki”. Uśmiechnął się tym swoim uśmiechem ciepłym jak palenisko. „Pani ojciec też, zdaje się, miał swoje warunki. Latarnie zapalone o zmierzchu. Każdy most, każdej nocy. Taki niezawodny człowiek. Zawsze było dokładnie wiadomo, gdzie go znaleźć”. Klik. „Miłego popołudnia, panno Calloway”.

Julian przychodził do mojej pracowni późno. Nie co noc. Na tyle często jednak, że zaczęłam nasłuchiwać, jak siódmy stopień milczy. Wchodził bez pukania, bo przestałam zamykać drzwi na klucz, rozluźniał kołnierzyk i stawał za moim krzesłem, kiedy pracowałam, tak blisko, że czułam jego oddech. Nigdy mnie nie dotknął. Kark robił mi się gorący, potem zimny, potem znów gorący, aż ledwie mogłam utrzymać pióro.

„Ma pani pewną rękę”, powiedział kiedyś, „jak na kogoś, kto rysuje cmentarz”.

„A pan pewny głos”, odparłam, „jak na kogoś, kto go zapełnia”.

Roześmiał się. Usłyszałam ten śmiech po raz pierwszy: niski, jakby wyrwany z niego zaskoczeniem, jakby latami siedział zamknięty w piwnicy i nagle znalazł otwarte drzwi. Chciałam, strasznie chciałam usłyszeć go znowu. Chciałam wiedzieć, co jeszcze jest tam na dole.

Otworzył się przede mną dopiero przy arkuszu Dolnego Nabrzeża. Spędziłam nad nim trzy tygodnie, chodząc wzdłuż rzędów czynszówek, z nucącym za moimi plecami Fennem, i szkicując podwórka, którymi żaden mierniczy nigdy nie zawracał sobie głowy: pompę przy Powroźniczej, piwnice przy Przekopie Garbarzy, gdzie całe rodziny mieszkały poniżej linii wody, bo czynsz był o pensa niższy. Wpisywałam właśnie nazwy ulic, kiedy Julian pochylił się nad moim ramieniem i położył palec na drzwiach jednej z piwnic.

„Tutaj”, powiedział.

Czekałam. Świeca syczała.

„Moja matka wynajmowała ten pokój, kiedy byłem chłopcem. Właściciel zamurował odpływ, bo przedostawał się przez niego smród z garbarni, a lokatorzy z góry się skarżyli. Przyszedł wielki przypływ, a za nim sztorm. Woda nie miała dokąd uciec”. Jego palec nawet nie drgnął. „Byłem wtedy na nabrzeżu, biegałem z wiadomościami dla człowieka, który płacił chlebem. Kiedy wróciłem, ulica była rzeką. Wyciągnęli ją po trzech dniach”.

„Przykro mi”.

„Niepotrzebnie. Kupiłem ten budynek, kiedy miałem dwadzieścia cztery lata. Znalazłem właściciela, własnoręcznie zamknąłem go w tej piwnicy i zamurowałem odpływ”. Powiedział to tak, jak inny mężczyzna wspomniałby, że kiedyś naprawił płot. „Nie dlatego to pani opowiadam. Opowiadam, bo nikt nigdy nie narysował tego pokoju. Nikt nie myślał, że on w ogóle istnieje. Nie było go na żadnej mapie, więc kiedy zalała go woda, wyglądało to tak, jakby nic się nie stało”. Cofnął rękę. „Rysujesz miejsca, których nie ma, Wren. Dlatego przyszedłem”.

Po raz pierwszy zwrócił się do mnie po imieniu. Przeszło przeze mnie jak stalówka przez mokry papier.

Odwróciłam się na krześle. Był bardzo blisko. Widziałam fakturę jego skóry, drobne zmarszczki w kącikach tych zimowych oczu, biały szew blizny.

„Skąd to masz?” zapytałam i dotknęłam własnej brwi.

„Byłem kiedyś za wolny”. Kciuk uniósł mu się do blizny. „Już nie jestem”.

„Robisz tak, kiedy wybierasz, co mi powiedzieć. Dotykasz jej”.

Coś przesunęło się pod powierzchnią jego twarzy, jak kształt obracający się pod lodem. „Doprawdy”.

„Tak”.

„W takim razie zawsze będziesz wiedziała”, powiedział, „kiedy cię okłamuję. To chyba sprawiedliwe”.

Wstałam. Nie pamiętam, żebym podjęła taką decyzję. Krzesło zazgrzytało i nagle stałam w jego cieple, z blatem za plecami, a on ani się nie odsunął, ani nie przysunął. Oddychaliśmy. Deszcz szeptał na szybie świetlika. Jego wzrok opadł na moje usta i zatrzymał się tam tak długo, że poczułam go jak dotyk, jak kciuk przyciśnięty płasko do dolnej wargi.

„Julian”.

„Nie”, powiedział bardzo cicho.

„Nie wiesz, co chciałam powiedzieć”.

„Chciałaś zapytać, dlaczego co noc staję za twoim krzesłem i nigdy nie kładę na tobie rąk”. Uniósł dłoń i przez chwilę myślałam, że to zrobi, a całe moje ciało przechyliło się ku niej tak, jak płomień świecy przechylił się ku drzwiom. Zamiast tego oparł ją o stół obok mojego biodra i wsparł się na niej, nie zamykając mi drogi. „Bo jesteś na moim żołdzie. I boisz się mnie”.

„Nie boję się ciebie”.

„W takim razie jesteś kłamczynią albo idiotką, a nie chcę w swoim łóżku ani jednej, ani drugiej”. Jego oddech musnął moją skroń. „Kiedy do mnie przyjdziesz, a przyjdziesz, chcę, żeby to było dlatego, że pragniesz mnie bardziej, niż się mnie boisz. Nie dlatego, że przestałaś się bać”.

Wziął rękawiczki i zszedł po schodach, przestępując siódmy stopień, a ja stałam z dłońmi płasko opartymi o blat, dopóki świeca nie dopaliła się i nie zgasła.


Trzy tygodnie później wróciłam ze Wzgórza i zastałam otwarte drzwi.

Nie wyważone. Otwarte. Zamek otworzono wytrychem tak zgrabnie, że na mosiądzu nie została ani jedna rysa. W środku nic nie było zniszczone. I to było najgorsze. Ktoś rozwinął wszystkie arkusze z tunelami Podziemi i starannie przycisnął ich rogi moimi kałamarzami, jak zrobiłby to uczony. Ktoś przejrzał, arkusz po arkuszu, wszystko, co schło na sznurkach. A na stole, otwarty na ostatniej stronie, leżał dziennik latarń mojego ojca: 14 marca. Mosty od pierwszego do dziewiątego zapalone o zmierzchu. Gęsta mgła. Latarnia na czwartym moście kopci, jutro przytnę knot. Nigdy go nie przyciął. W tej księdze nie było już żadnego jutra.

Obok, ustawione pionowo, stało pudełko zapałek. Ktoś przeniósł je z parapetu. Ktoś chciał, żebym wiedziała, że trzymał je w rękach.

Fenna odesłano tego popołudnia z jakimś poleceniem od Keela. Usiadłam na podłodze, plecami do drzwi, i długo się trzęsłam, a potem wysłałam chłopca introligatora biegiem na Wzgórze z liścikiem, w którym napisałam tylko: Ktoś przeczytał mapę.

Julian zjawił się przed upływem godziny. Przyszedł sam, przemoczony, bez kapelusza, i tym razem wbiegł po schodach tak szybko, że siódmy stopień wrzasnął, a on nie zwrócił na to uwagi. Zatrzymał się w drzwiach i popatrzył na rozwinięte arkusze, kałamarze na rogach, dziennik, pudełko. Widziałam, jak ogarnia to wszystko jednym spojrzeniem szarych oczu, i widziałam, jak coś w nim robi się bardzo zimne i bardzo nieruchome, jak kanał, który zamarza w ciągu jednej nocy.

„Dotknęli cię?”

„Nie było mnie tu”.

„Ktoś szedł za tobą do domu?”

„Nie wiem. Chyba nie”. Głos mi się przy tym załamał. „Niczego nie zabrali. Chcieli tylko, żebym wiedziała, że mogą”.

Przeszedł przez pokój. Ukląkł na mojej podłodze w zniszczonym płaszczu i po raz pierwszy od sześciu miesięcy położył na mnie ręce: po jednej z każdej strony mojej twarzy, zimne od deszczu, trzymając mnie tak, jakbym była arkuszem, na którym atrament jeszcze nie wysechł i mógłby się rozmazać.

„Nikt”, powiedział, „nie wejdzie już po tych schodach bez mojej zgody. Rozumiesz? Nikt”.

„Nie możesz tego obiecać”.

„Obiecuję to dłużej, niż ci się wydaje”.

Wtedy tego nie usłyszałam, nie tak naprawdę. Usłyszałam to później, w innym pokoju.

Dołożył do ognia. Nalał mi brandy i kazał wypić. Zamknął arkusze Podziemi w żelaznej skrzyni i zacisnął moje palce na kluczu. Bez słowa odstawił pudełko zapałek na parapet. Potem sięgnął po rękawiczki.

„Fenn będzie na schodach przed północą”, powiedział. „Rano każę wymienić zamek”.

„Zostań”.

Zastygł z rękawiczką wciągniętą do połowy.

„Wren”.

„Wiem, co mówiłeś. Żołd. Strach”. Podniosłam się z podłogi. Nogi mnie utrzymały, co mnie zdziwiło. „Dziś się boję. Nie będę udawać, że nie. Ale nie boję się ciebie. Boję się człowieka, który siedział na moim krześle i czytał pismo mojego ojca. I chcę, żebyś tu był. Chcę tego od tamtej nocy, kiedy się roześmiałeś”. Wyjęłam mu rękawiczkę z dłoni. „Nie proszę, żebyś stał na warcie, Julian. Proszę, żebyś został”.

Długo na mnie patrzył. Ogień trzaskał. Woda ściekała z jego płaszcza i zbierała się w kałużę na deskach.

„Powiedz to wprost”, odezwał się, a jego głos zrobił się chropawy, jakby coś szorowało go od spodu. „Nie będę się z tobą bawił w zgadywanki. Nie w tym”.

„Pragnę cię. Dziś w nocy. W moim łóżku”. Nie uciekłam wzrokiem. „Wystarczająco wprost?”

„Prawie”. Zrobił krok w moją stronę. „Jeśli w którejkolwiek chwili zechcesz, żebym przestał, powiedz to raz. Tylko raz, nic więcej nie trzeba. Usłyszę”.

„Wiem, że usłyszysz”.

„W takim razie tak”, powiedział Julian Thorne i mnie pocałował.

Całował jak mężczyzna, który tysiąc razy narysował drzwi i nigdy nie pozwolił sobie ich otworzyć: najpierw powoli, badawczo, ledwie poruszając ustami przy moich ustach, a potem nagle, głęboko i łapczywie, wsuwając mi dłoń we włosy, żeby przechylić moją głowę tak, jak chciał. Smakował deszczem i brandy. Usłyszałam, jak wydaję z siebie dźwięk, jakiego nigdy w życiu nie wydałam. Zdarłam mu z ramion mokry płaszcz, a płaszcz runął na podłogę jak ciało.

„Masz zimne ręce”, szepnęłam w jego usta.

„To je rozgrzej”.

Rozgrzałam. Wyciągnęłam mu koszulę ze spodni i przyłożyłam obie dłonie płasko do jego brzucha, a on syknął i zaśmiał się jednocześnie, tym swoim śmiechem z zamkniętej piwnicy, i poczułam ten śmiech pod palcami. Tam też miał blizny. Ślad noża wzdłuż żeber. Pomarszczoną gwiazdkę pod obojczykiem. Dotykałam każdej po kolei, a on mi na to pozwalał.

„Nanosisz mnie na mapę”, powiedział.

„Nanoszę na mapę wszystko”.

„To rób to porządnie”.

Moje łóżko stało pod skosem dachu, wąskie i stare, a deszcz głośno bębnił nad nim o łupki. Tam mnie rozebrał, z cierpliwością, która sama była odmianą przemocy: każdy guzik bluzki, każda haftka, każda sznurówka butów, a jego oczy przez cały czas utkwione w mojej twarzy, jakby wypatrywał najmniejszego drgnienia. Nie było żadnego. Kiedy stałam przed nim w samej halce, ujął jej brzeg w palce i czekał, a ja uniosłam ręce, i wtedy zdjął mi ją przez głowę i pozwolił jej opaść.

Patrzył na mnie w blasku ognia tak długo, że zaczęłam płonąć od zewnątrz.

„Cztery lata”, wyszeptał tak cicho, że ledwie to dosłyszałam, i zanim zdążyłam zapytać, co ma na myśli, jego usta były już na mojej szyi.

Badał mnie punkt po punkcie, jak mierniczy. Zagłębienie pod uchem. Dołek przy obojczyku. Spód piersi, przy którym zatrzymał się dłużej, oddychając, aż wplotłam mu palce we włosy, przyciągnęłam jego usta do sutka i poczułam, że się uśmiecha, zanim zamknął na nim wargi. W dole brzucha ścisnęło mnie coś gorącego i ostrego, jak nurt skręcający pod łukiem mostu. Jego dłoń rozłożyła się na moich żebrach, potem na biodrze, potem na wewnętrznej stronie uda, i tam się zatrzymała, a kciuk pogładził mnie raz, drugi, jak pytanie.

„Tak”, powiedziałam. „Julian. Tak”.

Dotykał mnie tak, jakby latami studiował tę krainę. Powolne kręgi, niespieszne, nieustępliwe, palce śliskie i pewne, usta wędrujące po mojej piersi, po szyi, znów po moich ustach, połykające każdy dźwięk, jaki z siebie wydawałam. Kiedy wsunął we mnie dwa palce, wygięłam się w łuk nad cienkim materacem, a stare łóżko jęknęło; on przycisnął drugą dłoń płasko do mojego brzucha i powiedział: „Zostań. Pozwól mi”, i zostałam, i pozwoliłam mu, a rozkosz narastała ciasnymi, ciemnymi kręgami jak woda wirująca nad odpływem, aż wciągnęła mnie pod powierzchnię i doszłam z jego imieniem pękniętym na pół w ustach i z paznokciami wbitymi w jego ramię.

Trzymał mnie, dopóki to trwało. Kiedy znów zaczęłam widzieć, przyglądał się mojej twarzy z wyrazem, dla którego nie miałam nazwy: czymś wygłodniałym i niemal przestraszonym.

„Chodź tu”, powiedziałam i szarpnęłam za jego spodnie, a on mi pomógł, i już był nade mną, ciężki i gorący, wreszcie, wreszcie nagi, skóra przy skórze, a cała ta wyciosana twardość stała się w blasku ognia po prostu ludzka.

„Patrz na mnie”, powiedział, wsparty na przedramionach. Czułam go już przy sobie, u samego wejścia, ale się nie poruszał. „Wciąż tak?”

„Wciąż tak. Dziś w nocy zawsze tak”.

Wszedł we mnie powoli, tak powoli, że czułam, jak ustępuję przed nim cal po calu, i oboje w tej samej chwili przestaliśmy oddychać. Jego czoło opadło na moje. Przez moment żadne z nas się nie ruszało; po prostu trwaliśmy tak, złączeni, drżący, a jego serce łomotało o moją pierś. Potem zaczął się poruszać, długimi, głębokimi pchnięciami, z których każde wydzierało ze mnie jęk, a ja oplotłam go nogami i wciągnęłam głębiej, a deszcz bił o łupki jak oklaski.

Nie był długo delikatny, a ja wcale tego nie chciałam. Kiedy wbiłam mu pięty w krzyż, warknął mi w szyję i dał mi to, o co prosiłam, mocniej, aż łóżko zaczęło obijać się o ścianę, a jego dłoń wsunęła się pod moje biodro i uniosła je wyżej, i pod tym nowym kątem krzyknęłam tak głośno, że gdzieś na dole spłoszył się kot introligatora. Zaśmiał się bez tchu w moje włosy i zrobił to znowu. Czułam, jak z daleka nadciąga druga fala, wielki przypływ, za którym idzie sztorm, więc ujęłam jego twarz w obie dłonie i kazałam mu na siebie patrzeć, kiedy fala się o mnie rozbijała, i patrzyłam, jak rozbija także jego: jak pęka lód, jak Julian gubi rytm, jak z gardła wyrywa mu się moje imię, nisko i chrapliwie, kiedy dochodzi we mnie, drży i wreszcie nieruchomieje.

Potem leżał z głową na mojej piersi i ręką przerzuconą przez moją talię, ciężką jak łańcuch kotwicy, a ja wodziłam opuszkiem palca po bliźnie od noża na jego żebrach, raz za razem, jak po drodze, której chciałam nauczyć się na pamięć.

„Co miałeś na myśli”, zapytałam w ciemność, „mówiąc ‚cztery lata’?”

Milczał tak długo, że uznałam, iż zasnął. Potem poczułam, jak unosi rękę i dotyka własnej brwi.

„Nic”, powiedział Julian. „Śpij, Wren. Nikt nie wejdzie po schodach”.


Zgubiła mnie ostatnia ulica.

W środku zimy mapa Ravensgate zajmowała już dwa zestawione stoły, czterdzieści arkuszy połączonych klajstrem i lnianą taśmą, a Julian przychodził do mojego łóżka trzy noce na siedem i wychodził, zanim introligator otworzył okiennice. Nie pytałam go więcej o cztery lata. Powtarzałam sobie, że nie muszę. To był drugi wygodny płaszcz, jaki na siebie włożyłam, i zapięłam go pod samą szyję.

Była jedna uliczka, po której nigdy nie przeszłam. Odchodziła od ulicy Głuchej w dół, w stronę starych wrót śluzy, krzywy przesmyk między dwoma magazynami, i ilekroć chciałam w nią skręcić, moja eskorta znajdowała powód, żeby mnie zawrócić: obluzowany kamień w bruku, pies, wiadomość, którą trzeba było zanieść.

Poszłam więc o świcie, sama, przestępując siódmy stopień tak, jak robił to Julian.

Na końcu uliczki stał dom, którego nie było w żadnym akcie własności ani w żadnej księdze. Wysoki, wąski, czarny od sadzy, z zielonymi drzwiami i szczelnie zamkniętymi okiennicami, z fundamentami wpuszczonymi prosto w stary mur śluzy, tak że woda kanału chlupotała o najniższe kamienie. Stanęłam we mgle i zaczęłam go szkicować, ale atrament nie chciał schnąć. Leżał na papierze mokry i lśniący, jakby powietrze wokół tego domu miało w sobie zbyt wiele rzeki, żeby cokolwiek mogło zastygnąć.

Zielone drzwi nie były zamknięte na klucz.

W środku wszystkie ściany pokrywały mapy. Moje mapy. Te dla turystów, te ładne, arkusze w cukierkowych barwach z maleńkimi statkami w porcie i zawiniętą różą wiatrów. Dziesiątki map, w ramach i bez ram, przypiętych od podłogi do sufitu wzdłuż klatki schodowej, w korytarzu i na każdej ścianie frontowego pokoju. Niektórych prawie nie pamiętałam: wczesnych, niezgrabnych, z pierwszego lata, kiedy prowadziłam stragan przy Płaczącym Moście, na cztery lata przedtem, zanim Julian Thorne po raz pierwszy wszedł po moich schodach.

W każdą wbito małą czerwoną szpilkę, dokładnie w miejscu, gdzie było okno mojej pracowni przy ulicy Igielnej.

Na biurku pod oknem leżał arkusz taniego papieru, miękki od wielokrotnego brania do rąk. Rozpoznałam go, zanim do niego podeszłam. ZAGINĄŁ. Tobias Calloway, strażnik mostów. Ostatnio widziany przy zapalaniu latarni na czwartym moście. Kiedy miałam dwadzieścia trzy lata, nakleiłam dwieście takich ogłoszeń na murach w całym mieście. Myślałam, że wszystkie dawno zgniły.

Kiedy się odwróciłam, stał w drzwiach i czekał. Nie wiem, jak długo tam był. Deski nawet nie skrzypnęły.

„Mówiłem ci”, powiedział cicho Julian. „Te części, które już są moje. I te, które dopiero będą”.

„Od jak dawna?”

Nie dotknął brwi. Czekałam na ten gest, ale się nie pojawił.

„W maju minie cztery lata. Kupiłem mapę na twoim straganie. Źle wydałaś mi resztę, a ja cię nie poprawiłem, bo chciałem mieć pretekst, żeby wrócić”. Patrzył na ściany zamiast na mnie. „Wracałem bardzo często. Kiedy zaczęłaś rozpoznawać moją twarz, posyłałem po mapy innych ludzi. Potem dowiedziałem się o tamtych innych mapach, nocnych, i zrozumiałem, czego szukasz na dole, w kanałach, i czyimi ulicami chodzisz. I postawiłem człowieka na Igielnej”.

„Sprzedawca kasztanów”.

„Sprzedawca kasztanów”.

„Stoi tam od czterech lat”. Słyszałam własny głos jak spod wody. „Nikt nigdy nie okradł mojego straganu. Nikt nigdy nie poszedł za mną z Podziemi. Myślałam, że mam szczęście”.

„Nigdy nie miałaś szczęścia, Wren. Byłaś moja”. Powiedział to bez cienia dumy, tak jak wyznaje się chorobę. „Zanim w ogóle poznałaś moje nazwisko, każdy w tym mieście, kto podniósłby na ciebie rękę, odpowiadałby przede mną, i wszyscy o tym wiedzieli. Te szpilki to nie trofeum. To warta”.

„Tak powiedziałby klucznik”.

„Tak”, odparł. „Owszem”.

Powinnam była się bać. Wciąż czekałam, aż strach przyjdzie. Zamiast niego do gardła podchodził mi straszliwy żar, furia i coś pod tą furią, czego nie miałam odwagi nazwać, bo prawda była taka, że przez cztery lata, w najgorsze noce i w najgorszych tunelach, czułam się tak, jakby ktoś trzymał latarnię tuż za moimi plecami. I ktoś ją trzymał.

Przeszłam przez pokój i uderzyłam go. Otwartą dłonią, w twarz. Nie uchylił się. Głowa odskoczyła mu w bok i wróciła, policzek nabiegł ciemnym rumieńcem, a on nawet nie podniósł rąk.

„Znałeś mojego ojca?” zapytałam.

Chwila milczenia, o jeden oddech za długa. Potem jego kciuk uniósł się, powoli, i spoczął na bliźnie.

„Słyszałem o nim”, powiedział Julian. „Każdy nad kanałem znał strażnika mostów”.

Widziałam to. Chcę, żeby to było gdzieś zapisane, atramentem żelazowo-galasowym, którego nie da się sprać: widziałam, jak porusza się jego ręka, i wiedziałam, co to znaczy, i postanowiłam nie wiedzieć. Zsunęłam z siebie tę wiedzę jak mokrą rękawiczkę i upuściłam ją, bo inaczej musiałabym wyjść przez zielone drzwi prosto we mgłę, a okazało się, że nie potrafię.

„Powinieneś był mi powiedzieć”, odezwałam się, a głos mi się załamał.

„Wiem”.

„Powinieneś był pozwolić mi odejść”.

„Próbowałem. Sześć lat temu by mi się udało”. Wreszcie na mnie spojrzał, a lód w jego oczach był cały w pęknięciach. „Każ mi odejść, a odejdę. Wyciągnę każdą szpilkę z tych ścian. Nigdy więcej nie zobaczysz żadnego z moich ludzi na Igielnej. Przysięgam na piwnicę mojej matki”.

Chwyciłam go obiema pięściami za kołnierz.

„Nie odchodź”, powiedziałam i przyciągnęłam jego usta do swoich.

Nie było tak jak za pierwszym razem. To była walka, w której oboje chcieliśmy przegrać. Ugryzłam go w wargę, a on wydał dźwięk, jakby coś w nim pękło, i posadził mnie na biurku, strącając stare ogłoszenie na podłogę, a ja szarpałam jego guziki, kiedy on podciągał mi spódnice aż do bioder rękami, które wcale nie były spokojne.

„Powiedz mi”, wychrypiał w moje usta. „Powiedz, że tego chcesz, Wren, a nie tylko mnie zranić”.

„Jedno i drugie”, odparłam. „Chcę jednego i drugiego. Tak. Teraz”.

Ukląkł na gołych deskach przed biurkiem, pośród czterech lat moich map, i przywarł do mnie ustami. Chwyciłam się krawędzi biurka, potem jego włosów, a potem już niczego, bo pieścił mnie językiem powoli, głęboko i bezwstydnie, jakby umierał z głodu, a ja byłam jedynym chlebem w mieście, i ściany pełne czerwonych szpilek rozpływały mi się przed oczami. Doszłam szybko i mocno, sama tym wstrząśnięta, zaciskając uda wokół jego głowy i bębniąc piętą o nogę biurka. Nie przestał, dopóki go nie odepchnęłam. Potem wstał, a ja rozpięłam mu spodnie, zanim zdążył się wyprostować, i wziął mnie tam, na krawędzi biurka, z kostkami splecionymi na jego plecach, dziko i głęboko, jednym ramieniem obejmując mnie w talii i przytrzymując przy każdym pchnięciu, drugą dłonią wsparty płasko o ścianę obok mojej głowy, dokładnie na mapie Płaczącego Mostu. Patrzyłam, jak czerwona szpilka tuż przy jego knykciach drży przy każdym pchnięciu. Kiedy doszłam znowu, wgryzłam mu się w ramię, żeby nie krzyczeć, a on podążył za mną, z twarzą ukrytą w moich włosach, wymawiając moje imię jak ktoś, kto odczytuje je z nagrobka.

Potem długo mnie nie puszczał. Żadne z nas się nie odezwało.

Powinnam była uciec. Powinnam była spalić każdą mapę, jaką kiedykolwiek narysowałam.

Zamiast tego wyjęłam pióro i dorysowałam ten dom.


Leopold Keel porwał mnie cztery dni później, w biały dzień, na Płaczącym Moście.

Fenna wysłano z jakimś poleceniem na Dolne Nabrzeże. Sprzedawcy kasztanów nie było przy koksowniku. Zatrzymał się powóz, a jeden z ludzi Keela pokazał mi pistolet pod płaszczem, uprzejmie, tak jak pokazuje się komuś bilet.

Dom Rachmistrza stał nad kanałem poniżej czwartego mostu. Był to kantor, trzy piętra ksiąg rachunkowych, i pachniało tam kurzem, olejem do lamp i goździkami. Keel przyjął mnie w gabinecie na piętrze, z oknem wychodzącym na wodę. Nalał herbaty. Koraliki klikały mu w kieszeni.

„Proszę usiąść, panno Calloway. Nikt nie zrobi pani krzywdy, pod warunkiem że dojdziemy do porozumienia. Jestem rozsądnym człowiekiem. Prowadzę rachunki, a rachunki to tylko rozsądek spisany na papierze”.

„Julian pana za to zabije”.

„Bardzo możliwe, że miałby na to ochotę”. Keel położył na biurku, między nami, mały przedmiot. Pudełko zapałek z wybitym na wieczku T.C. Moja ręka sama po nie sięgnęła, zanim zdążyłam ją powstrzymać, a potem zobaczyłam, że jest przeżarte rdzą niemal na wylot, pokryte skorupą zielonego rzecznego mułu, i że pudełko na parapecie w moim domu musi być czymś innym, czymś, co ktoś mi podarował.

„Pani ojca”, powiedział łagodnie Keel. „To prawdziwe. Pamięta pani pudełko, które Straż odesłała pani dwa lata temu? Czyste jak nowiutki pens, a pani wmówiła sobie, że rzeka je wypolerowała. Thorne kazał je zrobić. Pod tym lodem jest sentymentalny. To jego jedyna prawdziwa słabość”.

W pokoju zapadła głęboka cisza. Gdzieś pod nami woda chlupotała o kamień.

„Sześć lat temu”, ciągnął Keel, „pozbywałem się pewnego dżentelmena, który okazał się chybioną inwestycją. Pod czwartym mostem. Pani ojciec przyszedł przyciąć knot w latarni. Kopciła, rozumie pani. Zobaczył moją twarz. Był człowiekiem niezawodnym, człowiekiem, który stawiał warunki, i dał mi jasno do zrozumienia, że pójdzie do Straży”. Klik. „Więc wepchnąłem go przez starą kratę śluzy poniżej ulicy Głuchej, do zatopionej komory pod wrotami. Tam odkładam wszystkich. Kanał nie oddaje tego, co raz zabierze, ale komora wszystko przechowuje. Pani ojciec wciąż tam jest, panno Calloway. Mogę pani pokazać”.

Nie mogłam oddychać. Dopiero teraz zobaczyłam, że ściskam przerdzewiałe pudełko w obu dłoniach.

„A Julian”, powiedział Keel, i tu jego ciepły głos zrobił się jeszcze cieplejszy, jak u kogoś, kto z lubością grzeje się przy ogniu, „wie o tym od dwóch lat. Sam znalazł to pudełko w komorze. Przyszedł do mnie, ściskając je w ręku, biały jak papier, a ja pomyślałem: no cóż, Leopoldzie, oto twoja śmierć. Ale mnie nie zabił. Wie pani dlaczego? Bo kanał jest w moich rękach. Każda barka, każda łapówka, każda moneta, którą on obraca, przechodzi przez moje księgi. Beze mnie jego miasto wykrwawi się w miesiąc. Więc położył na jednej szali kości pani ojca, na drugiej swoje pieniądze, i wybrał pieniądze, a potem poszedł i kupił sobie kolejną z pani ślicznych map”.

Słyszałem o nim, powiedział Julian, z kciukiem na bliźnie.

„Oto moja propozycja”. Keel położył na biurku arkusz dobrego papieru, pióro i kałamarz, a obok tablice pływów na ten miesiąc. „Chcę ukrytej drogi do domu przy ulicy Głuchej, gdzie on sypia, kiedy się boi, czyli ostatnio co noc. Proszę ją narysować wiernie i jeszcze dziś, a jutro dostanie pani kości ojca do pochówku i statek, dokąd tylko pani zechce. Jeśli pani odmówi, dołączy pani do niego w komorze, a ja prędzej czy później sam znajdę te drzwi. Jestem bardzo cierpliwy. Umiem liczyć bardzo, bardzo długo”.

Długo patrzyłam na papier.

„Warzę własny atrament”, odezwałam się w końcu. „Tym nie będę rysować. Jest rzadki. Rozpłynie się”.

Keel uśmiechnął się tym swoim uśmiechem ciepłym jak palenisko i posłał człowieka na Igielną po mój atrament i moje pióra, a ja, czekając, czytałam tablice pływów, linijka po linijce, tak jak ojciec uczył mnie czytać dziennik latarń.


Nigdy nie narysowałam kłamstwa. Tamtej nocy też nie zaczęłam.

Siedziałam przy biurku Leopolda Keela z własnym atramentem i rysowałam prawdziwą drogę do domu przy ulicy Głuchej: przez zardzewiałą kratę w murze śluzy pod czwartym mostem, przez zatopioną komorę pod starymi wrotami, sześćdziesiąt kroków czarnego kamienia i stojącej wody, aż do szybu z żelaznymi szczeblami, które pięły się do klapy w piwnicy domu z zielonymi drzwiami. Wspięłam się kiedyś po tych szczeblach, przed laty, kiedy pełzałam po komorze z latarnią, szukając pewnego człowieka, i zastałam klapę na górze zaryglowaną. Aż do ranka, kiedy narysowałam zielone drzwi, nie wiedziałam, czyj dom nad nimi stoi. Narysowałam szczeble. Narysowałam kratę. Podziałkę narysowałam co do joty.

To był wybór, komu dochować wierności, i dokonałam go pewną ręką. Nie Julianowi, który spojrzał mi w twarz i skłamał o moim ojcu. Nie Keelowi, który wtrącił mojego ojca w ciemność. Mapie. Temu, o czym wmawiałam sobie, że jest tylko piórem, choć przez cały czas było nożem, który pozwalałam trzymać innym.

Na dole arkusza wykaligrafowałam najstaranniejszym pismem: Do przejścia przy niskiej wodzie. Co było prawdą.

Nie napisałam natomiast, że w noc wielkiego przypływu, po trzech dniach deszczu, od których wezbrał kanał, niska woda pod czwartym mostem trwa mniej więcej tyle, ile odmówienie różańca, a potem komora śluzy napełnia się od dna w górę jak piwnica z zamurowanym odpływem.

Keel przeczytał mapę dwa razy, przesuwając koraliki. Był ostrożnym człowiekiem. „Pójdzie pani z nami”, powiedział. „Na przedzie. Jeśli te drzwi są zmyślone, przekona się pani o tym pierwsza”.

„Wiem”, odparłam. Właśnie na to liczyłam.

U Świętej Idy wybijał dziewiąty dzwon, kiedy przeszliśmy przez kratę: Keel, czterech jego ludzi z latarniami i pistoletami, i ja na przedzie, z przerdzewiałym pudełkiem zapałek w kieszeni płaszcza, przy sercu. Komora była dokładnie taka, jak ją zapamiętałam: niska, sklepiona, ociekająca wilgocią, woda sięgała ledwie do kostek i była tak zimna, że parzyła. Szłam powoli, porównując ściany z arkuszem, jakbym nie była pewna drogi.

Po czterdziestu krokach światło latarni wyłowiło przy przeciwległej ścianie stos bladych kształtów, splątanych ze szmatami i mułem, a jednym z nich był mosiężny drąg do zapalania latarni.

Zatrzymałam się. Nie mogłam inaczej. Przez chwilę znów miałam dwadzieścia trzy lata i krzyczałam w środku.

„Proszę bardzo”, powiedział cicho Keel za moimi plecami. „Przecież obiecałem”.

Woda sięgała mi do goleni.

„Leopold”, odezwał się jeden z jego ludzi. „Woda przybiera”.

Przyszła tak, jak przyszła do piwnicy matki Juliana: nie falą, lecz naporem, zimnym wzbieraniem ze wszystkich szczelin naraz, a odgłos kanału nad nami zmienił się z chlupotu w oddech. Golenie, kolana. Latarnie się rozkołysały. Ktoś zaklął. Rzuciłam się biegiem.

Znałam te sześćdziesiąt kroków na pamięć. Przecież sama je narysowałam. Dopadłam szczebli, kiedy woda sięgała mi do pasa, i zaczęłam się wspinać, a spódnice ciągnęły mnie w dół jak łańcuchy; za mną rozlegały się krzyki i strzał z pistoletu, który poszedł w próżnię, a potem ten straszny, głuchy ryk komory wypełniającej się aż po łuk sklepienia. Klapa u wylotu szybu była zaryglowana od góry. Waliłam w nią obiema pięściami i krzyczałam jego imię.

Otworzyła się. Światło lampy, dłoń zaciśnięta na moim nadgarstku i Julian Thorne, który wyciągał mnie z ciemności na podłogę piwnicy domu przy ulicy Głuchej, jakbym nic nie ważyła, z twarzą szarą jak popiół.

Coś chwyciło mnie za kostkę. Keel dotarł do szczebli. Włosy przywarły mu płasko do czaszki, olejek goździkowy spłynął z wodą, zniknął też jego głos ciepły jak palenisko. Pod nim nie było już żadnych latarni. Woda sięgała mu do piersi i wciąż wzbierała.

„Julian”, wydyszał Keel. „Wciągnij mnie. Powiedz jej. Powiedz jej, co wiedziałeś”.

Julian ukląkł na krawędzi szybu. Patrzyłam, jak jego ręka unosi się ku brwi, zatrzymuje w pół drogi i opada.

„Wiedziałem”, powiedział do mnie, nie do Keela. „Od dwóch lat. Znalazłem w tej komorze pudełko twojego ojca i darowałem temu człowiekowi życie, bo bałem się, czym stanie się moje miasto bez jego ksiąg. Przez te dwa lata wyrywałem mu kanał z rąk, żeby móc go zabić i nie stracić wszystkiego, i wmawiałem sobie, że to cierpliwość. To było tchórzostwo z księgą rachunkową w ręku”. Zabrał rękę z klapy, usiadł na piętach i zostawił rygiel leżący na podłodze między nami. „To twoja mapa, Wren. Ty wybierasz”.

Palce Keela ześlizgiwały się po moim bucie. „On wybrał pieniądze”, powiedział. „Przedłożył je nad pani ojca. Nad panią. Proszę mnie wciągnąć, a dam pani każdą stronę jego ksiąg, wszystko, wystarczy, żeby go pani powiesiła”.

Długo patrzyłam na niego z góry. Woda sięgnęła mu do gardła.

„Narysowałam panu prawdziwą mapę”, powiedziałam. „Woda na niej była. Tylko nie odczytał pan pływu”.

Wyrwałam kostkę z jego uścisku, opuściłam klapę i sama założyłam na nią rygiel.

Siedzieliśmy na podłodze piwnicy, przemoczeni, nie dotykając się, a kanał oddychał pod deskami. Kiedy ten dźwięk wreszcie ucichł, Julian bardzo powoli wyciągnął rękę, jakbym mogła go ugryźć, i okrył mnie swoim płaszczem. Pozwoliłam mu.


O świcie, kiedy woda znów opadła, ludzie Juliana zeszli do komory i wynieśli to, co tam było. Leopolda Keela zabrali gdzieś, a ja nigdy nie zapytałam dokąd. Mojego ojca wynieśli na płóciennych noszach, jak śpiącego człowieka, z mosiężnym drągiem ułożonym obok, a Julian szedł przy noszach przez całą długość ulicy Głuchej, z odkrytą głową, w deszczu.

Pochowaliśmy Tobiasa Callowaya u Świętej Idy na Wzgórzu, nad kryptą ze stołem do faraona, co chyba by go rozśmieszyło. Włożyłam mu do trumny przerdzewiałe pudełko. Kopię zatrzymałam. Była kłamstwem, ale kłamstwem, które ktoś powiedział mi z miłości, a takich kłamstw nauczyłam się zachowywać bardzo niewiele.

Tej nocy Julian przyszedł na Igielną i nie wszedł do środka. Czekał na progu, położył kopertę na podłodze tuż za moimi drzwiami i się cofnął. W środku był bilet na statek pocztowy płynący na południowe wybrzeże i akt własności domu przy ulicy Głuchej, którego aż do tamtego ranka nie było w żadnej księdze, wystawiony na moje nazwisko.

„Jedno albo drugie”, powiedział. „Albo oba. Albo nic. Jeśli wsiądziesz na statek, nie pojadę za tobą. Wyjąłem szpilki”.

„Wszystkie?”

„Wszystkie”.

Patrzyłam na niego, jak stoi na moim podeście: ten zrujnowany, ostrożny, kłamiący, wierny mężczyzna, który przez cztery lata obserwował moje okno, trzymał za mną latarnię w ciemności i pozwolił mordercy mojego ojca liczyć monety. Nie wybaczyłam mu. To też chcę mieć zapisane wprost. Niektórych rzeczy się nie wybacza; można tylko zdecydować, w którym miejscu mapy je umieścić.

„Wejdź, Julian”, powiedziałam. „I dotykaj brwi, ilekroć będziesz mnie okłamywał. Za każdym razem. Do końca życia”.

Przestąpił próg i wszedł.

Tamtej nocy to ja go rozebrałam. Nigdy wcześniej tego nie robiłam; zawsze to on rozpinał guziki. Robiłam to powoli, w blasku ognia, tak jak on kiedyś rozbierał mnie, każdy guzik, każdy mankiet, aż stanął przede mną nagi i poznaczony bliznami, z otwartymi dłońmi opuszczonymi wzdłuż boków i z nierównym oddechem.

„Połóż się”, powiedziałam. „Na plecach”.

Położył się. Uklękłam nad nim, wyjęłam korek z kałamarza z atramentem żelazowo-galasowym i zanurzyłam w nim opuszkę palca.

„Zostawi plamy”, uprzedziłam go. „Na tydzień, może dłużej. Wgryza się w skórę. Chcesz tego?”

„Tak”. Głos miał chropawy. „Wprost. Tak”.

Więc rysowałam na nim. Narysowałam Kanał Żałości wzdłuż długiej linii mostka i dziewięć mostów w poprzek, i Płaczący Most nad jego sercem, i narysowałam Dolne Nabrzeże na jego żebrach, obok blizny po nożu, drzwi piwnicy, pompę i kapliczkę, żeby wreszcie znalazło się na mapie. Drżał pod moim palcem. Kiedy znów zanurzyłam palec w atramencie i nisko na jego brzuchu wyrysowałam ulicę Głuchą, wydał dźwięk jak człowiek, którego coś boli, a jego biodra uniosły się z łóżka.

„Wren”.

„Powiedz mi, czego chcesz”.

„Ciebie”, odparł. „Czegokolwiek. Tego, co zechcesz mi dać”.

Dałam. Usiadłam na nim okrakiem, z umazanymi atramentem dłońmi płasko na mapie jego piersi, i powoli przyjęłam go w siebie, patrząc przy tym na jego twarz, patrząc, jak padają w nim wszystkie mury, a kiedy sięgnął do moich bioder, chwyciłam go za nadgarstki, wcisnęłam je w poduszkę i powiedziałam: „Dziś w nocy jesteś mój”, a on odpowiedział: „Tak. Twój”, i mówił to naprawdę, i pozwolił mi się tak trzymać. Poruszałam się na nim powoli, a potem już nie powoli, stare łóżko krzyczało pod nami, atrament rozmazywał się między moimi dłońmi a jego skórą, aż oboje byliśmy naznaczeni miastem, jego oddech się rwał, a moje imię było ruiną w jego ustach. Kiedy poczułam, że jest blisko, puściłam jego nadgarstki, a jego ręce uniosły się i objęły moją twarz, jakby była jedynym stałym punktem w wirującym świecie, i doszliśmy razem, czołem mocno przy czole, z otwartymi oczami, niczego nie ukrywając, a deszcz głośno bębnił o łupki.

Potem, kiedy leżałam na jego wymalowanej atramentem piersi, poczułam, jak jego ręka unosi się w ciemności i zawisa przy brwi. A potem spoczęła na moich włosach.

„Kocham cię”, powiedział Julian. „Bez kciuka. Patrz”.

„Patrzę”, odparłam.

Wiosną skończyłam mapę Ravensgate. Zajmuje teraz całą ścianę w domu przy ulicy Głuchej, tam gdzie kiedyś wisiały moje ładne mapy: każdy zaułek, każda piwnica, każde zatopione miejsce, Dolne Nabrzeże narysowane równie starannie jak katedra. Obok Świętej Idy jest mały krzyżyk, tam gdzie śpi strażnik mostów. Komora śluzy jest zaznaczona na czerwono, a obok wpisałam pływ.

I została jedna czerwona szpilka. Wbiłam ją sama w zielone drzwi tego domu, którego nie było w żadnej księdze, dopóki go nie narysowałam.

Atrament długo nie chciał wyschnąć w tym rogu. Teraz jest czarny. Atrament żelazowo-galasowy zawsze w końcu taki jest. Wgryza się w papier i nie da się go sprać, z wiekiem tylko ciemnieje, a w niektóre noce, kiedy leżę obok niego, a kanał oddycha pod podłogą, nie potrafię już powiedzieć, które z nas jest kartografem, a które miastem.

✦ Koniec rozdziału nr 01 ✦