Nowy Grzech
← Archiwum

Rozdział nr 09

Gość z dziewiątki

Co zimy bierze ten sam pokój tej samej nocy i każe jej wypowiedzieć na głos godzinę, o której podpisała wstrzymanie poszukiwań jego brata. W tym roku halny zamyka przełęcz i w całym hotelu nie zostaje nikt, kto mógłby ich usłyszeć.

  • 38 min czytania
  • 61 284 odsłony
  • Wymuszona bliskość
  • Obsesja
  • Powolny żar
  • Moralna szarość
Ostrzeżenia

Treści seksualne · Przemoc · Śmierć · Żałoba · Lawina · Wypadek w górach

Zawsze przyjeżdża ostatnim pociągiem, który jeszcze zdoła wjechać w dolinę, i zawsze prosi o dziewiątkę.

Lina kolejki zaczyna śpiewać dwadzieścia po piątej, co w lutym oznacza zupełną ciemność, a ja wiem, że to on, tak jak się wie, że idzie gorączka, zanim jeszcze zrobi się gorąco. Bronka też wie. Wyłącza w kuchni radio, co jest jej sposobem na przeżegnanie się bez użycia rąk, a ja stoję za recepcją Grand Hotelu Mnich z dłońmi płasko rozłożonymi na księdze meldunkowej i czekam na drzwi.

Osiemdziesiąt jeden pokoi. Na ten tydzień zarezerwowano czworo gości; wszyscy odwołali do czwartku z powodu prognozy. Zostaje więc: jeden gość, jedna nocna recepcjonistka i jedna kucharka, która pracuje w tym budynku od tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego pierwszego roku.

Mosiężne drzwi ze szkłem obracają się i pierwsze wchodzi zimno, czysta płyta mrozu pachnąca żelazem i żywicą. Potem on.

Śnieg na ramionach czarnego wełnianego płaszcza. Śnieg w ciemnych włosach, za długich jak na mężczyznę, którego włosy nie obchodzą. Ma trzydzieści sześć lat i wygląda starzej niż pierwszej zimy, ale tylko wokół oczu, tak jak starzeją się ludzie, którzy bez przerwy robią jedną trudną rzecz przez bardzo długi czas. Otrzepuje buty o wycieraczkę, dwa razy, lewy, potem prawy, dokładnie tak samo jak w zeszłym lutym i w lutym przedtem.

„Dobry wieczór”, mówię.

„Dobry wieczór.”

Podchodzi do recepcji i hol z osiemdziesięcioma jeden pustymi pokojami nad nim robi się małym pomieszczeniem.

„Poproszę dziewiątkę”, mówi.

„Dziewiątka jest wolna.”

„Zwykle jest.”

Obracam księgę. Podpisuje się powoli, tym prostym pismem architekta, W. Zawada, a w kuchni Bronka trzaska pokrywką o garnek, jakby się na ten garnek gniewała.

Kładę klucz na blacie. To prawdziwy klucz; Mnicha nigdy nie tyle remontowano, ile w kółko łatano, a zawieszka to mosiężny romb z wybitą dziewiątką, wytarty do połysku z obu stron przez trzy zimy jego kciuka i nie wiadomo ile tysięcy kciuków przedtem. On go nie bierze.

Patrzy na mnie. To jest ta chwila.

„Proszę powiedzieć”, mówi.

Zegar w holu jest najgłośniejszą rzeczą w budynku. Ma powolne wahadło, spóźnia się cztery minuty na tydzień, a ja go nakręcam w niedzielne wieczory, stojąc na krześle.

„Zero dwa czternaście”, mówię.

Bierze klucz. „Dziękuję.”

To wszystko. Nigdy nie było tego więcej. Wchodzi po schodach, mijając jelenie poroża i fotografie mężczyzn w wełnianych pumpach, trzymających czekany jak trofea, a ja słyszę zamek dziewiątki i stoję bardzo nieruchomo za recepcją, dopóki ręce mi nie znieruchomieją.

Bronka wychodzi z miską.

„Żurek”, mówi. „Zjedz ciepły. Chociaż raz w życiu.”

„Później.”

„To samo mówiłaś w dwa tysiące dwudziestym trzecim.” I tak stawia miskę na blacie, na suknie, na którym niczego nie wolno stawiać, bo ma siedemdziesiąt cztery lata, a zasady są dla innych ludzi. „Przyjechał tu w taką zawieruchę. Nie ma dobrze w głowie.”

„Zna ten śnieg lepiej niż ktokolwiek w tej dolinie.”

„No właśnie to powiedziałam”, odpowiada Bronka i wraca do swojej kuchni.

Zupa paruje i zamgla szkiełko barometru na ścianie, a ja patrzę, jak wskazówka za tą mgiełką leci dalej w dół, tak jak leci od południa.


Jego brat nazywał się Jerzy Zawada. Jurek, na okładkach czasopism. Dwanaście ośmiotysięczników, cztery zimą, twarz stworzona do zdjęć i śmiech, który słychać było przez całe schronisko o drugiej w nocy. Jeśli wyrosłeś w tej dolinie, znałeś go tak, jak dzieci gdzie indziej znają piłkarzy.

Siedemnastego lutego trzy lata temu Jurek Zawada i czeski wspinacz Ondřej Malý weszli w Czarny Żleb po północnej stronie Mnicha, przy warunkach określonych tego ranka jako znaczne, co jest słowem oznaczającym: każdego innego dnia zawróciłbyś do domu.

O 21.40 zgłoszono ich jako niepowracających. O 23.15 pierwszy zespół wszedł ze schroniska.

O 1.50 kierownik akcji zameldował się przez radio w centrali, a ja zapisałam to, co powiedział, własnym charakterem pisma, które do dziś da się odczytać, bo nie piszę chwiejnie nawet wtedy, gdy trzęsą mi się ręce. Lawinisko przeszliśmy. Pełne poszukiwanie detektorami, obie siatki, brak sygnału. Stok powyżej wisi, mocno obciążony, transport śniegu przez wiatr trwa. W mojej ocenie ten stok zejdzie ponownie. Nie wprowadzę pod niego ludzi po ciemku.

O 2.14 podpisałam wstrzymanie.

To jest cała moja wina w jednym zdaniu. Byłam dyżurną koordynatorką; naczelnik siedział po drugiej stronie masywu ze zbitym radiem i człowiekiem ze zmiażdżoną miednicą, więc decyzja spłynęła na dyżurkę, a dyżurką byłam ja. Trzydzieści lat, osiem lat w służbie, opinia osoby spokojnej. Przeczytałam meldunek i dane o wietrze, napisałam akcja wstrzymana do świtu i podpisałam się pod tym, i pamiętam, że miałam idealny charakter pisma.

Weszli z powrotem o 6.40. Ondřeja znaleźli o 7.05, trzy metry pod śniegiem, martwego od zejścia lawiny.

Jurka Zawadę znaleźli o 9.20, w komorze powietrznej wielkości szafy, pod dwoma metrami lawiniska, z rękami skrzyżowanymi na piersi i nasuniętym kapturem. Odgarnął sobie dłońmi przestrzeń przed twarzą. Obok niego była jama, którą wygrzebywał, cierpliwie, tak jak się kopie, kiedy się wierzy, że ktoś idzie.

Żył co najmniej sześć godzin. Pewnie dłużej. Sześć godzin od zejścia lawiny to czwarta rano. Ja podpisałam o 2.14.

Więc tak to wygląda: sto sześć minut, i cokolwiek było potem, i to, że przeszukanie detektorem trwa dwadzieścia minut, kiedy się wie, gdzie szukać, i to, że na papierze jest moje nazwisko.

Odeszłam ze służby w marcu. Nie poszłam na pogrzeb, bo nie zniosłabym tego, że ktoś mnie tam zobaczy. Przyjechałam tu w kwietniu i poprosiłam o noce. Noce są pracą dla kogoś, kto nie chce, żeby go spotykano: bierzesz recepcję o dziesiątej, oddajesz o szóstej, a pomiędzy wpisujesz godziny do księgi. Jestem wybitnie dobra we wpisywaniu godzin do księgi.

Pierwszego roku, kiedy przyjechał, podniosłam wzrok, rozpoznałam kości zmarłego w żywej twarzy i zrozumiałam, że moje życie mnie odnalazło. Nie krzyczał. Nigdy nie krzyczał.

„Wiem, kim pani jest”, powiedział.

„Tak”, powiedziałam.

„Nic pani nie zrobię. Chcę tylko, żeby pani wiedziała, że jestem w budynku.”

Został na tydzień. A ostatniego ranka, kiedy o szóstej przyniosłam mu rachunek, zapytał, o której to podpisałam, powiedziałam mu, i coś w nim usiadło na swoim miejscu, tak jak układa się pies, który wreszcie usłyszał samochód na drodze. Potem drugiego roku ta sama prośba, ten sam pokój, to samo pytanie, aż stało się to obrzędem i oboje znaliśmy odpowiedzi.

Nie umiem wytłumaczyć, co to znaczy, że czeka na ciebie ktoś, kto cię nienawidzi. Wszyscy inni na tej górze są dla mnie dobrzy, a ta dobroć jest rodzajem śniegu: przykrywa wszystko, można po niej chodzić i nic pod spodem nie jest widoczne. On jeden patrzy na mnie i widzi prawdziwy grunt.

Nigdy żywej duszy nie powiedziałam, że odliczam dni do lutego.

Do dziesiątej tej nocy rozkręca się halny.

To wiatr, który ma imię, i to powinno coś mówić. Przychodzi znad grani od południa, ciepły i suchy, zupełnie nie na tę porę roku, i wali w dolinę setką na godzinę przez dwa dni. Starzy ludzie zwalają na niego bóle głowy, zatrzymania serca i rozpady małżeństw. W rzeczywistości robi zaś tyle, że zdziera z grani metr zeszłotygodniowego suchego śniegu i doładowuje nim stoki zawietrzne, po trzydzieści centymetrów na godzinę, w deski, które nie leżą na niczym.

O 22.20 staje kolejka, bo wiatromierz na podporze bije w skalę. O 23.05 zarząd dróg zamyka przełęcz w obu kierunkach, a człowiek, którego nigdy w życiu nie widziałam, mówi: „Pani Zofio, jesteście tam na górze zdani na siebie, dopóki się nie uspokoi”, a ja dziękuję i wpisuję godzinę do księgi. O 23.40 wysiada prąd i przejmuje agregat.

O północy robię obchód, a on jest na galerii.

Stoi przy podłużnym oknie na końcu korytarza pierwszego piętra, tym wychodzącym na północ, w szarym swetrze z podwiniętymi rękawami, ze szklanką herbaty od Bronki w dłoni. Okno jest całkiem białe i ruchome. Nie widać modrzewia z dziesięciu metrów.

„Zamknięta”, mówię mu. „Przełęcz. W obie strony.”

„Wiem. Słyszałem, jak pług zawracał na zakręcie.” Nie odrywa wzroku od szyby. „Niech pani jutro trzyma się z dala od północnej strony. Od całej. Leży tam metr świeżego śniegu na zlodzonej skorupie po styczniowym deszczu, a halny doładowuje zawietrzną. To zejdzie. Prawdopodobnie zejdzie jeszcze po ciemku.”

„Mówi pan jak komunikat lawinowy.”

„Ja piszę ten komunikat”, mówi.

Zatyka mnie. Przez trzy lata nie zadałam mu ani jednego pytania o niego samego, z czegoś, co nazywałam przyzwoitością, a co było tchórzostwem.

„Od kiedy?”

„Od jesieni po tamtym.” Odwraca się. W bursztynowym świetle jego oczy mają kolor mokrego łupku, są zmęczone i spokojne. „Robię regionalny komunikat lawinowy dla tego sektora. Siedzę o szóstej rano w pokoju z profilami śniegu i danymi o wietrze, i do siódmej decyduję, co powiedzieć każdemu idiocie z parą nart, w czterech językach.”

„Po co?”

„A jak pani myśli?”

„Bo chce pan być tym, który wie na czas”, mówię, zanim zdążę się powstrzymać.

Coś przechodzi mu przez twarz i znika. „Niech pani dokończy obchód, pani Zofio.”

Kończę obchód. Kocioł na czterech barach. Narciarnia zamknięta. Gaz odcięty przy ścianie. Drzwi przeciwpożarowe, wschodnie i zachodnie. I przez całe osiemnaście minut myślę: tamtej nocy on też wiedział, co zrobi śnieg. Nie tamtej nocy; nie było go na górze, nie było go na zezwoleniu ani na żadnej liście. Ale nikt nie wybiera sobie zawodu, którego całą istotą jest mówienie ludziom prawdy o śniegu, zanim będzie za późno, z miłości do śniegu.

O drugiej w nocy siedzę przy recepcji z otwartym dziennikiem i odkręconym piórem, nie pisząc, a kiedy wskazówki dochodzą do tego miejsca, czuję to, co czuję każdej nocy: nie do końca poczucie winy. Wina jest ciepła. To jest zimny, płaski spadek windy, która rusza w dół.

Zero dwa czternaście.

Na schodach kroki. Przechodzi przez hol w samych skarpetkach, z butami w ręku, i zaczyna je sznurować przy wygasłym kominku.

„Dokąd pan idzie?” pytam. „Tam wieje jak w huraganie.”

„Na taras. Chcę to usłyszeć.”

Powinnam mu pozwolić. Jest dorosłym mężczyzną i zna tę górę lepiej, niż ja ją kiedykolwiek poznam. Zamiast tego wychodzę zza recepcji, czego przez trzy lata nie zrobiłam ani razu, kiedy on był w pomieszczeniu.

„Nie”, mówię. „W tym hotelu jest jeden gość, jedna kucharka i ja, droga jest zamknięta, kolejka stoi, a śmigłowiec w tym nie poleci. Jeśli źle postawi pan tam po ciemku nogę, nie zniosę pana z tej góry. Jutro, za dnia, ja przy oknie, i bierze pan radio.”

Wiatr uderza w zachodnią ścianę i wszystkie szyby w holu wzdrygają się naraz.

Odstawia but bardzo powoli na parkiet. „Niech pani to powtórzy.”

„Słyszał pan.”

„Chcę usłyszeć to jeszcze raz.”

I rozumiem, z wrażeniem, jakby podłoga się przechylała, co właśnie zrobiłam przy tym akurat człowieku. Podjęłam decyzję. Na głos. O czyimś bezpieczeństwie. Pierwszy raz, odkąd podpisałam się na kartce papieru o zero dwa czternaście.

„Nie wyjdzie pan w to. To moja decyzja. Dziś ja odpowiadam za ten budynek.”

Siada z powrotem i przeciera dłonią usta, a przez jedną sekundę jest tak podobny do zdjęć swojego roześmianego brata, że muszę odwrócić wzrok.

„Dobrze”, mówi Wit Zawada. „Dobrze, Zofio.”

Pierwszy raz od trzech lat wypowiada moje imię bez pani przed nim, i przechodzi to przeze mnie jak ręka przez zasłonę.

Przez dwa dni burza tylko się wzmaga, a my troje wpadamy w dziwną domowość ludzi zamkniętych w wielkim budynku. Bronka gotuje tak, jakby spodziewała się jedenastu wycieczek autokarowych, i zaczyna odkładać mu skwarki z pieczeni, co w jej języku jest wyznaniem miłości. Zaspa po północnej stronie podchodzi ponad parapety parteru, więc światło w sali śniadaniowej robi się niebieskie i powolne, jak światło przepuszczone przez falę.

A on zaczyna się pojawiać tam, gdzie pracuję. Nie chodzi za mną. Po prostu się zjawia. Wychodzę z kotłowni, a on jest na schodach z książką, której nie czyta. Idę sprawdzić stojaki, a on siedzi na ławce w narciarni i smaruje krawędzie pary starych drewnianych nart turowych, które znalazł w piwnicy, i nie podnosi wzroku, a ja pracuję z cierpnącymi plecami.

Drugiej nocy jestem w bieliźniarce i liczę prześcieradła, bo Bronka uznała, że inwentarz kłamie. On staje w drzwiach z latarką.

„Skręcisz sobie kark po ciemku”, mówi i rzuca snop światła na półkę nad moją głową.

„Wiem, gdzie co leży.”

„Wiesz, gdzie co leży, w całym tym budynku.” Mówi to jak spostrzeżenie, nie jak komplement. „Obchodzisz go cztery razy na noc. Osiemnaście minut. Na nieparzystych obchodach idziesz najpierw korytarzem zachodnim, na parzystych wschodnim, żeby żadne miejsce nie zostało bez oka dłużej niż dwie godziny.”

Odwracam się. Opiera się o framugę, z twarzą w ciemności za latarką.

„Liczył pan moje obchody.”

„Trzy lata.”

„Dlaczego?”

„Bo pierwszego roku przyjechałem tu patrzeć, jak cierpisz”, mówi zupełnie równo, „a zamiast tego patrzyłem, jak kobieta o czwartej nad ranem sprawdza drzwi przeciwpożarowe w pustym hotelu, i od tamtej pory nie umiem tego odłożyć.”

Pomieszczenie ma półtora metra szerokości. Za moim kręgosłupem wieża złożonych prześcieradeł, w drzwiach mężczyzna z latarką, a wiatr szlifuje nad nami dach dźwiękiem, jaki wydaje się gardłem.

„Chcesz, żebym cierpiała?”

„Tak.”

„To dobrze.”

„Nie”, mówi. „Wcale nie dobrze. Chcę tego, nic z tego nie mam i wciąż po to wracam. Rozumiesz, że nie mam w kalendarzu niczego innego? Mam mieszkanie w Zakopanem z czterema krzesłami i pracę, która zaczyna się o szóstej, i co roku mniej więcej od listopada zaczynam myśleć o siedemnastym lutego i o tym, co zrobi twoja twarz, kiedy każę ci powiedzieć tę godzinę.”

Stawia latarkę na półce, wciąż zapaloną, tak że światło kładzie się płasko wzdłuż poskładanej pościeli i rzuca nas oboje w sylwetach na ścianę.

„To mam zamiast życia. Więc powiedz mi, które z nas jest karane.”

Mogłabym powiedzieć sto rzeczy. Mówię:

„Trzy godziny i sześć minut. Od chwili, kiedy podpisałam, do chwili, w której według protokołu już go pewnie nie było. Mam to co do minuty. To jedenaście tysięcy sto sześćdziesiąt sekund, leżałam w tamtym pokoju na dole i je liczyłam, a policzenie ich zajmuje trzy godziny i sześć minut, i jest to jedyna pożyteczna rzecz, jaką w życiu odkryłam.” Mój głos ucieka gdzieś wysoko i obco. „Więc kiedy każesz mi powiedzieć liczbę, niczego mi nie mówisz. Jesteś tylko jedynym żywym człowiekiem, który mówi ją na głos.”

Pokonuje te półtora metra. Nie dotyka mnie. Kładzie jedną dłoń płasko na półce przy mojej głowie i zatrzymuje się, na tyle blisko, że widzę mały biały ślad blizny w jego brwi i to, że oddycha, jakby właśnie na coś wszedł.

„Powiedz to teraz”, mówi cicho.

„Zero dwa czternaście.”

„Jeszcze raz.”

„Zero dwa czternaście.”

Jego głowa opada, aż czoło jest prawie przy moim. Prawie. Nigdy do końca. Czuję jego żar całym przodem ciała, w uszach mam huk, który po części jest halnym, a w większości nie jest, i chcę, z gwałtownością, która mnie przeraża, zamknąć te ostatnie dwa centymetry.

„Nie mogę”, mówi.

„Wiem.”

„Nie mogę i nie zrobię tego.” Jego dłoń zacisnęła się w pięść na pościeli. „Bo jeśli zrobię to raz, przestanę umieć cię nienawidzić, a on był jedynym bratem, jakiego miałem.”

Zabiera latarkę i wychodzi, a ciemność spada na mnie jak woda, i stoję z walącym sercem i otwartymi ustami, i długo się nie ruszam.


Siedemnasty nadchodzi z wyjącym wiatrem.

Przez cały dzień hotel jęczy jak statek. Bronka kładzie się spać o ósmej z różańcem, zatyczkami do uszu i pewnością siebie kobiety, która przetrwała gorszą pogodę i dwa ustroje. O dziesiątej biorę recepcję. Nie ma czym zarządzać: żadnych przyjazdów, żadnych wyjazdów, żadnych kluczy do wydania prócz jednego, a ten jeden jest już wydany.

O północy robię obchód, nie po kolei, dwa razy korytarzem zachodnim, czego nigdy nie robiłam. Pod drzwiami dziewiątki leży pasek światła.

O drugiej siadam i patrzę na zegar.

Oto czego nie przyznałam nigdy nikomu. Od trzech lat czekam, aż ktoś wejdzie w tę dolinę, położy mi dłoń na karku i powie: tak, to byłaś ty, i teraz jest po wszystkim, i możesz przestać. Nie przebaczenie; przebaczenie to słowo z cieplejszego kraju. Zwolnienie. To właśnie robię z moimi drzwiami przeciwpożarowymi i moimi osiemnastoma minutami. Odsiaduję wyrok i czekam na pismo od naczelnika zakładu.

Nikt nie wysyła pisma. Nie ma żadnego naczelnika. Jest człowiek w dziewiątce, który chce tego samego co ja, tylko z drugiej strony, i zegar z powolnym wahadłem.

Wskazówka minutowa przeskakuje. Zero dwa czternaście.

Odkładam pióro i wstaję, i nie biorę latarki. Staję pod dziewiątką z mosiężną dziewiątką na wysokości oczu i pukam dwa razy.

Drzwi otwierają się natychmiast, jakby stał za nimi. Może stał. Na stole pali się lampa naftowa, bo on też nie ufa agregatowi, a pokój za nim ma złoty kolor starych wnętrz w kiepskim świetle, i on jest w koszuli na wpół rozpiętej, boso, i od kilku dni nie spał.

„Jest druga czternaście”, mówię.

„Wiem.”

„Nie powiem tego. Nie dziś.”

Zaciska szczękę. „To po co przyszłaś?”

„Bo przez trzy lata ani razu nie zapytałeś, czego ja chcę, a ja ani razu ci tego nie powiedziałam, i mam już dość bycia rzeczą, na którą przyjeżdżasz popatrzeć aż tu, na tę górę.”

Gdzieś pod nami wali i wali okiennica.

„To mi powiedz”, mówi.

„Chcę, żebyś przestał czekać w drzwiach.”

Nie rusza się. Chwytam framugę po obu jego stronach, obiema rękami, tak że moje ramiona są drzwiami, i mówię to porządnie, bo spędziłam trzy lata jako kobieta, która nie umiała wypowiedzieć na głos prostego zdania.

„Chcę, żebyś mnie dotknął. Proszę cię o to. Nie jako o przeprosiny, nie jako o pokutę i nie po to, żebyś mógł sobie potem powiedzieć, że coś mi zabrałeś. Chcę tego dla siebie. Jeśli ty nie chcesz, powiedz teraz, a ja zejdę na dół nakręcić zegar i nigdy nie będziemy o tym mówili.”

„Zofia.”

„Tak albo nie.”

„Tak”, mówi głosem, jakiego u niego nie słyszałam, wyrwanym wprost z piersi. „Boże, tak. Od dwóch lat tak.”

A potem jego usta są na moich.

Nie jest łagodnie. Nie prosiłam o łagodnie. Wsuwa jedną dłoń w moje włosy u nasady czaszki, drugą kładzie mi na talii, wprowadza mnie tyłem do dziewiątki i zatrzaskuje nogą drzwi, a dźwięk tego zamka jest najgłośniejszą rzeczą, jaka mi się w życiu przydarzyła. Smakuje herbatą i zimnym powietrzem. Całuje tak, jak robi wszystko: z całkowitą uwagą i bez cienia pośpiechu, chociaż drżą mu ręce, a drżą; świadomość, że to ja jestem tym, przez co ręce tego mężczyzny są niepewne, robi ze mną coś, na co nie mam słowa.

„Powiedz jeszcze raz”, mówi przy mojej szczęce. „Powiedz to jeszcze raz, żebym wiedział.”

„Chcę tego, Wit. Chcę ciebie.”

Wydaje z siebie dźwięk i podnosi mnie, a ja oplatam go nogami, i ściana dziewiątki jest zimna pod moimi plecami, i jego usta są na mojej szyi, i słyszę, jak wydaję z siebie odgłos, którego nie wydałam, odkąd byłam inną kobietą z innym nazwiskiem na innych drzwiach.

Stawia mnie na podłodze i ujmuje moją twarz w obie dłonie.

„Jeśli w którejkolwiek sekundzie zmienisz zdanie”, mówi, „powiedz, a to się kończy. Bez dyskusji. Rozumiesz mnie? Mam za sobą trzy lata pragnienia czegoś, czego pragnąć nie powinienem. Nie wezmę ani centymetra, którego mi nie dasz.”

„Wiem”, mówię, i jest to najprawdziwsza rzecz w tym pokoju. „Dlatego przyszłam na górę.”

Rozbiera mnie z całą swoją uwagą, bez pośpiechu, jakby na zewnątrz nie rozpadała się góra. Bluzka z ramion, i przerywa, żeby popatrzeć. Spódnica. Rajstopy, które zsuwa, klęcząc, tak że muszę się go trzymać. Przyciska usta do mojej kości biodrowej, a potem do wewnętrznej strony uda, i nogi się pode mną uginają, a on to czuje i podtrzymuje mnie bez słowa.

„Połóż się”, mówi.

„Wit.”

„Połóż się, Zofio.”

Kładę się. Na suficie dziewiątki jest pośrodku gipsowa rozeta, na którą patrzyłam z drabiny ze ścierką w ręku, a teraz patrzę na nią od spodu.

Jest nie do zniesienia w swojej cierpliwości. Całuje wnętrze obu kolan i wędruje w górę, zatrzymując się za każdym razem, kiedy wydam jakiś dźwięk, ucząc się, gdzie te dźwięki mieszkają. Kiedy zdejmuje ze mnie ostatnią część ubrania, robi to, patrząc mi w twarz, i czeka, aż skinę głową, i dopiero wtedy przywiera do mnie ustami.

Pierwsze dotknięcie jego języka opróżnia mi głowę jak uderzenie w dzwon. Wszystko, co w niej mieszka, dziennik, minuty i ta jedna liczba, znika: jest pokój hotelowy, lampa naftowa i usta tego mężczyzny, poruszające się na mnie z absolutną rozmyślnością, odnajdujące rytm, przy którym wygina mi się kręgosłup, a potem trwające przy nim. Kiedy trzy lata, w których nikt mnie w tym pustym budynku nie słyszał, każą mi przycisnąć nadgarstek do ust, on przerywa.

„Nie”, mówi cicho, wprost przy mnie. „W tym budynku nie ma nikogo poza nami. Przez trzy lata słuchałem, jak cztery razy na noc idziesz tym korytarzem. Pozwól mi siebie usłyszeć.”

Więc pozwalam mu siebie usłyszeć, co jest gorsze i lepsze, dźwiękiem, który zaczyna się wysoko i pęka w połowie. Jego dłoń wędruje w górę i znajduje moją, a ja ściskam ją tak mocno, że boli nas oboje. Wsuwa we mnie dwa palce, całe moje ciało zaciska się wokół nich, a on jęczy, jakby to jemu ktoś to robił, i nie zwalnia, i idzie za mną całą tą długą, wznoszącą się linią, aż w tej linii nie zostaje już nic w górę, i szczytuję z piętami na jego plecach i jego imieniem w ustach.

Potem leżę w kawałkach, a on opiera czoło o moją kość biodrową i oddycha.

„Chodź tu”, mówię, kiedy już mogę.

Podciąga się nade mnie. Ściągam mu koszulę i mam przed sobą ciało, które wbrew rozsądkowi wyobrażałam sobie od czasu bieliźniarki: plecy wspinacza, głęboka blizna przez lewy bark, tam gdzie w dwa tysiące szesnastym trafił go kamień. Przykładam do tej blizny usta. Wzdryga się. Rozpinam mu pasek, a jego dłoń zamyka się na mojej.

„Zaczekaj. Kiedy to się skończy”, mówi, „będę ci musiał coś powiedzieć, a chcę mieć najpierw to. To podłe, że tego chcę. Wiem, że podłe.”

Powinnam była posłuchać. Wracałam do tej chwili częściej niż do nocnego dziennika: gasnąca lampa, jego serce pod moją dłonią jak coś, co chce się wydostać, i ja, trzydziestotrzyletnia, od trzech lat nietknięta przez nikogo, kto by mnie chciał.

„To powiedz mi jutro”, mówię.

„Zofia.”

„Jutro, Wit.”

Zamyka oczy. Potem puszcza moją dłoń.

Rozpinam pasek, popycham go na plecy, klękam nad nim i biorę go w dłoń, a on przeklina w sufit niskim, niepewnym głosem, i pytam: „Czy to znaczy tak?”, a on mówi: „To najgłośniejsze tak w moim życiu”, a ja się śmieję, i jest to mój pierwszy śmiech, odkąd przyjechałam na tę górę.

Kiedy wsuwa się we mnie, oboje przestajemy oddychać. Trwa nieruchomo, wsparty nade mną, z mięśniem napiętym wzdłuż przedramienia, dając mi czas, którego nie chcę. Zapieram pięty o tył jego ud i przyciągam go, i to go kończy; opuszcza głowę w moją szyję i zaczyna się poruszać, wolno, a potem już nie wolno, a stare łóżko dziewiątki delikatnie stuka wezgłowiem o ścianę w tym rytmie, podczas gdy za oknem wrzeszczy halny.

Wypowiada moje imię jak człowiek badający lód. Wypowiada je znowu jak człowiek, który się przekonał, że lód utrzyma.

Pod koniec wsuwa mi dłoń pod łopatkę i unosi mnie ku sobie, tak że jesteśmy pierś przy piersi, siedząc, z moimi ramionami zamkniętymi na jego szyi, i patrzy na mnie z dziesięciu centymetrów z tak nagą, zrujnowaną czułością, że rozpadam się od samego tego, od bycia tak oglądaną, a on idzie za mną z otwartymi ustami przy moim obojczyku i ramionami, które mnie miażdżą, i z czymś w tym, co może być moim imieniem, a może imieniem jego brata.

Długo leżymy w tej ruinie. Lampa dopala się do błękitu.

„Co jest za tamtym oknem”, pytam w końcu, „czego nie ma za żadnym innym oknem w tym hotelu? Poprosiłeś o dziewiątkę pierwszego roku i każdego następnego. Nigdy nie wziąłeś innego pokoju, nawet kiedy proponowałam ci apartament za te same pieniądze.”

Milczy chwilę. „Podejdź i zobacz.”

Owijam się kocem i przecieram dziurkę w szronie po wewnętrznej stronie szyby. Nie ma tam nic prócz bieli lecącej bokiem. Ale znam geometrię tego budynku lepiej niż własną twarz i wiem, że ściana dziewiątki patrzy na północny wschód, i że w pogodny dzień z tego okna, i z żadnego innego okna w Mnichu, ponad ramieniem wielkiego świerka widać górny wylot Czarnego Żlebu.

„Aha”, mówię.

„Przez trzysta sześćdziesiąt jeden dni w roku na to nie patrzę”, mówi Wit za moimi plecami, do sufitu. „Przez cztery dni w roku siedzę w tamtym fotelu i patrzę.”


Nie dostajemy jutra. Dostajemy jedenaście godzin, a potem na górę wjeżdża maszyna.

Słyszę ją, zanim ją zobaczę, o czwartej po południu osiemnastego, kiedy światła już ubywa: diesel mielący na najniższym biegu po linii spadku i płaski łoskot gąsienic. Ratrak z jednym działającym reflektorem wypełza na próg stoku nad tarasem, staje bokiem i gaśnie, a człowiek, który wysiada z kabiny w pomarańczowej kurtce, to Tadeusz Sroka.

Przytył. Zawsze był beczkowaty, szeroki w barach, z twarzą jak ściana skalna i z białym wąsem pożółkłym w jednym kąciku, a siedemnastego lutego trzy lata temu był kierownikiem akcji pierwszego zespołu w Czarnym Żlebie.

„Zosiu”, mówi, otrzepując buty w holu. „Boże, co za droga.” Wtedy widzi Wita i zatrzymuje się, jakby wszedł w szybę.

„Panie Tadeuszu”, mówię.

„Masz gościa.”

„Jednego gościa. Ma rezerwację na tydzień.”

Jego oczy idą od niego do mnie i z powrotem, a to, co odczytuje w przestrzeni między nami, zaciska mu usta.

„Pewnie dostałaś pismo”, mówi.

„Jakie pismo?”

„Komisja. Wznowiono postępowanie. Trzeciego marca w Krakowie jest posiedzenie, wzywają ciebie i mnie.” Daje temu chwilę. „Ktoś przekazał prokuratorowi surowe nagrania łączności radiowej z tamtej nocy. Nie stenogram. Nagrania.”

Zegar kołysze wahadłem.

„Igor Mazur”, mówi Wit.

Sroka odwraca się do niego. „Ty.”

„Przysłał mi je w listopadzie. Nosił je trzy lata, teraz jest w Tromsø, przestał sypiać i uznał, że woli mieć to skończone.” Głos Wita jest zupełnie równy. „Wysłałem je prokuratorowi w grudniu. To mój brat. Mam do tego prawo.”

„Nie masz pojęcia, co zrobiłeś.”

„Mam dokładne pojęcie.”

„Co jest na tych nagraniach?” pytam. Żaden z nich nie odpowiada. „Co jest na tych nagraniach?”

Wit wyjmuje z płaszcza telefon, patrzy na niego, a potem na mnie, z miną człowieka, który zaraz wejdzie do zimnej wody.

„Mam to w kieszeni od wtorku. Przyjechałem tu, żeby ci to puścić, i przez sześć dni nie byłem w stanie.”

Kładzie telefon na blacie recepcji, na suknie, na którym niczego nie wolno kłaść, i dotyka ekranu.

To, co wychodzi z tego małego głośnika w hol Grand Hotelu Mnich, jest wiatrem. Nie halnym; wiatrem zimniejszym i wyższym, a pod nim sapanie ciężko oddychającego człowieka, a potem głos Sroki, o trzy lata młodszy, spłaszczony przez radio.

Centrala, kierownik akcji. Lawinisko przeszliśmy. Pełne poszukiwanie detektorami, obie siatki przeszukane, brak sygnału. Powtarzam, brak sygnału. Stok powyżej wisi i jest obciążony, nie wprowadzę pod niego ludzi po ciemku. Zalecam wstrzymanie do pierwszego światła.

A za nim, cienko, z boku mikrofonu, zupełnie wyraźnie, głos młodego mężczyzny:

Tadek. Tadek, my jesteśmy jeszcze na przełęczy. Nie schodziliśmy. Tadek, jesteśmy jeszcze na prze

Potem dłoń na mikrofonie. Potem nic. Potem mój własny głos, o trzy lata młodszy i bardzo siebie pewny: Kierownik akcji, centrala, przyjęłam, czekaj na odbiorze.

Dotyka ekranu i w holu zapada cisza.

Trzymam się krawędzi blatu. Wiem o tym, bo widzę własne palce.

„Nigdy pan tego lawiniska nie przeszedł”, mówię. „Nigdy nie przeszukaliście go detektorami. Miałam przed sobą ekran z dwiema częstotliwościami i napisałam w księdze brak sygnału, bo pan tak powiedział. Czytam tę stronę od trzech lat.”

„O wpół do drugiej na przełęczy urwała się deska”, mówi Sroka. „Zabrała Marcinka piętnaście metrów w dół i wykopaliśmy go gołymi rękami. Miałem trzech ludzi na ostrej grani po ciemku, a nad nami wszystko załadowane po brzegi, i tak, zawróciłem zespół, bo gdybym poszedł dalej, pogrzebałbym na tej górze czterech następnych, a ty podpisywałabyś cztery kolejne nazwiska. Podjąłem słuszną decyzję.”

„To dlaczego pan skłamał?”

Patrzy na mnie tą swoją skalną twarzą i przez moment coś w niej się obsuwa.

„Bo słuszna decyzja i kierownik, który zawraca, to w tej dolinie nie jest ta sama opowieść. Bo to był Jurek Zawada. Tadek Sroka stchórzył na przełęczy, kiedy Jurek Zawada żył jeszcze pod śniegiem.” Przeciera usta. „Powiedziałem centrali to, co bym zastał, gdybym poszedł. Dam sobie rękę uciąć, że tamtej nocy nikt nie wbiłby sondy w to lawinisko i nie wyciągnął z niego żywego człowieka.”

„Myliłeś się”, mówi Wit. „Żył mniej więcej do piątej.”

„Żył w komorze powietrznej. Komora to szczęście. Szczęście to nie plan.”

„On kopał”, mówię.

Sroka patrzy w podłogę.

„Obok niego była jama, którą wygrzebywał. Godzinami. W naszą stronę. Bo tego właśnie ich uczymy, na tym polega cała ta służba, że ktoś przyjdzie. A pan przez trzy lata siedział sobie w księdze zapisanej moim charakterem pisma i pozwolił, żebym to niosła.”

„Podpisałaś to”, mówi Sroka. Cicho, bez złości, i właśnie to jest nie do zniesienia. „Cokolwiek powiedziałem, to twoje nazwisko stoi pod wstrzymaniem akcji. Trzeciego marca to się nie zmieni i dlatego przyjechałem ratrakiem na zamkniętą górę, żeby porozmawiać z tobą przed wszystkimi innymi.”

I proszę, leży to na blacie jak klucz.

„Chce pan, żebym powiedziała, że i tak bym wstrzymała.”

„Bo byś wstrzymała.”

„Nie w tym rzecz.”

„Właśnie w tym rzecz”, mówi Sroka. „I nigdy nie chodziło o nic innego.”


Bronka wstawia go do pokoju dwudziestego drugiego, na drugim końcu budynku, bo uznała, że nie podoba jej się jego twarz, i mimo to go karmi, bo jest, kim jest.

O dziesiątej biorę recepcję. O wpół do jedenastej Wit schodzi i staje tam, gdzie stawał w każdym lutym, po drugiej stronie blatu.

„Teraz opowiem ci resztę”, mówi.

„Od bieliźniarki wiem, że jest reszta.”

Kładzie obie dłonie na blacie. Gdzieś w ciągu ostatniej godziny rozciął sobie knykieć i go nie przemył.

„Jurek prosił, żebym z nimi poszedł. Trzy tygodnie wcześniej. Czarny Żleb zimą był jego pomysłem od lat i chciał nas tam obu, Zawada i Zawada, i był zainteresowany fotograf, bo zawsze był zainteresowany jakiś fotograf.” Wypuszcza powietrze. „Przeczytałem prognozę i profil śniegu, i powiedziałem nie. A potem powiedziałem jeszcze inne rzeczy, bo nie chodziło tylko o śnieg. Chodziło o dwadzieścia lat bycia bratem, który nosi linę za facetem z okładki. Powiedziałem mu, że to wszystko jest reklamą z górą w tle, a on powiedział, że zrobił się ze mnie człowiek, który czyta pogodę, zamiast w niej stać, i nie odzywaliśmy się do siebie przez jedenaście dni.”

Zegar kołysze wahadłem. Wiatr, zauważam, zaczął słabnąć.

„Potem zadzwonił piętnastego, żeby się pogodzić, jak zawsze, i poprosił, żebym był ich kontaktem. Bazą. Formalność między znajomymi: mieli zadzwonić do mnie siedemnastego o osiemnastej, a gdyby do dwudziestej się nie odezwali, miałem zatelefonować do centrali i zgłosić ich jako niepowracających.” Podnosi wzrok. „Nie zadzwonili o osiemnastej.”

Podłoga przechyla się bardzo delikatnie, jak pokład statku.

„Zgłosiłeś ich o dwudziestej pierwszej czterdzieści”, mówię. „Jest w dzienniku. Sama to zapisałam.”

„Tak.”

„Godzinę i czterdzieści minut za późno.”

„Tak.”

„Dlaczego?”

„Bo to był Jurek. Bo zawsze się spóźniał, bo raz zszedł z grani w Peru trzy dni po terminie, a potem zadzwonił do mnie z baru, bo gdybym podniósł słuchawkę o dwudziestej i cała dolina ruszyłaby w górę, a on zjechałby o północy, roześmiany, z fotografem za plecami, byłbym młodszym bratem, który spanikował. Przy wszystkich. Znowu.” Zmusza się, żeby mówić dalej. „I dlatego, że wciąż byłem na niego wściekły. Chcę, żeby to znalazło się w protokole, Zofio, bo to jest prawdziwy powód, a reszta to ozdobniki. Siedziałem w kuchni z telefonem przed sobą od ósmej wieczorem i patrzyłem na niego, i jakaś część mnie cieszyła się, że to on będzie musiał zadzwonić pierwszy.”

Cisza ciągnie się długo.

„Godzina czterdzieści”, mówię wreszcie.

„Dopisz to sobie, gdzie chcesz. Dopisz do swoich stu sześciu.”

„Powiedziałeś to komisji?”

„Powiedziałem pierwszej komisji, na piśmie, w marcu. Jest w aneksie na stronie dziewięćdziesiątej pierwszej, w akapicie o opóźnieniu pierwszego zgłoszenia. Nikt nie przeczytał strony dziewięćdziesiątej pierwszej. Przeczytali decyzję o wstrzymaniu, bo był pod nią podpis, i dlatego, że godzina, o której akcję zatrzymano, nadaje się na nagłówek, a godzina, o której akcji nie zaczęto, nie.” Ma dłonie płasko na blacie i teraz mu drżą. „Nie ukryłem tego. Pozwoliłem światu zwalić wszystko na ciebie i raz w roku przyjeżdżałem tu popatrzeć, jak to niesiesz. Za każdym razem, kiedy mówiłem powiedz to, wiedziałem, że każę ci recytować moją własną liczbę.”

Wstaję. Nie pamiętam, żebym podjęła taką decyzję.

„Wyjdź z mojego holu.”

Blednie, kiwa głową i odwraca się.

„Nie”, mówię. „Czekaj. Nie.”

Czeka, w połowie drogi do schodów, plecami do mnie.

„Przez trzy lata stałam za tą recepcją i pozwalałam ci otwierać mnie jak puszkę, bo myślałam, że jesteś ostatnim uczciwym człowiekiem na świecie. Byłeś jedyną osobą na tej górze, która nie mówiła mi, że to nie moja wina. Tylko to miałam. A ty przez cały ten czas miałeś tego pełną kieszeń.”

„Tak”, mówi.

„To powiedz.” Wychodzę zza recepcji. „Każdego roku mojego życia kazałeś mi mówić pewną liczbę. Powiedz swoją.”

Odwraca się. W oczach stoją mu łzy i nie ociera ich.

„Dwudziesta. Powinienem był zadzwonić o dwudziestej. Zadzwoniłem o dwudziestej pierwszej czterdzieści. Godzina i czterdzieści minut.”

„Jeszcze raz.”

„Godzina i czterdzieści minut.”

„Jeszcze raz.”

„Godzina i czterdzieści minut”, mówi, i głos mu pęka w połowie, a ja go uderzam.

Nie mocno. Otwartą dłonią, w pierś, tak jak się uderza w drzwi, które nie chcą się zamknąć, a potem obiema dłońmi, a on mi pozwala, stoi i pozwala, a potem jakimś sposobem już go nie biję. Mam czoło przy jego mostku i pięści zaciśnięte na jego koszuli, i oboje wydajemy dźwięk, który nie jest mówieniem.

„Każ mi odejść”, mówi w moje włosy. „Powinnaś kazać mi odejść.”

„Nie możesz odejść. Przełęcz jest zamknięta.”

„Zofia.”

Podnoszę głowę. Jego usta są tuż przy moich. Trzy lata bycia oglądaną przez tego mężczyznę, jedna noc bycia przez niego dotykaną i hol pełen prawdy, i odkrywam, że prawda nie gasi ognia. Oblewa go benzyną.

„Chcę cię na górze”, mówię.

„Jesteś wściekła.”

„Jestem wściekła. Jestem wściekła i proszę, i jedno i drugie jest prawdą naraz, i jestem dość dorosła, żeby znać różnicę.” Biorę jego szczękę w jedną dłoń i zmuszam go, żeby na mnie spojrzał. „To nie jest kara i to nie jest przebaczenie, bo nie mam tego na stanie. To jest tak, że za dwa tygodnie muszę usiąść w pewnym pokoju w Krakowie i dać się rozebrać na części, a dziś w nocy chcę jedynego żyjącego człowieka, który zna tę arytmetykę. Powiedz, jeśli to dla ciebie za mało.”

„To o wiele więcej, niż mi się należy.”

„Nie o to pytałam.”

„Tak”, mówi ochryple. „Tak. To wystarczy. Tak.”

Nie docieramy do dziewiątki. Za recepcją jest pokój socjalny z wąskim łóżkiem i oknem pełnym śniegu, w którym od trzech lat sypiam jak kobieta leżąca na półce w kostnicy, i dziś w nocy ściągam go tam na siebie.

Nie jest to nic podobnego do tamtej pierwszej nocy. Tamta pierwsza noc była trzema latami czekania, które zeszły jak nawis. Ta jest wolniejsza, o wiele gorsza i o wiele lepsza. Rozbiera mnie niepewnymi rękami i dwa razy przerywa, z ustami przy moim ramieniu, tylko po to, żeby odetchnąć. Ściągam mu koszulę i kładę dłonie płasko na jego plecach, tam gdzie stoją mięśnie, i czuję, jak przechodzi go dreszcz.

„Patrz na mnie”, mówię mu, bo nauczyłam się, że to jest to, co go rozbraja, i patrzy, a jego oczy są mokre i spokojne, i trzymam je przez cały czas, kiedy się we mnie wsuwa.

Nie idziemy szybko. W żadnym z nas nie ma pośpiechu, jest tylko potrzeba bycia dokładnie tam, gdzie jesteśmy: moja noga zahaczona o jego, jego dłoń pod moim krzyżem, stare łóżko, które się skarży, okno białe i ślepe. Wchodzi głęboko i zostaje, a ja wydaję dźwięk wprost w jego gardło, a on pyta: „Nadal tak?”, a ja mówię: „Nadal tak. Tylko się nie waż przestać”, a on śmieje się pękniętym śmiechem w moje włosy.

Gdzieś pośrodku zaczynam płakać, a on to czuje i natychmiast nieruchomieje, cały, w jednej chwili.

„Chcesz, żebym przestał?”

„Nie.” Trzymam się go. „Nie płakałam, odkąd to się stało. Nie umiałam. Nie przestawaj. Tylko nie puszczaj.”

Nie puszcza. Trzyma mnie przez to wszystko, poruszając się razem ze mną, i obie rzeczy dzieją się naraz, żałoba i rozkosz, splecione tak ciasno, że nie umiem powiedzieć, która z nich wygina mi plecy; a kiedy szczytuję, to z twarzą w jego szyi i z trzema latami niewypłakanego ciężaru, który wyrywa się ze mnie w dźwięku, jakiego nigdy nie wydałam. Idzie za mną niemal natychmiast, dysząc moje imię, z ramionami zamkniętymi wokół mnie, jakbyśmy byli po ciemku na półce skalnej, a on był jedynym punktem asekuracji.

Potem dotrzymuje obietnicy. Nie puszcza.

„Muszę im powiedzieć”, mówię w jego pierś, dużo później. „Trzeciego marca. Wszystko. Jego godzinę, moją godzinę i kłamstwo Sroki.”

„Wiem.”

„Sroka mnie za to zniszczy. Ma w tym budynku przyjaciół.”

„Tak.”

„I tak to zrobię.”

„Wiem”, mówi Wit i całuje mnie we włosy. „Dlatego nigdy nie umiałem zostawić cię w spokoju.”


Za dwadzieścia druga w nocy odpala diesel.

Jestem z powrotem przy recepcji, z wciąż mokrymi włosami. Znam dźwięk tej maszyny; stała pod moim tarasem przez dziesięć godzin. Docieram do okna w samą porę, by zobaczyć, jak pojedynczy reflektor skręca na wjazd na trasę, i kształt w kabinie, a potem już biegnę do schodów.

Wit spotyka mnie na galerii, wciągając przez głowę sweter.

„Zjeżdża ratrakiem po ciemku.”

„W takim razie jest większym głupcem, niż myślałem.” Jest już przy północnym oknie. „Wiatr ucichł cztery godziny temu. Wszystko, co przez cały tydzień wisiało w powietrzu, leży teraz na stokach zawietrznych i nie miało minuty, żeby się związać. Trawers nad dolną stacją to obciążony, trzydziestoośmiostopniowy stok zawietrzny na zlodzonej skorupie po deszczu, a on przetnie go dokładnie przez środek.”

„Jeździ tą linią od dwudziestu lat.”

„Właśnie dlatego ją przetnie.”

Stoimy przy szybie. Reflektor schodzi w dół i w prawo, w drzewa i z drzew, mały, żółty i cierpliwy.

Wtedy góra wydaje dźwięk.

To nie jest ryk; tego filmy nie rozumieją. To niskie, miękkie, ogromne łup, czute w podłodze i w zębach bardziej niż słyszane, dźwięk stu tysięcy ton śniegu, który w tej samej chwili postanawia to samo, a po nim syk jak przybój, ciągnący się i ciągnący. Reflektor jest. Potem reflektora nie ma.

Biegnę, zanim syk ucichnie.

Bronka jest w holu w szlafroku, bo ona też to poczuła; jest w tym budynku od siedemdziesiątego pierwszego roku i wie, co znaczy podłoga, kiedy robi coś takiego.

„Telefon”, mówię jej. „Najpierw centrala, potem dyżurny powiatowy. Ratrak z jednym człowiekiem na pokładzie zasypany na dolnym trawersie pod Mnichem. Czas zejścia lawiny: zero jeden pięćdziesiąt jeden. Zapisz godzinę, Bronko. Zapisuj każdą godzinę.”

Dziennik jest otwarty, pióro w mojej dłoni, a ja piszę, zanim zdążę o tym pomyśleć. Stara gramatyka wraca jak język, w którym się człowiek wychował: miejsce, czas, ludzie, siły i środki, pogoda. Mam idealny charakter pisma.

Centrala odpowiada po czterdziestu sekundach. Przełęcz jest zamknięta; pług nie będzie na górnych serpentynach przed piątą. Śmigłowiec stoi, dopóki nie zelżeją porywy pod granią, czyli najwcześniej o świcie. Dyżurnym koordynatorem jest niejaki Łukasz, którego sama szkoliłam, i kiedy dociera do niego, czyj głos słyszy, zapada pauza dokładnie na jeden oddech.

„Co tam macie na górze, Zofio?”

„Dwoje narciarzy, pełny zasobnik i detektor przy zasypanym, jeśli ma na sobie firmową kurtkę. Będzie miał. Tadek karze swoich ludzi finansowo za ich zdejmowanie.”

Znowu pauza. „Twoja decyzja. Jesteś na miejscu.”

Patrzę na Wita. Stoi na środku holu z kluczem od narciarni już w ręku.

„Twoja decyzja”, mówi bardzo cicho. „Zrobię dokładnie to, co powiesz, i nic poza tym.”

Oto czego nikt nie mówi o najgorszej godzinie twojego życia: ona cię przygotowuje. Przeszłam tamtą noc dziesięć tysięcy razy po ciemku. Wiem, że stok nie jest bezpieczny, że możliwe jest wtórne zejście, że wszystko, co stoi w przepisach, mówi: nie wchodź pod to przed świtem. Wiem, że Tadeusz Sroka jest kłamcą, który pozwolił mi gnić przez trzy lata.

Wiem też, co robi człowiek pod dwoma metrami śniegu, kiedy jest przytomny, ma jedną wolną rękę i wierzy, że ktoś idzie.

„Idziemy”, mówię.

Stare drewniane narty turowe stoją nasmarowane i naostrzone przy drzwiach narciarni, bo on przez pół tygodnia nie robił nic innego. Bierzemy zasobnik: dwa detektory, dwie sondy, dwie łopaty, sanie, linę i termos z herbatą, wciśnięty mi w pierś przy drzwiach przez kobietę, która nie mówi ani słowa, a potem kreśli za nami w powietrzu krzyż.

Zejście do trawersu zajmuje dziewiętnaście minut. Noc zrobiła się nieprzyzwoicie piękna: halny odszedł, niebo wyskrobane do czysta, gwiazdy aż po linię grani i księżyc, który barwi tor lawiny na kolor kości. Lawinisko ma dwieście metrów szerokości i nie jest puchem, jest placem budowy, bryłami wielkości pieców, wiążącymi już jak mokry cement.

Zatrzymujemy się na skraju. Wit kładzie mi dłoń na ramieniu.

„Ostatni moment, w którym się odzywam. Nad drugim progiem został wiszący śnieg. Na lawinisko po jednym; kto nie szuka, stoi po bezpiecznej stronie i patrzy na linię odrywu.” Podaje mi detektor. „Ty szukasz pierwsza. Jesteś z detektorem szybsza ode mnie. Zawsze byłaś szybsza.”

Przełączam na odbiór, mały ekran budzi się do życia, a ja wychodzę na lawinisko sama, z księżycem na ramionach.

Nic. Nic. Jadę siatkę tak, jak uczyłam jeździć dwieście osób, pasami, z okiem na linię odrywu, licząc sekundy na głos.

Potem przychodzi strzałka: 34.

Skręcam i liczba spada. 28. 19. I te spadające liczby są jak coś, co unosi się z ziemi, żeby wyjść mi naprzeciw, a ja oddycham szlochami i mam absolutnie pewne ręce. 11. 7. 4. Już na kolanach, detektor przy śniegu, krzyż się zacieśnia, 1,8, 1,6, 1,8, cofam się, 1,5.

Sonda. Pionowo w dół, mocno, i wtedy to, co każdy ratownik na świecie zna ciałem i czego nigdy nie zapomina: ustąpienie, które nie jest skałą ani lodem.

„Trafienie!” krzyczę. „Sto czterdzieści.”

On jest już przy mnie z łopatą.

Kopiemy poniżej sondy, tak jak się musi, schodkami, odrzucając bryły za siebie, i jest to jak kopanie w mur. On bierze czoło wykopu. Nie przerywa. Nie odzywa się poza liczeniem, a jego liczenie jest jedynym dźwiękiem na całej górze prócz łopat.

Na metrze trafiamy na dach kabiny. Na metrze dwadzieścia na rękę.

Wit odgarnia gołymi dłońmi śnieg z twarzy tamtego człowieka. Sroka ma otwarte oczy. Przed jego ustami jest przestrzeń wielkości dwóch pięści, a w niej jego wolna dłoń, sina, zgięta, i śnieg wokół niej jest zdrapany.

„Tadek”, mówi Wit. „Tadek. Mam cię.”

Patrzę na zegarek, bo taka właśnie jestem, i wypowiadam godzinę na głos do dziennika, a mój głos robi na niej coś, nad czym nie panuję.

„Zero dwa czternaście.”


Przebili się drogą za dwadzieścia szósta razem z pługiem, a śmigłowiec doleciał z Zakopanego o siódmej dwadzieścia, kiedy przyszło światło. Wychłodzenie, złamana kość udowa, cztery złamane żebra, odmrożenia dwóch palców. Kiedy dokopaliśmy się do jego twarzy, był pod śniegiem dwadzieścia trzy minuty. Trochę dłużej i arytmetyka się zmienia, bo arytmetyka właśnie to robi.

Bronka prowadziła dziennik przy recepcji. Każdą godzinę, kaligrafią starej kobiety, w księdze, która stała się dowodem numer czternaście.

Trzeciego marca usiadłam w pewnym pokoju w Krakowie i powiedziałam wszystko: co zapisałam o 1.50 i co podpisałam o 2.14, i że przy informacjach, jakie miałam, podpisałabym to jeszcze raz, i że nie jest to to samo zdanie co to nie była moja wina, i że nauczenie się tej różnicy zajęło mi trzy lata i jednego półżywego człowieka na lawinisku. Wit siedział dwa rzędy za mną i oddał im swoją godzinę czterdzieści głosem, który słychać było w ostatnim rzędzie. Tadeusz Sroka wszedł o kulach i powiedział to sam, zanim zdążyli go zapytać. Postanowiłam, że nie mam obowiązku wiedzieć dlaczego.

Ustalenia przyszły w czerwcu: wstrzymanie akcji było zasadne przy takim meldunku, a meldunek był fałszywy. Służba zmieniła procedurę tak, że negatywny wynik poszukiwań zgłoszony przez kierownika akcji zapisuje się teraz razem z nazwiskami ludzi, którzy przeszli siatkę. Mówią na to aneks Zawady. Dziwna to rzecz, uczynić górę odrobinę bezpieczniejszą, rujnując sobie życie w dokładnie właściwym tempie.

We wrześniu zaproponowali mi dyżurkę, a w październiku się zgodziłam: dwie zmiany w tygodniu, z Łukaszem po lewej ręce, który mówi do mnie pani kierowniczko, kiedy chce mnie zdenerwować. Noce w Mnichu zostawiłam sobie. Ktoś musi obchodzić drzwi przeciwpożarowe.


Przyjechał w dolinę siedemnastego lutego ostatnim pociągiem, który jeszcze zdołał wjechać, ze śniegiem na ramionach płaszcza, i otrzepał buty o wycieraczkę dwa razy, lewy, potem prawy.

Byłam za recepcją. Zawsze jestem za recepcją.

„Dobry wieczór”, powiedział.

„Dobry wieczór.”

Położył mosiężny klucz do dziewiątki na suknie, na którym niczego nie wolno kłaść, i przesunął go do mnie.

„W tym roku nie będzie mi potrzebny. Chciałbym ten pokój, w którym ty sypiasz, jeśli pani z recepcji nie ma nic przeciwko. I chciałbym przestać płacić za tydzień w lutym, a zacząć płacić czynsz, jeśli to nie jest obłęd. Mam cztery krzesła i mieszkanie w Zakopanem, i nic w nim, czego bym chciał.”

„Powiedz”, powiedziałam.

Uśmiechnął się. Na tej twarzy wciąż mnie to zaskakuje.

„Zero dwa czternaście”, powiedział Wit Zawada.

I tak poszliśmy na górę, do dziewiątki, bo był siedemnasty i bo tak chciałam. Noc była czysta. Otworzyłam okno, którego w lutym nie otwierano w całych dziejach Grand Hotelu Mnich, i staliśmy w zimnie pod jednym kocem zarzuconym na nas oboje, i patrzyliśmy ponad ramieniem wielkiego świerka na rozświetlone księżycem wcięcie u góry Czarnego Żlebu, a on opowiedział mi historię o człowieku, który w Peru zszedł trzy dni po terminie, roześmiany, z fotografem za plecami.

Potem zamknęłam okno, a on rozwinął ze mnie koc i rozpiął mi koszulę z całą swoją uwagą, pytając oczami, a ja przy każdym guziku mówiłam „tak” na głos, bo nauczyłam się mówić rzeczy na głos. Położył mnie na tamtym starym łóżku i nie spieszył się, bo teraz mamy czas; w tym budynku nie został już żaden pośpiech. Kiedy się we mnie poruszył, ujęłam jego twarz w obie dłonie i patrzyłam na niego, a on patrzył na mnie, i żadne z nas niczego nie liczyło.

Potem zeszliśmy po ciemku do kuchni, a Bronka, która śpi jednym uchem i ma słuch nietoperza, krzyknęła zza swoich drzwi, że w dużym garnku jest żurek i że sam Bóg wie, po co się w ogóle trudzi.

Postawiłam go na kuchni. Stałam biodrem opartym o ciepłą barierkę, z łyżką w dłoni i z mężczyzną, którego kocham, patrzącym na mnie przez kuchnię o czwartej nad ranem, i zjadłam go gorący.

✦ Koniec rozdziału nr 09 ✦