Rozdział nr 05
Hymn dla potępionego
Człowiek, który spalił kościół Świętej Agaty, co niedzielę wraca, żeby słuchać ostatniej chórzystki. Wie, co kościół pogrzebał pod posadzką, i postanowił, że ona też powinna się o tym dowiedzieć.
Ostrzeżenia
Podpalenie · Trauma religijna · Przemoc wobec dzieci (w przeszłości) · Śmierć dziecka (w przeszłości) · Niewola · Treści seksualne
Kościół spłonął we wtorek. W niedzielę śpiewaliśmy już w ruinach, bo ksiądz Aldous oznajmił, że Bóg nie potrzebuje dachu, i nikt nie miał odwagi zwrócić mu uwagi, że my, cała reszta, jednak go potrzebujemy.
Przedtem było nas w chórze siedem. Potem zostałam tylko ja.
I jeden mężczyzna w ostatniej, zwęglonej ławce, z kapeluszem na kolanach, zasłuchany.
Tej pierwszej niedzieli popiół miejscami był jeszcze ciepły. Ciepło czuło się nawet przez podeszwy odświętnych butów, niskie, zwierzęce, jakby kościół Świętej Agaty jeszcze nie skończył umierać i tylko odpoczywał między jednym oddechem a drugim. Belki dachu leżały tam, gdzie spadły, czarne żebra w poprzek nawy. Witraże od żaru rozprysły się na zewnątrz i dzieci z Bethany Falls przez cały tydzień wybierały z trawy kolorowe odłamki i podnosiły je pod światło: błękit, krew i złoto, dopóki matki nie wytrąciły im szkiełek z rąk, mówiąc, że to świętokradztwo.
Ksiądz Aldous stał tam, gdzie przedtem był ołtarz, na kwadracie osmalonego kamienia, w białej komży tak czystej, że wyglądała jak kłamstwo. Za nim wciąż wznosiła się dzwonnica, wypalona od środka, z dzwonem, który od żaru pękł na pół. Wierni siedzieli na składanych krzesłach przyniesionych ze świetlicy weteranów. Stare ławki, te nieliczne, które ocalały, zostawiono tam, gdzie stały, bo ksiądz Aldous powiedział, że na ranę trzeba patrzeć.
Stałam sama na stopniu, w miejscu, gdzie runął chór, i śpiewałam pieśń na wejście prosto w październikowe powietrze, a mój głos wzbijał się wyżej i wyżej i nie było niczego, co mogłoby go pochwycić.
Przedtem było nas siedem. Dorothy Pike, siostry Lund, stara pani Carrow, która od czterdziestu lat śpiewała altem, dwie kuzynki Haskell i ja. Po pożarze ojciec dziewcząt Lund znalazł pracę dwa hrabstwa dalej i w tydzień je stąd wywiózł. Pani Carrow zaczęło szwankować serce. Kuzynki Haskell po prostu przestały przychodzić i nikt nie pytał dlaczego, bo tak właśnie w Bethany Falls załatwiano większość spraw. Dorothy Pike oświadczyła, że nie zniesie śpiewania w miejscu, które zostało zbezczeszczone, a jej ojciec, diakon Harlan Pike, który był zarazem naszym inspektorem przeciwpożarowym i właścicielem sklepu żelaznego przy ulicy Głównej, stwierdził, że to bardzo piękne i bardzo kobiece uczucie.
Zostałam więc ja. Od zawsze było wiadomo, że zostanę ja. Tamtej jesieni miałam dwadzieścia pięć lat, śpiewałam u Świętej Agaty, odkąd skończyłam siedem, i przez wszystkie te lata ani razu nikt mnie nie zapytał, czy w ogóle tego chcę.
Mężczyzny z ostatniej ławki nie było pierwszej niedzieli. Przyszedł w drugą.
Znałam go tak, jak znali go wszyscy: najpierw jako opowieść, dopiero potem jako twarz. Silas Crane, syn pijaka, który doprowadził do ruiny tartak nad rzeką. Po śmierci matki oddany jako dziecko do przykościelnego domu dla chłopców, który stał kiedyś za plebanią, w czasach, gdy Święta Agata jeszcze przygarniała niechcianych synów z całego hrabstwa. W wieku szesnastu lat przepadł. Wojsko, mówili ludzie, a potem już nikt nic nie wiedział. Aż nieco ponad rok temu wrócił: dorosły mężczyzna z pikapem, skrzynką z narzędziami i tym swoim zwyczajem stania w zupełnym bezruchu. Własnymi rękami remontował martwy tartak i nie odzywał się do nikogo.
Miał trzydzieści pięć lat, jak się później dowiedziałam. Tamtego pierwszego ranka wyglądał po prostu jak nadciągający front. Wysoki, ciemny, rozważny w każdym ruchu, w czarnym płaszczu zbyt dobrym jak na nasze miasteczko, krótko ostrzyżony, z blizną, która bladą kreską przecinała mu brew. Zajął ostatnią ocalałą ławkę, tę najbliżej wyłamanych drzwi, o drewnie wciąż spęcherzonym od żaru, i usiadł na niej, jakby należała do niego. Położył kapelusz na kolanach. Nie schylił głowy, kiedy ksiądz Aldous się modlił.
Patrzył na mnie.
Nie tak, jak mężczyźni z parafii patrzyli na kobiety: ukradkiem i ze wstydem, oglądając się na własne żony. Patrzył na mnie tak, jak w moim wyobrażeniu głodujący patrzy na rozświetlone okno. Otwarcie. Bez przeprosin. Jakby hymn był listem, który napisałam wyłącznie do niego, a on czytał każdą linijkę.
W drugiej zwrotce zadrżał mi głos. Nigdy wcześniej nie drżał.
Wszyscy wiedzieli, co zrobił Silas Crane. Nikt nie potrafił tego udowodnić.
Inspektor przeciwpożarowy nazwał to wadliwą instalacją. Diakon Pike stanął na schodach ratusza i sam wypowiedział te słowa: zwarcie w instalacji elektrycznej w podziemiach, z wielkimi czerwonymi dłońmi splecionymi na brzuchu, po czym dodał, że dochodzenie zostało zamknięte, odbudowa ruszy przed zimą, jeśli Bóg da, a parafia ogłasza specjalną zbiórkę. Miasteczko nazywało to inaczej: młody Crane wreszcie wyrównał rachunki. Za co, tego nikt nie powiedział głośno. Mówili to tak, jak się mówi, że idzie burza: o czymś, co wisiało na niebie od dwudziestu lat.
Ja nie nazywałam tego nijak, bo co niedzielę on siedział w popiele i patrzył na mnie, a ja co niedzielę i tak śpiewałam.
Miasteczko nie poprzestało na słowach. Ktoś wymalował na ścianie tartaku czerwoną farbą elewacyjną słowo PODPALACZ, literami wysokimi jak człowiek. Sklep żelazny Pike’a przestał mu sprzedawać; widziałam, jak odprawiają go od lady, a Harlan Pike z uśmiechem mówi, że sklep zastrzega sobie prawo odmowy obsługi. Chłopcy rzucali z mostu kamieniami w jego pikap. W barze, w którym cztery ranki w tygodniu podawałam do stolików, Marla Dean odmówiła nalania mu kawy, a on i tak przesiedział przy kontuarze dwadzieścia minut, z pustą filiżanką i dłońmi płasko opartymi o laminat, po czym wsunął pod spodek pięciodolarówkę i wyszedł, a Marla wrzuciła ją do słoika na zbiórkę na kościół.
W następnym tygodniu nalałam mu kawy. Zrobiłam to, zanim zdążyłam pomyśleć. Marla spojrzała na mnie, jakbym splunęła na kontuar.
„Dziękuję, June”, powiedział. Pierwszy raz usłyszałam swoje imię w jego ustach. Wymówił je powoli, jakby sprawdzał, ile waży.
„To tylko kawa”.
„Nie”, odparł. „To nie jest tylko kawa”.
Czwartej niedzieli zaczepił mnie po mszy przy wyłamanej furtce. Wierni schodzili ze wzgórza w odświętnych płaszczach i oglądali się na nas dwoje, jak ptaki spłoszone z drutu. Ksiądz Aldous poszedł na plebanię. Matka czekała w samochodzie z włączonym silnikiem, z różańcem nawiniętym na palce.
Nie podszedł blisko. Stał po drugiej stronie furtki, tam, gdzie żelazo wygięło się od żaru w kształt na wpół zaciśniętej dłoni.
„W drugiej zwrotce fałszujesz”, powiedział.
„A pan jest mordercą”.
„Nikt nie zginął”. Spojrzał na moje usta i bez pośpiechu podniósł wzrok. „Dopilnowałem, żeby budynek był pusty. Dopilnowałem, żebyś ty była u matki. Zadaj sobie pytanie, po co mordercy taki kłopot”.
Pamiętałam tamtą noc, czy chciałam, czy nie. Telefon wibrujący na ławce przy organach o wpół do dwunastej, obcy męski głos: Ruth Ashworth upadła, woła córkę, i sygnał przerwanego połączenia, zanim zdążyłam zapytać, kto mówi. Jazda przez miasto, nuty zsuwające się z siedzenia. Matka otwierająca drzwi w szlafroku, cała i zdrowa, najpierw zdezorientowana, potem zła, że ją obudzono. A potem, z jej ganku, z którego widać było całą dolinę, łuna. Święta Agata na swoim wzgórzu, rozświetlona od środka jak latarnia, każde okno złote, a zaraz potem nie było już żadnego okna.
We wtorki ćwiczyłam sama na chórze do północy. Wszyscy o tym wiedzieli. Ksiądz Aldous osobiście dał mi klucz.
„To był pan”, powiedziałam. „Przez telefon”.
Nie odpowiedział. Nie musiał.
„Ktoś mógł pana zobaczyć. Mogli pana złapać”.
„Uważałem”.
„Dlaczego?” Wyrwało mi się to za głośno i na dole, w samochodzie, matka odwróciła głowę. „Czemu w ogóle pana obchodziło, gdzie jestem?”
Silas Crane długo patrzył na mnie przez powyginane pręty furtki, a mnie ogarnęło straszne, przyprawiające o zawrót głowy poczucie, że ktoś zna mnie na wylot, tak jak po ciemku rozpoznaje się pokój po samym zapachu.
„Bo to jedyne, czego w tym budynku nie chciałem spalić”, odpowiedział.
Potem włożył kapelusz i zszedł ze wzgórza, prosto przed siebie, tuż obok samochodu mojej matki, i ani razu się nie obejrzał.
Matka nie odezwała się przez całą drogę. Kiedy zatrzymałyśmy się przed barem, nad którym najmowałam dwa pokoje, zgasiła silnik, siedziała z rękami na kierownicy ułożonymi przepisowo, za dziesięć druga, i powiedziała bardzo cicho: „Ksiądz Aldous będzie chciał się z tobą zobaczyć”, a ja zrozumiałam, że już do niego zadzwoniła. Dzwoniła do księdza Aldousa w mojej sprawie, odkąd skończyłam czternaście lat.
Plebania przetrwała pożar nietknięta. Wznosiła się pięćdziesiąt metrów niżej na zboczu, kwadratowy ceglany dom z białymi okiennicami i ogrodem późnych róż, i w poniedziałek wieczorem stałam w jego saloniku, nie zdjąwszy płaszcza, a ksiądz Aldous nalał sobie kieliszek sherry, mnie zaś nie poczęstował.
Był to przystojny starszy pan. Ludzie zapominają, że ci, którzy nas krzywdzą, często są przystojni, mają dobrotliwe twarze albo mówią łagodnym głosem. Miał gęste srebrne włosy i ciepły baryton, który od trzydziestu jeden lat koił pogrążonych w żałobie mieszkańców Bethany Falls. Jako dziewczynka myślałam, że Bóg musi mówić właśnie takim głosem.
„Usiądź, June”.
Usiadłam. To było pierwsze kłamstwo, jakie tamtego wieczoru powiedziałam: moje ciało oznajmiło mu, że wciąż jest posłuszne.
„Twoja matka się o ciebie boi”, powiedział. „Ja się o ciebie boję. Ten człowiek jest naczyniem czegoś bardzo starego i bardzo gniewnego. Nosił w sobie gniew już jako chłopiec, kiedy ta parafia go żywiła i odziewała, i nosi go teraz. Masz dar. Dar, którego Bóg przez ciebie użyczył Świętej Agacie, a diabeł dobrze o tym wie. Oczywiście, że przyszedł po ten dar”.
Na kominku, obok mosiężnego krucyfiksu, leżała księga oprawna w skórę barwy zakrzepłej krwi. Znałam tę księgę. Każde dziecko w parafii ją znało. Ksiądz Aldous nazywał ją Księgą Miłosierdzia i po spowiedzi robił w niej wpisy drobnym, starannym pismem, żeby móc lepiej się za nas modlić. Kiedy miałam czternaście lat, otworzył ją przy mojej matce i odczytał na głos, że przyznałam się do nieczystej ciekawości, co znaczyło, że zapytałam Kelly Haskell, jak to jest, kiedy się całuje, a matka kazała mi klęczeć na surowym ryżu na chórze przez całą popołudniową próbę, podczas gdy inne śpiewały wokół mnie. Ryż pamiętam lepiej niż wstyd. To, jak wgryzał się w skórę. Drobne białe ziarenka, które potem przywierały mi do kolan jak zęby.
Kiedy miałam dwadzieścia lat, dostałam się do konserwatorium w mieście; czesne za cały rok miało zostać opłacone z pieniędzy, które zostawiła mi babcia. Powiedziałam o tym księdzu Aldousowi na spowiedzi, bo byłam tak szczęśliwa, że nie umiałam tego w sobie utrzymać, i dlatego, że wierzyłam wtedy, że radość należy ofiarować Bogu. W ciągu tygodnia napisał do mojej matki o tym, jakie dziewczęta wyjeżdżają do miasta i jacy mężczyźni tam na nie czekają, a matka, która zarządzała pieniędzmi babci, przekazała je w moim imieniu na fundusz remontu dachu Świętej Agaty. W kruchcie wisiała mała mosiężna tabliczka z podziękowaniem dla mnie. Roztopiła się w pożarze. Poszłam sprawdzić.
„Nie jestem dzieckiem”, powiedziałam.
„Nie. Jesteś dorosłą kobietą, a to czyni twój wybór poważniejszym, a nie błahszym”. Upił łyk sherry. „Dwudziestego szóstego wylewamy nowe fundamenty. Wykonawcą jest kuzyn Harlana; policzył nam bardzo po przyjacielsku. Na Boże Narodzenie znów będziemy mieli pod stopami posadzkę, a na Wielkanoc ściany. Chcę, żebyś zaśpiewała na poświęceniu fundamentów, June. Chcę, żeby miasteczko zobaczyło, że to, co ten człowiek próbował zniszczyć, podnosi się z ruin. I chcę, żebyś przestała z nim rozmawiać”.
„On nikogo nie skrzywdził”.
Ksiądz Aldous odstawił kieliszek. Wyciągnął rękę i położył dłoń na bordowej księdze, lekko, tak jak kładzie się dłoń na łbie posłusznego psa.
„Powiedziałaś mi kiedyś”, rzekł łagodnie, „że marzysz o wyjeździe. O tym, żeby jechać i jechać, aż nikt nie będzie znał twojego imienia. Pamiętasz? Miałaś dwadzieścia dwa lata. Powiedziałaś, że czasem chciałabyś, żeby twoja matka umarła, bo wtedy mogłabyś odejść”. Uśmiechnął się z ogromnym smutkiem. „Nigdy nie powiedziałem o tym Ruth. Codziennie modlę się za ciebie, żebyś nigdy mnie do tego nie zmusiła”.
Wyszłam w ciemność z rękami drżącymi w kieszeniach. Nie poszłam do domu. Poszłam naokoło, drogą Nadrzeczną, obok martwych sadów i mostu, z którego chłopcy rzucali kamieniami, aż doszłam do tartaku.
W górnym oknie paliło się światło. Ktoś próbował zeszorować czerwoną farbę z desek, ale tylko ją rozmazał, tak że PODPALACZ wyglądał teraz jak coś, co krwawi. Pod starym kołem wodnym rzeka płynęła głośno i czarno. Stałam na podwórzu i cztery razy prawie zawróciłam, a za piątym drzwi się otworzyły i zobaczyłam go w progu, pod światło, w samej koszuli, ze ścierką do naczyń przerzuconą przez ramię.
„Nie powinno cię tu być”, powiedział Silas.
„Nie panu to mówić. To pan przesiaduje w moim kościele”.
„To nie jest twój kościół”. Cofnął się, żeby mnie wpuścić. „Ale lepiej wejdź, zanim ktoś z mostu cię zobaczy, bo doniesie twojemu księdzu, a on to zapisze”.
Tartak wyglądał inaczej, niż się spodziewałam. Wyobrażałam sobie coś dzikiego, mężczyznę gnieżdżącego się w jednej izbie wśród trocin. Tymczasem parter oczyszczono aż do surowego kamienia i zrobiono z niego ciepłe wnętrze: długi stół z odzyskanego dębu, piec na drewno, półki z książkami, a pod przeciwległą ścianą, rzecz zupełnie nie do wiary, stare pianino ze zdjętą przednią płytą i odsłoniętymi młoteczkami, w połowie odnowione, z filcami rozłożonymi rzędami na płótnie.
„Gra pan”, powiedziałam.
„Naprawiam”. Bez pytania nalał mi czegoś bursztynowego, postawił szklankę przy moim łokciu i więcej się do mnie nie zbliżył. Oparł się o piec ze skrzyżowanymi rękami, po drugiej stronie izby, a i tak czułam się bliżej niego, niż kiedykolwiek czułam się na plebanii. „Po co przyszłaś, June?”
„Chcę wiedzieć, dlaczego pan go spalił”.
„Nie, nie chcesz”.
„Nie mów mi, czego chcę”. Te słowa mnie zaskoczyły. Jego też; zobaczyłam, jak coś drgnęło mu w twarzy: głód bardzo bliski zachwytu. „Całe życie wszyscy mi mówią, czego chcę. Matka. Ksiądz Aldous. Podobno Bóg. Mam dwadzieścia pięć lat i nigdy nie wolno mi było chcieć niczego, czego ktoś wcześniej mi nie podał. Więc chociaż ty tego nie rób”.
Długo milczał. Piec tykał. Rzeka mówiła do siebie pod podłogą.
„Powiem ci”, odezwał się w końcu. „Ale nie dziś. Jeśli powiem ci dziś, pójdziesz do domu, uklękniesz i spróbujesz to z siebie wymodlić, a potem znienawidzisz mnie za to, że cię do tego zmusiłem. Nie jesteś jeszcze gotowa przestać mu wierzyć”.
„Komu?”
„Aldousowi”. Powiedział samo Aldous, bez księdza, i zabrzmiało to nago, niemal nieprzyzwoicie. „Wciąż się wzdrygasz, kiedy wymawiasz jego imię. Kiedy weszłaś, spojrzałaś na drzwi, jakbyś sprawdzała, czy da się je zamknąć od zewnątrz”.
Rzeczywiście spojrzałam. Nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy.
„Usłyszałem cię”, powiedział ciszej, „pierwszego lata po powrocie. Drzwi Świętej Agaty zostawiono otwarte na oścież, bo był upał, ja stałem na moście, a ty ćwiczyłaś. Sama. Jakiś hymn, który kiedyś znałem. Stałem na tym moście, aż się ściemniło. Potem wracałem w każdy wtorek. Znam każdy dźwięk, jaki wydaje twój głos, June. Wiem, gdzie jest zmęczony, a gdzie kłamie. Wiem, że w drugiej zwrotce wszystkiego, co śpiewasz dla niego, zaniżasz, bo właśnie tam przestajesz w to wierzyć”. Patrzył na mnie spokojnie. „Nie jestem dobrym człowiekiem. Nie będę udawał, że jestem, żebyś mnie polubiła. Pragnę cię od półtora roku i pragnąłbym dalej, z tego mostu, do końca życia, gdybyś nigdy nie nalała mi tamtej kawy”.
Szklanka w mojej dłoni była zimna. Zdałam sobie sprawę, że oddycham tak, jakbym biegła.
„Poproś, żebym zostawił cię w spokoju”, powiedział, „a zostawię. Przestanę przychodzić w niedziele. Nigdy więcej mnie nie zobaczysz”.
Otworzyłam usta, żeby poprosić. Przysięgam, że je otworzyłam.
A wyszło z nich: „Odprowadź mnie do drogi”.
Odprowadził mnie do drogi. Nie dotknął mnie. Na końcu dróżki przystanął, ja też przystanęłam i przez jedną długą chwilę staliśmy w ciemności, z całym zimnym niebem nad głowami, a przestrzeń między naszymi ciałami drgała jak dzwon, w który ktoś uderzył. Potem odwróciłam się i poszłam do domu.
Później naprawdę zadałam sobie to pytanie. Zadałam je na kolanach, po ciemku, w jedynym kącie Świętej Agaty, gdzie wciąż była posadzka. O drugiej w nocy weszłam na wzgórze, uklękłam w popiele tam, gdzie kiedyś była kaplica Matki Bożej, i powiedziałam: Powiedz mi, co mam robić, i po raz pierwszy w życiu nie usłyszałam odpowiedzi i nie byłam pewna, czy w ogóle jej chcę.
Odpowiedź przyszła w następną niedzielę, kiedy śpiewałam Zostań ze mną, a głos załamał mi się na wysokiej nucie. Nigdy się nie załamał, ani razu przez osiemnaście lat. Pękł na słowach gdy zawiedzie wszelka pomoc, gdy pociecha pierzchnie, wierni poruszyli się niespokojnie na składanych krzesłach, a ksiądz Aldous odwrócił się od osmalonego ołtarza z twarzą pełną cierpliwego rozczarowania.
A z ostatniej ławki, nisko i idealnie czysto, Silas Crane podjął pieśń razem ze mną i śpiewał aż do samego końca.
Jego głos w niczym nie przypominał mojego. Był chropawy w dolnych tonach, był to głos, którego od bardzo dawna nikt nie używał do śpiewania, i niósł melodię tak, jak niesie się coś, co należy do umarłych: ostrożnie, oburącz. Całe miasteczko odwróciło się, żeby się na niego gapić. Nie spojrzał na nikogo z nich. Patrzył na mnie i śpiewał, a ja odnalazłam nutę, bo on ją trzymał, i ostatnią zwrotkę skończyliśmy razem nad poczerniałymi belkami, w życiu i w śmierci, Panie, zostań ze mną, a kiedy pieśń wybrzmiała, cisza na tym wzgórzu była tak zupełna, że słychać było, jak osiada popiół.
Ksiądz Aldous modlił się za jego duszę.
Ja przestałam modlić się za swoją.
Tamtej nocy poszłam do tartaku, choć wcale tego nie postanowiłam. Postanowiły za mnie nogi. O zmierzchu znad grzbietu nadciągnął deszcz i dotarłam na miejsce przemoczona do nitki, z włosami przyklejonymi do karku, a kiedy otworzył drzwi, wystarczyło mu jedno spojrzenie na moją twarz i nie powiedział, że nie powinno mnie tu być.
Dał mi swoją suchą flanelową koszulę i odwrócił się plecami, kiedy przebierałam się przy piecu. Patrzyłam, jak mięśnie jego barków trwają w bezruchu pod koszulą, i rozumiałam, że ten bezruch sporo go kosztuje, więc ostatni guzik rozpinałam wolniej, niż było trzeba.
„Opowiedz mi”, poprosiłam.
Usiadł naprzeciwko mnie przy dębowym stole. Położył na blacie płasko dłonie, tak jak na laminacie w barze, jakby musiał poczuć pod nimi coś solidnego.
„Wiesz, że kiedyś był tu dom dla chłopców”, zaczął. „Za plebanią. Dom Chłopięcy Świętej Agaty. Dwanaście łóżek. Hrabstwo dopłacało Aldousowi za każdego z nas, parafia karmiła nas tym, co zebrała na tacę, a my pracowaliśmy przy obejściu, służyliśmy do mszy i byliśmy wdzięczni. Miałem dwanaście lat, kiedy umarła mi matka, a ojciec nie mógł na mnie patrzeć. Aldous był wtedy młodszy. Miał ten sam głos”. Silasowi drgnęła szczęka. „Harlan Pike był już wtedy jego diakonem. To on zajmował się dyscypliną”.
„Dyscypliną”, powtórzyłam.
„Pod chórem jest pomieszczenie. Było. Składzik przy podziemiach, kamień z trzech stron, żelazne drzwi z zasuwą od zewnątrz. Aldous nazywał je pokojem ciszy. Jeśli byłeś krnąbrny, szedłeś do pokoju ciszy, żeby zastanowić się nad sobą. Bez światła. Rano chleb. Wiadro. Jeden dzień, jeśli miałeś szczęście. Trzy, jeśli Pike miał zły humor”. Już na mnie nie patrzył. Patrzył na pianino po drugiej stronie izby, na jego nagie młoteczki. „Był tam chłopiec, Tommy Vane. Jedenaście lat. Drobny jak na swój wiek. Miał astmę, ciężką, w nocy świszczało mu w piersi i nie dawał innym spać, więc Pike nazwał to krnąbrnością. Luty. Zamknęli go w pokoju ciszy w piątek wieczorem, bez koca”.
Piec zasyczał tam, gdzie deszcz znalazł drogę przez przewód kominowy.
„Próbowałem go wyciągnąć. Z łomem z szopy na narzędzia dotarłem aż do podziemi, zanim Pike mnie złapał, a za to zamknęli mnie w piwnicy na węgiel tuż obok. Dzieliła nas ściana. Stary kamień. Dało się przez nią słyszeć, jak się przyłożyło usta do samego muru. Tommy bał się ciemności, nie mógł porządnie oddychać, a ja nie wiedziałem, co robić. Więc mu śpiewałem”. Głos Silasa nie zmienił się ani trochę i to było w tym najgorsze. „Zostań ze mną. To był jedyny hymn, który obaj znaliśmy co do słowa. Śpiewałem go w kółko, całą noc. Przez jakiś czas śpiewał ze mną. Potem już tylko słuchał. Potem przestałem słyszeć, jak oddycha, a ja śpiewałem dalej, bo myślałem, że jeśli przestanę, to stanie się prawdą”.
Zasłaniałam usta dłonią. Nie pamiętam, kiedy ją tam przyłożyłam.
„Rano mnie wypuścili i powiedzieli, że po Tommy’ego przyjechała rodzina z Ohio. Nie było żadnej rodziny z Ohio. W rejestrze stoi, że Thomas Vane zbiegł. Uciekł. Tydzień później w pokoju ciszy była nowa betonowa podłoga, a Pike miał wapno na butach”. W końcu na mnie spojrzał. „Kiedy miałem trzynaście lat, powiedziałem o tym pracownicy socjalnej z hrabstwa. Ona powiedziała Aldousowi. Aldous powiedział jej, że jestem chłopcem z zaburzeniami, który podkłada ogień. Znalazł zapałki na mojej pryczy; sam je tam podrzucił. Trafiłem do pokoju ciszy na cztery dni. Kiedy wyszedłem, naprawdę coś podpaliłem, June. Drewutnię. Miałem czternaście lat i chciałem, żeby w tym miejscu coś spłonęło. Więc teraz mam kartotekę, a z kartoteką człowiek już na zawsze jest kłamcą”.
„Poszedłeś na policję”, powiedziałam. „Później. Już jako dorosły mężczyzna”.
„Do policji stanowej, czternaście miesięcy temu. Wychowanek bez rodziny, żadnego zgłoszenia zaginięcia, rejestr pisany ręką księdza, według którego chłopak uciekł, i facet, który jako nieletni miał zarzut podpalenia, a teraz twierdzi, że ukochany proboszcz zakopał dziecko. Byli uprzejmi. Zapisali to sobie”. Wykrzywił usta. „Wszyscy w tym miasteczku wszystko zapisują”.
„Więc spaliłeś kościół”.
„Spaliłem podłogę. Ogień podłożyłem w podziemiach, pod chórem. Wiem, jak zawodzi stara instalacja; to mój fach. Chór miał się zapaść i przebić posadzkę pokoju ciszy. Przy takim zawalisku każdy uczciwy śledczy zacząłby kopać. Znaleźliby go”. Rozłożył dłonie na stole. „Tym uczciwym śledczym okazał się Harlan Pike. W jeden dzień wszystko ogrodził. A dwudziestego szóstego wyleją na to fundamenty i Tommy Vane zostanie pod kościołem na zawsze, a parafia przez kolejne sto lat będzie co niedzielę śpiewać nad jego głową”.
Wstałam. Obeszłam stół. Nogi miałam jak nie swoje. Myślałam o każdym wtorkowym wieczorze samotnie na chórze, o tym, jak śpiewałam Bogu całą piersią, a pod kamieniem, pod moimi stopami, słuchały drobne kości.
„Śpiewałam nad nim”, powiedziałam. „Przez osiemnaście lat. Stałam dokładnie nad nim i śpiewałam”.
„Nie wiedziałaś”.
„Aldous wiedział. To on dał mi klucz. Chyba mu się to podobało”. Głos mi się załamał, tym razem nie na nucie, tylko na czymś starszym. „Lubił słuchać, jak tam śpiewam”.
Silas wstał. Był bardzo ostrożny. Obszedł stół, jakbym była zwierzęciem, które lada chwila może się spłoszyć, zatrzymał się na odległość ramienia ode mnie i zobaczyłam, że drżą mu ręce. Człowiekowi, który puścił z dymem cały kościół, drżały ręce.
„June”, powiedział. „Mogę wyjść na dwór. Mogę posiedzieć w pikapie, dopóki nie zechcesz wracać, i cię odwieźć. Nic mi nie jesteś winna za to, że ci powiedziałem”.
„Przestań”. Zrobiłam krok i sama pokonałam tę odległość. „Przestań mi pokazywać drzwi. Wiem, gdzie są drzwi”. Położyłam mu dłoń płasko na piersi i poczułam pod nią jego serce, szamoczące się jak coś, co chce się wydostać. „Całe życie każdą rzecz, jaką wolno mi było mieć, podawał mi ktoś, kto mógł mi ją odebrać. Nie chcę, żeby ktokolwiek mi cokolwiek podawał. Chcę wybrać sama. I wybieram”.
„Powiedz, co wybierasz”. Głos mu schrypł i zszedł nisko, tam, gdzie wcześniej niósł hymn. „Na głos. Nie będę tego wyczytywał z twojej twarzy, bo mógłbym się pomylić”.
„Ciebie”, powiedziałam. „Chcę, żebyś zabrał mnie na górę”.
Wydał z siebie dźwięk, jakiego nigdy nie słyszałam u mężczyzny, niski i bezradny, a potem jego dłonie znalazły się w moich mokrych włosach, a jego usta na moich ustach.
Całowano mnie już wcześniej. Raz, kiedy miałam dziewiętnaście lat, za świetlicą weteranów, dwudziestolatek z kościelnej drużyny softballowej: suchy, nerwowy pocałunek, z którego wyspowiadałam się w następną sobotę i za który klęczałam. To było coś zupełnie innego. To był mężczyzna, który przez półtora roku pragnął mnie z drugiego końca spalonego kościoła i całował mnie tak, jakby od tego pragnienia umierał z głodu. Całował powoli, a potem już nie powoli. Smakował dymem z drewna i deszczem. Kiedy rozchyliłam dla niego usta, jęknął mi w nie i przyciągnął mnie do siebie tak mocno, że moje bose stopy oderwały się od podłogi, a ja zarzuciłam mu ręce na szyję i dałam się unieść.
Zaniósł mnie wąskimi schodami na antresolę, gdzie spał, pod starymi belkami, gdzie szum rzeki dochodził przez deski, a deszcz bębnił tuż nad naszymi głowami. Posadził mnie na brzegu łóżka. Nie położył się przy mnie. Zamiast tego uklęknął na podłodze przede mną, między moimi kolanami, i spojrzał w górę.
„W chwili, w której zechcesz przestać”, powiedział, „przestajemy. Bez żadnych powodów. To nie są drzwi. To po prostu prawda”.
„Wiem”. Dotknęłam jego twarzy, blizny na brwi, szorstkiej szczęki. „Wierzę ci”.
Rozpinał na mnie swoją flanelową koszulę guzik po guziku, tak jak ja przy piecu, i zrozumiałam, że jednak patrzył. Nie spieszył się. Każdy centymetr skóry najpierw oglądał, a dopiero potem dotykał, i to najpierw ustami: obojczyka, zagłębienia u nasady szyi, gdzie mieszkał mój głos, krągłości piersi, a kiedy zamknął wargi na moim sutku, wygięłam się w łuk nad pościelą i usłyszałam, jak wydaję z siebie dźwięk, za który dostałabym tydzień klęczenia na ryżu.
„Właśnie tak”, wymruczał tuż przy mojej skórze. „Ten dźwięk. Tak długo chciałem go usłyszeć”.
A potem zrobił coś, co mnie zupełnie rozbroiło. Przesunął dłonie w dół po moich nagich nogach, uniósł mi kolana, najpierw jedno, potem drugie, i przycisnął usta do każdego z nich, miękko, z czcią, dokładnie tam, gdzie wgryzały się ziarenka, kiedy miałam czternaście lat. O ryżu wspomniałam mu tamtej pierwszej nocy w tartaku, w pół zdania, a on nie odezwał się ani słowem. Zapamiętał.
„Nikt nigdy nie powinien był kazać ci klęczeć”, powiedział, nie odrywając ust od mojej skóry.
Płakałam i było mi wszystko jedno. Pociągnęłam go w górę za koszulę i ściągnęłam mu ją przez głowę; tam też miał blizny, blade ślady oparzeń wzdłuż żeber i długą białą pręgę w poprzek pleców, o którą na razie nie zapytałam. Przywarłam do nich ustami. Chciałam poznać jego ciało tak, jak on, według własnych słów, poznał mój głos: każde miejsce, w którym było zmęczone, każde, w którym kłamało.
Kiedy zsunął się niżej i pocałował wewnętrzną stronę mojego uda, zatrzymał się i znów na mnie spojrzał, z pytaniem w ciemnych oczach, a ja powiedziałam: „Tak”, a potem, bo to było jak śpiew: „tak, proszę, Silas”, i wtedy poczułam tam jego usta.
Nie wiedziałam. Nikt mi nie powiedział, że ciało może być hymnem. Uczono mnie, że ta część mnie to brama piekieł, a on klęczał przed nią jak przed ołtarzem, cierpliwy i wygłodniały, poznawał mnie językiem, aż zaciskałam pięści w jego włosach, wbijałam mu pięty w plecy, a deszcz nad nami brzmiał jak oklaski. Słuchał mnie tak, jak słuchał w niedziele. Kiedy zaniżałam, próbował inaczej; kiedy trafiałam w dźwięk, trzymał go, i trzymał, i trzymał, aż rozsypałam się pod nim z jego imieniem na ustach, a między mną a ciemnością nie zostało już zupełnie nic.
Podciągnął się wyżej i trzymał mnie w ramionach, kiedy drżałam. Wciąż był na wpół ubrany. Czułam przy biodrze, jak bardzo jest twardy, a on nic z tym nie robił, tylko całował moją mokrą twarz i włosy.
„Chcę wszystkiego”, powiedziałam mu, kiedy już mogłam mówić. „Chcę cię w sobie. Jestem pewna”.
Rozebrał się do końca. Sięgnął do szuflady przy łóżku po prezerwatywę, a ręce znów mu drżały, i to mnie rozśmieszyło, naprawdę rozśmieszyło, i on też się roześmiał, bezradnie, w moje ramię. Potem ułożył się nade mną, wsparł na przedramionach i spojrzał mi w twarz.
„Patrz na mnie”, powiedział. „Chcę, żebyś widziała, kto to jest”.
Patrzyłam. Wchodził we mnie powoli, tak bardzo powoli, a rozpierająca pełnia odbierała mi oddech; przy każdym moim dźwięku zatrzymywał się, żeby go odczytać, a kiedy oplotłam nogami jego biodra i sama wciągnęłam go w siebie do końca, zamknął oczy i wypowiedział moje imię jak ostatnie słowo modlitwy.
Poruszaliśmy się razem na antresoli, z rzeką pod nami. Łagodnie nie było długo. Nie chciałam łagodności; miałam za sobą osiemnaście lat ostrożności. Chciałam, żeby ktoś mnie pragnął tak, jak pragnie ogień. Wbiłam paznokcie w blizny po oparzeniach na jego plecach, a on zaczął brać mnie mocniej, głęboko, falami, z ustami przy moim uchu, szepcząc, jak cudownie mnie czuć, jak śnił o tym na moście, jak nigdy, przenigdy nie będzie miał dość, a ja wierzyłam w każde słowo, bo jego ciało mówiło to głośniej. Kiedy sięgnął między nas i zaczął mnie pieścić w rytm pchnięć, doszłam znowu, zaciskając się wokół niego, i poczułam, jak gubi rytm i podąża za mną, drżąc, z twarzą wtuloną w moją szyję, a moje imię wyrywało mu się chrapliwie i nisko, raz za razem, tak jak śpiewa się komuś, żeby nie przestał oddychać.
Potem leżał z głową na mojej piersi, a ja gładziłam jego krótko ostrzyżone włosy i słuchałam deszczu.
„Będą wiedzieć”, powiedziałam. „Ktoś na pewno widział mój samochód”.
„Tak”.
„To dobrze”, odparłam i ze zdziwieniem odkryłam, że mówię szczerze.
Do śniadania wiedzieli już wszyscy. Marla Dean zdjęła mój fartuch z haczyka, podała mi go złożony w kostkę i powiedziała, że nie potrzebuje tu gadania, które ja bym ściągnęła. Matka przyszła pod schodki baru i nie weszła do środka. Stała na chodniku w płaszczu, w którym chodziła do kościoła, i powiedziała: „Twój samochód stał pod tartakiem całą noc”, a kiedy odpowiedziałam, że tak, przeżegnała się i odeszła, a ja patrzyłam, jak odchodzi, z żalem tak starym, że zrósł się ze mną jak ręka czy noga.
W niedzielę ksiądz Aldous wytknął mnie przy osmalonym ołtarzu. Nie po imieniu; nie musiał. Mówił o córce tej parafii, która legła z tym, kto spalił dom Boży, i poprosił wiernych o modlitwę za nią, a każda głowa na każdym składanym krześle obróciła się ku mnie, stojącej na stopniu chóru ze śpiewnikiem w rękach. Harlan Pike się uśmiechał.
Zamknęłam śpiewnik. Położyłam go na popiele. Przeszłam spaloną nawą między krzesłami, a w ostatniej ławce Silas wstał, włożył kapelusz i wyszedł za mną, a za nami nikt nie śpiewał.
Tamtej nocy ktoś wybił cegłami wszystkie okna na parterze tartaku. Do ostatniej cegły gumką recepturką przymocowano kartkę wyrwaną z Biblii. Księga Wyjścia. Nie pozwolisz żyć. Silas bez słowa zmiatał szkło, a ja patrzyłam, jak starannie to robi, i wiedziałam, że jeśli mu pozwolę, pójdzie po ciemku na to wzgórze i dokończy to, co zaczął, i tym razem ktoś zginie.
Więc w czwartek, kiedy ksiądz Aldous pojechał do kurii, jak w każdy czwartek od trzydziestu jeden lat, weszłam na plebanię kluczem, który mi dał, żebym mogła zmieniać kwiaty na ołtarzu.
Księgi Miłosierdzia nie było na kominku. Znalazłam ją w gabinecie, zamkniętą na klucz w dolnej szufladzie biurka, a pod nią jedenaście innych, w tej samej bordowej skórze, sięgających trzy dekady wstecz. Wyłamałam szufladę nożykiem do papieru. Ręce miałam zupełnie spokojne. To przeraziło mnie bardziej niż cokolwiek innego.
Najpierw znalazłam siebie, bo nie mogłam się powstrzymać. J.A., lat 14. Nieczysta ciekawość. Zaleciłem R.A. skarcenie. A dalej: J.A. wyznaje pragnienie wyjazdu do konserwatorium. Pycha. Zagrożenie dla jej duszy i dla chóru. Rozmawiałem z R.A. Znalazłam też matkę, w księdze z czasów, kiedy miałam cztery lata: R.A. wyznaje, że zamierza odejść od męża i zabrać dziecko do siostry w Maine. Doradziłem posłuszeństwo. Zostanie. Została. Zostawała i zostawała, i oddawała mnie w jego ręce, bo nauczył ją, że zostać to świętość.
Potem znalazłam luty sprzed dwudziestu trzech lat i wpis tym drobnym, starannym pismem, który przeczytałam cztery razy na stojąco i jeszcze raz, już siedząc na podłodze.
H.P. wyznaje, że chłopiec Vane zmarł w pokoju ciszy wskutek jego zaniedbania i że na moje polecenie zakopał go pod jego podłogą. Rozgrzeszony. Pokuta: milczenie i służba tej parafii do końca życia.
Zapisał to. Oczywiście, że to zapisał. W ten sposób brał ludzi na własność, nawet tych, którzy kopali dla niego groby.
W pudle w szafie znalazłam stary rejestr Domu, Thomas Vane, zbiegł, włożyłam go do torby razem z księgą, wyszłam frontowymi drzwiami plebanii, obok róż, i nie obejrzałam się za siebie.
Silas przeczytał tę stronę przy dębowym stole, pod jedyną lampą, a ja stałam za nim. Kiedy skończył, zakrył twarz obiema dłońmi i ramiona zaczęły mu drżeć, bezgłośnie, a ja przytuliłam jego głowę do brzucha i pozwoliłam mu płakać.
„Okradłaś księdza”, powiedział w końcu stłumionym głosem.
„Odzyskałam spowiedź”. Uniosłam jego twarz. „Sfotografowałam każdą stronę. Wysłałam zdjęcia tej śledczej, z którą rozmawiałeś, Reyes, i do gazety w mieście. Już poszło. Cokolwiek teraz zrobią, tego nie da się cofnąć”.
Patrzył na mnie, jakbym była ogniem, którego nie on podłożył.
Za koszulę podciągnęłam go z krzesła i zaprowadziłam na górę, a na antresoli położyłam mu dłonie na piersi i pchnęłam, a on usiadł na brzegu łóżka i spojrzał na mnie z dołu.
„Ostatnim razem pozwoliłam ci robić wszystko”, powiedziałam. „Dziś to ja chcę decydować, co się stanie”.
Przełknął ślinę. Widziałam, ile go to kosztuje; to był mężczyzna, który panował nad każdym wtorkiem, każdym telefonem, każdą zapałką. „Tak”, powiedział. „Cokolwiek zechcesz. Mów”.
„Połóż się. Trzymaj ręce na prześcieradle, dopóki ci nie pozwolę”.
Położył się. Zacisnął pięści na prześcieradle. Rozebrałam się przed nim powoli, tak jak nauczył mnie deszcz, i patrzyłam, jak jego oczy czernieją, a pierś faluje, i nigdy w życiu nie czułam się tak potężna, tak święta, tak bardzo należąca wyłącznie do siebie. Jego też rozebrałam. Całowałam go, schodząc coraz niżej, nie spiesząc się: blizny po oparzeniach, długą białą pręgę, dla której kazałam mu przewrócić się na brzuch, a potem z powrotem, twardy, płaski brzuch, a kiedy wzięłam go w dłoń, wypowiedział moje imię przez zaciśnięte zęby jak człowiek w gorączce.
„Mogę cię dotknąć?” zapytał z wysiłkiem. „Proszę”.
„Jeszcze nie”.
Sama nałożyłam mu prezerwatywę, niezgrabnie i ze śmiechem, a potem usiadłam na nim okrakiem i opuszczałam się na niego powoli, centymetr po centymetrze, patrząc mu w twarz. Wygiął się nad materacem i zaklął, knykcie zbielały mu na prześcieradle i już takie zostały. To ja nadawałam rytm. Nadawałam go powoli, aż zaczął błagać, a potem pozwoliłam mu błagać jeszcze chwilę, bo mogłam, bo to był dźwięk, który chciałam usłyszeć.
„Teraz”, powiedziałam. „Teraz mnie dotknij”.
Chwycił mnie za biodra, jakby czekał na to całe życie, i trzymał mnie, kiedy się na nim poruszałam, i uniósł się, żeby wziąć moją pierś w usta, a ja ujeżdżałam go, aż antresola się rozmyła, a rzeka zahuczała, i doszłam z odrzuconą w tył głową, śpiewając na cały głos, i nie było w tym ani nuty hymnu. Doszedł chwilę po mnie, przyciskając mnie do siebie, z twarzą przy moim sercu.
„Masz mnie na własność”, wydyszał prosto w moją skórę, zupełnie rozbity. „Rozumiesz to? Jestem twój od tamtego mostu”.
„Nie”, odparłam i pocałowałam go we włosy. „Nikt już nikogo nie ma na własność. W tym cały sens”.
Śledcza Reyes zadzwoniła dwudziestego piątego. Uwierzyła nam. Potrzebowała sędziego, a sędzia prowadził proces dwa hrabstwa dalej, więc nakaz miał przyjść nazajutrz do południa. Betonowozy zamówiono na siódmą.
„Pięć godzin”, powiedział Silas, a ja patrzyłam, jak podchodzi do okna i spogląda na wzgórze, i wiedziałam, co w myślach odmierza.
„Stanę tam”, powiedziałam. „O świcie. Dokładnie nad pokojem ciszy. Będą musieli zalać mnie betonem na oczach całego miasteczka”.
Nie podobało mu się to. O zmierzchu wyszedł poszukać wykonawcy, przemówić mu do rozsądku albo zrobić coś gorszego, i kazał mi obiecać, że zostanę w tartaku. To była jedyna obietnica, jaką mu kiedykolwiek złamałam. O jedenastej wzięłam jego latarkę i wspięłam się na wzgórze, bo nie mogłam znieść myśli, że Tommy Vane spędzi tam jeszcze jedną noc sam, bez nikogo, kto by mu śpiewał.
Schody do podziemi były w połowie zasypane gruzem. Zeszłam po nich na czworakach. Na dole, pod czarnymi, zwalonymi belkami chóru, żelazne drzwi pokoju ciszy wciąż tkwiły w kamiennej framudze, przerdzewiałe na amen, z zasuwą od zewnątrz. Szarpałam je, kiedy za moimi plecami zapaliło się światło latarki, nie mojej.
„Zastanawiasz się nad sobą, June?” odezwał się Harlan Pike.
Widział już pustą szufladę; Aldous do niego zadzwonił. Nie zapytał o księgę. Uderzył mnie raz w twarz wierzchem dłoni, tak mocno, że kamienna posadzka wyszła mi na spotkanie, a kiedy jeszcze klęczałam, szarpnięciem otworzył żelazne drzwi, które zawyły w zawiasach, wrzucił mnie w ciemność i zasunął zasuwę.
Przez drzwi usłyszałam głos księdza Aldousa, spokojny i pełen smutku; schodził po schodach. „Dziewczyna młodego Crane’a”, powiedział. „Podłożyła dla niego drugi ogień. Powiedzą, że nie była przy zdrowych zmysłach. Niech Bóg jej przebaczy”.
A potem poczułam zapach nafty.
Pokój ciszy był wielkości konfesjonału. Podłoga była betonowa, kamienne ściany wilgotne i porysowane, a kiedy wodziłam po nich w czerni drżącymi rękami, wyczuwałam litery, imiona wyryte gwoździami i guzikami przez chłopców dawno dorosłych albo dawno martwych. Pod drzwi zaczął się wsączać dym, szary w pomarańczowej szczelinie światła. Waliłam w żelazo, aż pięści zaczęły mi krwawić. Krzyczałam. Odpowiadał mi ogień, niskim, pracowitym pomrukiem po drugiej stronie.
A potem, bo nic innego już we mnie nie zostało, i dlatego, że kiedyś na tej podłodze leżał chłopiec, przerażony i niezdolny złapać tchu, zaczęłam śpiewać.
Zostań ze mną, bo już zapada zmrok.
Śpiewałam z ustami przy kamieniu. Śpiewałam na kolanach, na betonie, który go przykrywał, tak jak Silas śpiewał przez ścianę. Dym gęstniał, głos mi się strzępił, a ja nie zaniżyłam, ani razu, ani w drugiej zwrotce, ani nigdzie indziej. Gdy zawiedzie wszelka pomoc, gdy pociecha pierzchnie. Śpiewałam każde słowo z całego serca i żadne nie było dla Boga. Były dla Tommy’ego. Były dla mnie.
Byłam w połowie trzeciej zwrotki, na wpół uduszona, kiedy zza drzwi pod mój głos wsunął się inny, chropawy w dolnych tonach, idealnie czysty.
Łom uderzył w zasuwę. Uderzył znowu. Żelazo wrzasnęło i puściło, drzwi otworzyły się na ogień i wszedł przez nie Silas Crane z płaszczem narzuconym na głowę, postawił mnie na nogi i wyprowadził przez płonące gruzowisko, po tych zasypanych schodach, na powietrze, a ja nie przestałam śpiewać, dopóki nie poczułam trawy pod stopami.
Był na moście. Oczywiście, że był. Wrócił do tartaku, zastał go pusty i poszedł w jedyne miejsce, do którego zawsze chodził, żeby mnie słuchać.
Ksiądz Aldous stał przy furtce i patrzył, jak płoną podziemia, a jego białe włosy lśniły w blasku złotem. Pikap Pike’a zjeżdżał już ze wzgórza, zarzucając tyłem. Silas posadził mnie pod dzwonnicą, podszedł do księdza, chwycił go za kołnierz i powlókł w stronę zejścia do podziemi, gdzie huczał ogień, a Aldous wreszcie zaczął modlić się na głos.
„Silas”. Ledwie mogłam mówić. „Silas, nie. Spójrz na mnie”.
Zatrzymał się na skraju płomieni, ze starcem na wpół przewieszonym nad nimi.
„Jeśli go spalisz, zostanie męczennikiem”, wychrypiałam, „a ty potworem, i nikt nigdy nie zacznie kopać. Spaliłeś kościół, żeby ludzie zobaczyli. Niech teraz zobaczą ich. Proszę. Chcę cię mieć przy sobie. Nie chcę cię widzieć za kratami”.
Długo się nie ruszał. Ogień oświetlał bliznę na jego brwi. Potem rzucił Aldousa na trawę, z dala od płomieni, wrócił, uklęknął przy mnie i ukrył twarz w moich kolanach, a w dole wzgórza rozległy się syreny, wozy strażackie z hrabstwa, a za nimi samochód Reyes, która była w drodze od północy, bo sędzia podpisał nakaz wcześniej, a u wylotu drogi Nadrzecznej policjant stanowy przyciskał Harlana Pike’a twarzą do asfaltu.
Thomasa Vane’a znaleziono w pierwszym tygodniu grudnia, pod dwudziestoma ośmioma centymetrami starego betonu, owiniętego w szatę chórzysty.
Harlan Pike przyznał się do winy w styczniu i opowiedział prokuraturze wszystko, jak to robią mężczyźni, kiedy to, co nimi władało, zostanie odczytane na głos. Księdzu Aldousowi postawiono zarzuty w lutym. Diecezja przysłała człowieka w szarym garniturze, żeby powiedział kilka słów o gojeniu się ran. Gazeta w mieście wydrukowała wpisy z Księgi Miłosierdzia, ze wszystkich dwunastu tomów, podając tylko inicjały, i przez miesiąc nikt w Bethany Falls nie potrafił spojrzeć nikomu w oczy, bo każdy został zapisany.
Niektórzy w miasteczku wciąż spluwali, kiedy przejeżdżał pikap Silasa. Niektórzy przychodzili do tartaku z zapiekankami i nie potrafili powiedzieć, za co przepraszają. Marla Dean nalewała mu kawę, zanim o nią poprosił. Czerwone litery na deskach wyblakły w zimowych deszczach, aż dało się je odczytać tylko wtedy, gdy się już wiedziało, co tam stoi.
Matka przyszła do tartaku w marcu. Stanęła na podwórzu w swoim kościelnym płaszczu, tak jak stała pod schodkami baru, ale tym razem weszła. Usiadła przy dębowym stole i obracała różaniec w palcach, raz za razem, aż w końcu powiedziała: „Powinnam była wyjechać do Maine”, a ja odpowiedziałam: „Tak”, i trzymałyśmy się za ręce ponad stołem, i płakałyśmy jak dwie małe dziewczynki.
Tommy’ego pochowaliśmy w kwietniu, na cmentarzu miejskim, nie przy kościele. Ruiny Świętej Agaty wciąż stoją ogrodzone na swoim wzgórzu. Nikt nie zaproponował, że je odbuduje.
Zaśpiewałam nad jego grobem. Zostań ze mną, od początku do końca, pod otwartym wiosennym niebem. W drugiej zwrotce, gdzieś z tyłu skromnej garstki żałobników, wsunął się pod mój głos inny, chropawy, idealnie czysty, a ja nie zaniżyłam. Od tamtej pory nigdy już w tej pieśni nie zaniżam.
Tamtej nocy pianino było gotowe. Silas grał na nim fatalnie, śmiałam się z niego, a on posadził mnie na zamkniętej klapie, stanął między moimi kolanami i zapytał, tak jak zawsze pyta, a ja powiedziałam tak, tak jak zawsze mówię, i nie zdążyliśmy dojść na górę. Potem leżałam na jego piersi, na podłodze przy piecu, z wciąż rozedrganą skórą, a on jednym palcem wypisywał mi wzdłuż kręgosłupa słowa hymnu.
Konserwatorium przyjęło mnie we wrześniu. Mam dwadzieścia sześć lat. Silas wynajmuje warsztat dwie ulice od sal, w których ćwiczę, naprawia pianina połowie miasta, a w wieczory, kiedy występuję, kupuje bilet na ostatnie miejsce w ostatnim rzędzie, za każdym razem, choć sto razy mu mówiłam, że mógłby siedzieć z przodu.
Ksiądz Aldous modli się dziś podobno za własną duszę, w celi bez okien. Ma mnóstwo czasu, żeby zastanowić się nad sobą.
Ja już się nie modlę. Śpiewam. A w ostatnim rzędzie, z kapeluszem na kolanach, mężczyzna, który spalił mój kościół, siedzi w ciemności i słucha, jakby każda nuta była listem, który napisałam wyłącznie do niego.
I każda nim jest.
✦ Koniec rozdziału nr 05 ✦